- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez

litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to

wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja

osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za

stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..

Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.

- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się

protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.

- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na

Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże

mi napisze, a może przyjadę...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie,

na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem

jednak przyjaźniej nieco:

- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na

wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...

Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał

się...

Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już

rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się

setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach

szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.

Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego,

rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele

jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie

czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie

słówka.

Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli

przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a

zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.

Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym

wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.

Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch

przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego

jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i

głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!

Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na

pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym

rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle

Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych

kielicha.

I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się

kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne,

mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem

flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak

poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny,

odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i

obiecującym nieraz wiele uśmiechem.

A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny,

pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na

pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu"

pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade,

czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach

omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,

właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły

przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.

I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś

sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem

dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w

siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami

publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i

niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...

Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i

modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało

go do tej; czynności.

- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź

odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho

wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku

sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie

razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się

zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!...

Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice

miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia

pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił

się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz

bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I

młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom

dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o

wszystkiem.

Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa,

Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut,

żądny swawoli i użycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a

odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej

pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka

dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła

młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący ,

śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak,

gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu

Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum:

Ta, lub żadna!

Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem,

zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią.

Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i

znikło w bramie domu.

Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a

włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W

oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając

gościnnie.

Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem

wchodził już w bramę ogrodu.

O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i

ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego

doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione,

jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,

gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko

szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,

tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt

brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu,

przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego

słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie

harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych

półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego

śmiechu...

Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom

drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły

liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu

ludziom, o końcu wszystkiego na świecie.

Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z

ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.

Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko

to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i

regularnego wiejskiego życia.

Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy

obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną

zadumę.

W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście

i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.

Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem

gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś

po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo,

wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka

twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,

pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś

spopielałych już i zagasłych zupełnie.

A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego

dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...

- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem

instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem

westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w

wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska

figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej

powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak

bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek

zbierał się do odejścia...

- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,

pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął

przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się

głośno i dobrotliwie.

- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...

Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie

i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.

- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i

wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił

się znowu.

Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka,

zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą

sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy

głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego

młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po

przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z

pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.

Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po

chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.

Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na

jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał

piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych

skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się

iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.

Krasnostawski jednak milczał w niepewności.

- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą

była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie,

czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... -

dopowiedział sobie w duchu.

Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się

dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była

z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej,

całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby

dystynkcyą.

Tak się zdało Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli

zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic

i westchnęła cicho...

Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W

parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu

profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo

dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda

czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.

Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się

zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś,

poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął

więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco,

posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:

- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy...

nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...

Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i

przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości;

zatrzymała się pytająco...

Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą

już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:

- Tylko... tak ładnie... cieniutko...

- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym

nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana,

ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale...

- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się

ku dziewczęciu, z uśmiechem.

W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej

wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...

- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem

spojrzeniem.

I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł

się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się,

opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się

dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...

Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;

śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak,

zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce,

jak długi.

Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.

Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny

później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę,

trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan

plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał

stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową

znajomą, rzucił adres - i pojechali...

Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie

w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który

zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową,

pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.

Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym

parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z

rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie

miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości

o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie,

zda się, uleciał od powiek starca.

Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,

nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał,

czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka

bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,

oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby

zniechęceniem.

By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan

January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc

piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem,

nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad

ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz

bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po

obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani

nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.

W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc

się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był

iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek

swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich,

interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił

się rzeczywiście do niepoznania.

Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający

dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle

i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się

na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką

córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January

zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o

niem zapomnieć.

I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda

ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć

jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka

przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.

Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce,

wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał

nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,

dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok

w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w

gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem

papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać

teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg

czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi,

myślał.

W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...

Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył

się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach,

poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy

biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.

Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie

chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się

znowu.

Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała

niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła

niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,

sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich

wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na

biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał

po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...

Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy

starannie papiery do szuflady biurka - powstał.

Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj

powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od

teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą

opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi

smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś,

zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...

I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec

Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na

ogród.

Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po

murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.

Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i

stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne

pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród

rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło

kilka dalekich siół i futorów...

W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego

krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad

otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby

smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami,

sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła

właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc,

pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne

błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu,

walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył

się już dokoła.

Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty

czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie

uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z

tych ciasnych ram pokoju.

W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy

dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w

ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...

Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony

buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i

jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc

drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie

do lotu.

- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie

półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której

wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo

woli na swój ubiór.

Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił,

pełen apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę,

naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu,

powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka

myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca

swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na

pola.

Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał

krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie

odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne

przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący

telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a

niespodzianą od Oli wiadomość.

Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i

równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym,

przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą

na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach

porannych.

Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną

ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się

wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny

potem spuszczał się w jar głęboki.

Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły

sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko

szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej

grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza

dopełniała krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili

tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając

ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego

brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.

Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko

załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą

wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik,

zniknąwszy niebawem z oczu...

