I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?

Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie

więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego

szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście

szczęśliwą.

- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją

kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,

Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała?

Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu

drodzy?..

Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z

godzinę.

Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo

ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia.

Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od

tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza -

oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore,

oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z

niecierpliwością wypatrywała Romana.

Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność

Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła

już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...

Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po

chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła

miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone,

proszące...

Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w

kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak

daleko...

Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,

poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama

siebie:

- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała

już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa

ich szczęście...

Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się

młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w

ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem

zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z

lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z

lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą

ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka...

Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej

zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się

niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry

ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i

uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka,

wymówiła głośne: Aaaa...

Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,

stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym

razem pokoju, z lornetką przy oczach.

Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie

już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum

różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań

skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród

nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go

rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie:

- Jest! jest!..

W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła

szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na

spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi,

ujrzawszy ją na nogach.

Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od

publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez

Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka,

rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią,

przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko

było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich

szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana,

całą białą, górującą wzrostem nad innymi.

Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem

raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że

byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona,

nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na

dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz,

chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.

- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki

Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie

pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka

mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.

- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam

przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak

długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła,

przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze:

- Myślałam już, że ci się co złego stało!

Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i

odparł:

- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?..

- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,

zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...

Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta,

taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na

chwilę.

- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,

dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy

akompaniamencie chóru innych.

- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz

jak ładnie śpiewają?..

- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.

Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą

kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.

gón-dola signore... gón-dola!.."

Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw

wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań

gondolierów.

Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się

przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił

się niebawem w gondoli.

- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.

"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła

się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali

kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i

począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona

zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:

[*) Wioślarz.]

- Wstydź się... gondolier patrzy...

Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się

w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust

Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i

namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...

A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i

oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole,

zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi,

całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i

muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały

w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady",

na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały

się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i

stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały

się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich

niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających

śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a

dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla

hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc

różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u

marmurowych stopni pałacowych balkonów.

Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła

S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli,

(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem,

zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..

Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała

ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz

donioślejsza, bliższa...

- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem

śpiewaka.

- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego.

Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie,

coraz liczniejsze.

Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali

pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi

pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i

wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy

kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie,

zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do

sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z

innymi zasłuchał w pieśń...

Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole;

wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej

weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej,

chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę

głęboko.

Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany.

Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany,

od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",

przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.

W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,

ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub

zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się

milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych

zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na

swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych

językach.

I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i

bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach

kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...

Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki,

licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże,

i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych

dworców.

Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola

słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś

dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko

ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a

pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni,

wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących

się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe,

narodowe - własne!

Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego

popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -

przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze

ojca...

Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz

obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z

tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem

najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą

troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie

czarnych, rozumnych oczu.

I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu,

że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko

za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego

dzisiejsze nieograniczone szczęście!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał

na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych

poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie

przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,

czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.

Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę

spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub

słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie.

Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą

zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi

zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób

czas mijał.

Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z

cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne

po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w

oddali, śpiewy ich cichły...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a

między innemi i barka, koło której kołysała się gondola

Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także

liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej,

wybiła rytmicznie godzina jedenasta...

Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli

i rzekł:

- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..

- Która? - zapytała Ola, zbudzona.

- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.

- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie

sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...

- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.

- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.

- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby

pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko

do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.

Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu,

zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem

latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych

kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi

tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony

odgłos muzyki...

Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony,

i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo,

ciągle.

Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne

myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się,

dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...

Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co

chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się

echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się

cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew

wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w

oddali...

Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła

chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się

śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń

polska: "Szumią jodły"...

- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -

odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy,

rubaszny trochę głos mężczyzny.

- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią...

odpowiedział ironicznie ktoś drugi.

- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z

przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.

Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle

nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce,

zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,

Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub

czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,

nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz

cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną,

głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!

* *

*

- Patrz, patrz! jakież to piękne!..

Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje

wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami

wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po

bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari

- stali zaś przed mauzoleum Canovy.

- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby

się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż

czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.

- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się

wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola,

podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.

Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.

Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik

dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -

mówiło...

Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym

kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag

otworem...

Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z

obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na

nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...

I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być

rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..

Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy

jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w

nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu

zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę,

myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną

jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót

sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda,

jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami

kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.

Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem

już cisi przestąpią oni próg grobowca...

- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.

Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego

pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:

- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?

- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.

W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz

nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.

Dzierżymirski wyjął zegarek.

- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili -

rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z

kościoła.

Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem

kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych

grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.

Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce

paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.

Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di

Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali

nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.

A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie

jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd

zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.

A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne

sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także

zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese,

Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."

- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej

podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem

milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając

zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem

pysznego dzieła Canovy.