I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie,

cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem,

chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystanął:

- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą

łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.

Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie

kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne,

z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u

strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.

Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy

strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je

trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.

Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się

na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się

wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w

perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy

skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko

prostopadle ponad głową myśliwego.

Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą

zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i

poszedł dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś

w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował

wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się

trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do

nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły

bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.

Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy

księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak

samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w

dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła

zwierzyna...

Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i

jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma

twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca

wzrokiem kaczki, płynące po wodach...

Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią

dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas

Ola tego sobie darować nie mogła...

Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i

zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie,

przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.

Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał

nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc

rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie

słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.

Staw tymczasem już się kończył..

W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem

błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i

sitowiem zarośnięty cały.

Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a

tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez

bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.

Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał

niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg

cały wodnistej ziemi.

Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach

rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu

wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką

swą wzrok jego zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,

Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga

niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że

nie stracił równowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...

Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło

na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych

dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa

wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się

lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...

Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z

innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj

całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb

krążył majestatycznie nad łanem zboża...

Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy

promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach

chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu,

zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie

odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.

Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się

blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on,

objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących

wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na

zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.

Umilkło...

Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z

radością na promienistem czole.

---------

Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch,"

wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej

stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą

smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości

pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do

brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których

lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane

wierzchołki gór.

Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po

drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego,

płynących cicho w dal...

Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,

zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli,

spiczastych wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,

właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...

Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś

nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po

dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich,

a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z

nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją,

jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.

A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze

bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od

Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata,

tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem -

obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak

spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym

kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i

swobody.

W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,

przy stoliku, siedziało pięć osób.

Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i

poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy,

przystojny Francuz i Dzierżymirscy.

Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i

młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.

Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z

dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden

tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż

nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko

konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko

nudzi go nad wyraz.

Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie

spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się,

obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie

na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na

chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi

stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała

pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła

wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z

okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową

koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk

jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim

przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,

rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła

snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z

ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie,

zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy,

jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule

zapytała:

- Coś taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:

- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na

pocztę, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..

Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie

dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się

jednak szybko:

- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później

w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...

Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał

się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki

zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu

górę z miastem.

Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po

chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich

poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana.

Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w

wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...

W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły

się z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.

Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności,

znajdował się zupełnie sam.

Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.

Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym

pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem,

drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały

jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych,

występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne,

zapalały się co chwila tu i tam światełka.

Roman nagle przymknął oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i

powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta

- zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się

jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie

znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że

oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto

w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej

toni wód...

Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał

się głośno.

Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie

staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej,

u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek,

Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad

miastem.

Roman wzruszył ramionami.

- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.

W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie

przyczyniło się do tego postępowanie żony.

Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji

zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich

obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to

właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd

ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez

zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie

wszystko zagłuszyć!..

Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,

gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza

tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym

celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...

A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..

Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego

papierosa, żachnął się niecierpliwie.

Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego

gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach

uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się

śmiała...

- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w

Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu

swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...

- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i

lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem

dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.

- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie

mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.

Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej

żony, gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując

Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć

zalotną przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu...

Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie traktować fakt ów

lekko.

Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się

ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy

dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego

ze swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem

prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego

małżeństwie i co porabia January Gowartowski.

Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze

względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz

częściej jej twarzyczkę.

Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy

raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy

właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty.

Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i nazwisko.

Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z

trudnością:

- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - podał

kartkę Dzierżymirskiemu.

Roman posłusznie napisał swe nazwisko.

Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem

wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi

list.

Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.

Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną

bitem pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie

widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym

bezpośrednio z lektury pisma.

List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o

ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie

Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.

"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz

koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się

Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.."

opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...

Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod

wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz

jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał

szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego

podziękowania, z prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey",

dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł

śpiesznie i wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku

nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu

Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu

muzyką, wesołością i gwarem.

Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy

paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i

położył obok siebie.

Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł

nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i

brzoskwiń.

Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski

sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego

roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z

brzękiem na ziemię.

Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące

na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto

jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował

się.

Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,

niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w

drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro.

Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na

zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany

pieniądz - zamyślił się...

O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy,

które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło

pięciofrankówki choć jednej!...

Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z

pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na

niego kamieniem?...

Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,

niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.

- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy

i głos jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.

- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!..

malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie

cuchnąca!..."

Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad

wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo,

przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o

kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak

rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po

powierzchni jeziora błąkały się łódki i małe stateczki, przy

każdym zaś błyszczała czerwona, duża, okrągła latarka, krwawym

śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko swe przejście w

przezroczej toni.

I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po

jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,

utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim

robaczkom...

Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne

znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne

spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem

młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety -

spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.

Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz

właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle

posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa:

- S'il vous plait, monsieur!

Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze,

oddawał mu sakiewkę.

- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł

Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.

- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:

pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności

jednak, i odszedł.

Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej

cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym

trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co

do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli

wydanych kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i

srebro.

Nie brakowało ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego.

Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w

dłonie.

- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi

nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie

w głowie, i rumieniec wstydu palił policzki.

Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i

skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.

Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co

wieczór stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu

"quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą

myślą.

W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej

publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani

panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim

komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na

bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno

było również i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole;

przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.

Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał

do woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić

kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć

trawiącą nudę.

- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas,

przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc

Romana uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła.

Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie...

W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny

głos kobiecy.

Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa,

drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy

przechadzających się gości, odbiła się o echo gór...

Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal

"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł,

zniewolony pięknością głosu.

I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie

uspakajała się burza.

Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ

zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy

jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana

do chwili obecnej.

Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i

skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że

dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po

twarzach przechodniów.

Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą

ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w

ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej

ze sobą nie miała.

Roman uśmiechnął się ironicznie:

- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył

kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku

sobie, szyderczo odezwał się po francusku:

- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...

Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie

głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:

- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak

chłodno...

- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,

wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko

będzie! - rzucił Roman opryskliwie.

- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...

Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,

niezadowolonym wciąż głosem.

- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco

tonem męża.

- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w

tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w

duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony.

- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli

zarazem.

- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie

młodzieniec.

Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł

śpiesznie.

- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął

rękę...

- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa?

Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając

podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.

- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało

miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko

ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam

pan tak prędko...

Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.

- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? -

jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.

- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.

- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.

- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,

lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj

elektryczny, by stanął.

- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.

- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w

przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.

- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku

Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony,

i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.

W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny

pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który,

postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w

drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.

Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,

szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,

pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku

smolne łuczywo, tak zwany kaganiec.

Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane

ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu

koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku

siedział Bolesław Krasnostawski, otulony burką i obłożony

pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do

miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś

dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę

łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym

Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.

Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim

mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak

święty turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną

gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.

A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze

miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie

spędzone... Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna

szczególniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z

Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu,

depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie

dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?...

To zaiste, było całkiem niezrozumiałem...

I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski

ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd,

usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie.

Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie

wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony

czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu

stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych

polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych,

ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do

rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne

samotne drzewo...

- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo

nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie,

wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie...

zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.

Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w

oddali, na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko,

środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają,

dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem,

czerwoną plamą światła.

- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.

[*) Słyszysz.]

Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił

się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.

- Co to takiego? - zapytał.

- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował

stanowczo woźnica.

[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]

- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.

Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta,

przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół

wiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po

drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w

pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i

spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.

- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali

- ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi

świateł.

- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,

zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?

Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z

kagańcem.

Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego

krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.

W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk

jazd zbliżał się szybko.

- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z

kozła, furman pospieszył z informacyą.

Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie

parobek, z kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił

pokornie czapki.

- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.

- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.

Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów

nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem

i krzyknął donośnie:

- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem

świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się

dwóch mężczyzn.

- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez

Krasnostawskiego konsyliarzem.

- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek

przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny

pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może

tylko z wincika?....

Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz

doktora, okolona długą brodą.

- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.

- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.

- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął

się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem

komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej...

może Bóg da... doktór zatrzymał się.

- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił

informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,

polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...

- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się

Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...

- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco,

lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki,

w całym domu nikogo nie ma przy sobie...

- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? -

rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony.

Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z

dobrocią i rzekł:

- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,

wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał

Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej

seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc

między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie,

nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko

zawsze tak było, jak dziś....

- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem

zapytał Krasnostawski.

- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie

nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór

to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w

ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor

wyciągnął rękę na pożegnanie.

Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się

na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on

usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze

bardziej.

Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego

duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki,

sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do

bryczki.

- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?...

- bąknął, aby coś powiedzieć.

- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!

- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego

pojazdu.

- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę

furmanowi.

Tenże odparł lakonicznie:

- Zabuł, pane!

- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.

Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy

połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków

nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły

znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy

pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na

horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż

wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na

niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu,

znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.

Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku,

rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła

nad polami, stepami i krzyżami kurhanów.

W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko

dokoła zapadło w sen twardy i cichy.

---------

- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja

cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje

życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy

się ku Oli i tuląc ją do siebie.

- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając

się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy

najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym

stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł -

podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć

mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie

wiesz!...

Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie

bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.

Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na

ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie

przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te

piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili

znów mówił:

- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla

ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...

Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a

pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami

okrywać je począł.

- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...

ciszej...

- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie

nie pozwolę!...

A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:

- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi

memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,

opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To

była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu

innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na

nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne

do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...

Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.

- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili

miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w

milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..

- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem,

pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie

było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na

szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń,

poczęła mu z kolei szeptać:

- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w

duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła

z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami

śniadą twarz Dzierżymirskiego.

- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała

się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...

I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi

świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem,

urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym

tętniących w nim młodych pragnień:

- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,

nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej

jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak

cię kocham, uwielbiam !...

- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,

zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam

za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja

bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!...

mój!...

Ironia Pozorów · 第 9 / 27 题