[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w

Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już

nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]

- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to

obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła

z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze,

nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...

- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty -

z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich

wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia

Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem

poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki,

zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali

się wzajemnie.

- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie

parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...

- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem

oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod

płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego

różnemi owocami i jarzynami.

Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w

okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali

się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t.

j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia,

mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,

Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie

najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la

Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy

domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a

wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San

Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów,

przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających

się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych

ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko,

wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.

Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa

ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po

niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.

-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak

wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już

minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona

rodziny?..

Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak

Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak

wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich

życia; dorzucił zaraz:

- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili

twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie,

jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.

Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej

zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.

- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy

się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, -

myślę o tem...

I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a

jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...

W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,

położyła swą rączkę drobną na ręku męża.

- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko -

ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta

przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki

mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho

westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak

gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją

serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w

końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na

przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak

sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień,

wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość

prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały.

Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl

jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.

Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy

widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór

niewytłumaczoną zgoła niczem.

Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie

przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut

sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła

tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte

zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc

także cierpiała...

- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.

- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej

chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:

- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..

Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w

jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.

Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już

oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło

kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych

kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,

brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie

słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i

przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi,

karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola

powoli zaczęli wstępować na górę.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w

górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko

pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,

wchodzącego wcale nie męczącej.

Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim

migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek

krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami

turystów.

Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem,

szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną

szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w

zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"

kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli

się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i

henhen, daleko!...

- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z

przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze

sobą lunetę i regulować ją począł.

Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony

krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się

promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą

głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem

zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając

się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I

zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i

gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca,

wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie

jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już

morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały

w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i

wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej

gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie

górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora,

zachwycał ich ten krajobraz.

- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje

"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u

stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy

jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.

- A, prawda! - potwierdził Roman.

- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył

jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od

strony morza.

- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały

- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..

- Widzę - potwierdziła Ola.

- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej,

to Padwa i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -

wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski

- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.

I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne

odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał

ją, tłumaczył.

Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz

przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie

było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się

do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.

Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą

dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya

kościelnych dzwonów...

Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na

wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi

powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele

rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej

Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się

łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń

wieczorną...

Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i

kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się,

niosąc swe echa aż do podnóży gór.

Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:

- Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...

Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie

urwał...

Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do

mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem

ramieniem przycisnął wylękłą do siebie.

To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków

od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc

wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."

Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,

napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.

A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im

bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny

olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się,

złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna

dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy -

wielki...

Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony

przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją

do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem

jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i

złączyły usta!...

Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną

gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich

pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie

odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...

Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej

chwili ogarnęła Dzierżymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący

głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą...

Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego

zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w

nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś

chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi

i kazał się modlić pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.

Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła

cichutko: - Chodźmy już!..

- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie

Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.

Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny

stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w

dół ciągle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w

ich dusze, mózgi i serca...

Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,

jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,

odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe

słabło!..

Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz

jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!

Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając

murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej

zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w

myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty

sumienia.

Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego

spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem

zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a

ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!

Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna,

iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty,

straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w

Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy

i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej

po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w

dół schodzić poczęli.

Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak

świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy

dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród

ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła,

spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.

Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował

bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo

ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich

przypomnienie przeszłości...

W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.

Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający

dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły

się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia

przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.

---------------

- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,

wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta

nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym

salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil

Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu,

wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie

twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i

żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod

pincenez patrzących rozumnie.

- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała

marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.

- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i

dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie,

co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.

- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już

rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani

Melania.

Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego,

a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.

Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w

takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez

kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku

ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na

wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym

ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego

świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze

dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel

domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym

był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną

konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I

wówczas to postanowiono, co następuje:

Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z

Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która,

postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz,

po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego

przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe

pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec

rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie

omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej

matrony, zawitać na jej salony...

- Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia

następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi

pan Emil:

- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez

rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez

rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...

- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,

wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali

się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że

ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony

wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie,

no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy

jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią

zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład,

że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu

u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach

ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi

szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..

Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy

jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle

przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia.

Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika

o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem,

jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia

licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich

miejsca.

- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę,

nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie

swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...

- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.

- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -

opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i

niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią

mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i

lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła

ręką...

Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał

bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy

ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w

wizytach.

- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i

hrabiowie Doliwscy...

- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia

Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej

narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z

Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie

pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w

duszy z szumnej nomenklatury.

- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki

naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka

drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak

przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.

- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam -

potwierdziła pani Melania.

- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko

na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również

mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout

passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe

sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i

wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce

delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani

domu: - Vous permettez?..

Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową.

Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu,

pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a

starannie wyczesane, bokobrody.

- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po

chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na

jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich...

Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en

long et en large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli -

bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i

dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową

tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...

- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i

pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.

- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj

w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się

czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć -

odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na

Podole, do Ulanówki?

- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem

zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.

- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...

Ale, a propos, cóż January?..

- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu

wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu

smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene,

bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości.

Może chory...

- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani

marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i

jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze...

Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego

pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i

powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się

począł.

- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał

- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? -

mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się

więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...

- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani

Warnicka - do miłego zobaczenia się. .

Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze,

poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za

portyerą salonu.

Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył

pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy

niedbale adres, kazał się wieźć dalej.

Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w

dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną

kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż,

skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem

piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,

granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z

którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w

bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z

uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk

zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut

później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu.

- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy

paltot, zapytał: - Był tu kto?

- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak

pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.

Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.

- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył

wszystko na bok.

- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?

- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.

- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński,

a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu,

prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod

nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery.

Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie

przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na

raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się

już o dziesiątej.

Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil

więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił

natychmiast do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,

przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,

przyborami tualetowymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na

raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,

przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po

dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o

poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy

wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie

krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie.

Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar

prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed

oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w

ciągu kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum

elegancki, rozbawiony...

Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,

szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych

- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów

męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w

szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem

harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo

brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w

zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.

Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu

dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado,

kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych

pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!

Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci

sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego

fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej

światowych pseudo-przyjaciół i gości!..

Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników,

widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów,

wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli

przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem

znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego

uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..

Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.

Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,

niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki

pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać

marszałkowej. Zdrzemnęła się.

W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu

gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka

rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,

poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.

W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:

- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć

się z jaśnie panią.

- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i

równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.

Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.

Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka,

a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę

ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc

przynosił jej wiadomość o bracie!..

Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i

przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.

- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i

podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.

Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz

sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może

zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się

dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak

najprędzej, co słychać?..

Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł

pośpiesznie:

- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic

również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.

- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i

ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić

czął zwolna:

- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął

pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...

- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego

zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.

Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych

kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać

marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:

- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z

troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że

słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...

Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:

- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i

poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba

dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z

państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek,

podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.

- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie

pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się

tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.

- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i

Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:

- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,

prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo,

bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje,

ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ,

u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny

człowiek...

Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić

dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym,

milczała.

Po chwili wahająco ciągnął dalej:

- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,

koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -

potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.

- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie

nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...

tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko

składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo

łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z

misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta

palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,

żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione

wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet

staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką -

delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec

zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.

Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem

Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako

protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem

przed wręczeniem listu.

Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie

zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat

drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast,

czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej,

zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się

pośpiesznie:

- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z

innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa

na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko

pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj

u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana

Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..

Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca

pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu

się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż:

wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie

dumę jego.

Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,

zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.

Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:

- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...

Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się

stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:

- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem

zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...

- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa

matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...

- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając

jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią

marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!

Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani

marszałkowej.

Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie

pochylił się do ręki jej, w ukłonie.

- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem

pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś

gorączkowo rozerwała kopertę.

Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na

marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec

oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.

Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się

całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na

palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania.

Na schodach dopiero odetchnął.

- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał,

gdyby tak przy mnie list czytała!..

W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie

pogrążał się w myślach.

Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle

przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne

spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy

przypadek łączył ich kiedy na chwilę.

Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego;

etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi,

widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele,

lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście.

Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona

się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała

poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak

bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej,

stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...

Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą

musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej,

bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.

Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy,

wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na

pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów

Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i

paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i

z pogodą na czole.

- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de

Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie

wyciągniętą rękę młodzieńca.

- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią

swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... -

tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, -

skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko

zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod

wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod

ramię Krasnostawskiego.

- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..

Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek

cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?

Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy

Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:

- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!

Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki

do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za

młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach -

słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana

swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie

sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana...

Zgoda?

- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z

pośpiechem.

Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej

dorożki, rzucił adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:

- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.

Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym

stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy

zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do

Gowartowa.

Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:

- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale

właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie

wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy

zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego -

o pani Oli i Dzierżymirskim?..

Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało

wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana

Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.

- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał

ironicznie:

- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym

przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod

niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej

przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem

wobec tego, możemy mówić szczerze...

- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego,

jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim -

ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya

przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego

ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy

fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do

końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?

Krasnostawski milczał.

- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński -

upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To

trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało

się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a

raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i

śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło!

Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie

lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje

zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton

rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go

przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych

niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:

- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję

się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.

- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z

kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście

się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny

nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...

- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy

czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie

polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan

Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie

nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego

przyjacielem...

Ironia Pozorów · 第 8 / 27 题