I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.

- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź

wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam

moment, analogiczny z chwilą obecną!...

Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z

nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni

życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej

oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.

I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata

swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...

- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.

Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował

sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i

szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.

Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej

samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie

powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię

wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się

wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych

ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:

- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się

pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego

sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...

W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne,

stłumione łkanie - starzec płakał...

Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą

- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.

A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że

oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny

rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim

Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.

Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...

Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach

i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go,

pochłaniają...

Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad

zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze,

skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im

drogę!...

I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na

niego wpada.

Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...

Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt

końskich...

Ach!...

To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...

Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka

głośniej zabrzmiała.

Minęła chwila...

Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim

zadrżał miłośnie pocałunku szmer...

Pojechali.

Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl

przemknęło mu słowo: Waryuję?...

Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.

I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie

zaczęło.

Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,

niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty

zduszone łkanie...

Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego

ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w

dal...

Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie

pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do

pokoju gwiazdy...

Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli,

zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie

starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem

tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną

cierpieniami duszę stroskanego ojca?

Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej

zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała

się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...

Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały?

Mara, czy złudzenie?

Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po

pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce

spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś

każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny,

oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana,

melodyjna nuta.

Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...

Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i

słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer

niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia,

a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca,

niósł mu ukojenie - od Boga!...

Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...

To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając

się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca -

łzy...

------------

Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski

powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała

coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła

zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.

W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach

goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami

i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie

opustoszała niebawem.

Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli,

zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.

Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,

zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,

przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman

Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z

piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku

wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a

zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie

zrobiony - spojrzał wokoło...

Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,

brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego,

a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka

siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach

i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.

Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed

siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane.

Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś,

szeptało...

Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się

teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze

sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny

szmer fali...

Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód

Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go,

obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem

uchem myśli jego słucha.

A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od

bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie;

żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej

żądanie.

Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.

Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym

tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli

złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne

jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie

rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko

jasnością, promieniami i blaskiem.

Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych,

subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto

zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna,

wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; -

wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności

z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.

Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z

kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...

Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości

zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą

była - poddawała się tylko sile jego uczucia.

Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej

pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów,

pożądań...

Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w

tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle

świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem,

orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił,

wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu

miłości.

A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko

mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną

kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.

W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza

teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył,

i machinalnie spojrzał przed siebie.

Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały

światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach.

Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po

chwili zabłysło czwarte, piąte...

Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,

zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem

podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...

U stóp Romana silniej zapluskały fale.

W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,

powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący

jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:

- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,

nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!

Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.

- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,

wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą

tajemnicę?

- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu

szydziło:

- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie

wie o tem!..

- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a

śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.

Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.

Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:

- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie

zdradzę...

- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem

ja!..

- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...

- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala,

i szept ten powtórzyły fal miliony...

I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,

drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...

Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...

Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku,

odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a

zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał

się głęboko.

Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary,

świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.

Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie

strasznym!

Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu

przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..

Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel

leżał pod kluczem, pozornie zapomniany.

A on ciągle walczył ze sobą!..

Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście

właściciela nie szukał. Czekał...

Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha

panowała cisza.

W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o

tem władzom nie doniósł...

A on wciąż szalał.

Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę

ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego

izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.

Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie

męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym

został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę

dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i

innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na

drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej,

tak dalej!..

Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie

mógł!..

Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł

do Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki

całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z

zapałem.

Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się,

troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza.

Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako

człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz

rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby

dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto

tysięcy franków.

Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,

poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina,

(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie),

przyniosły mu szczęście.

Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości

seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał

się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie.

Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.

Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu

przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła

chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał.

Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą

do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko

dwadzieścia kilka.

Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...

Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny

bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną,

owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.

Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach,

odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę,

wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem

wówczas, że nie jest tak bardzo winnym.

- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie

wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem

wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło

się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w

jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana

z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już

bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.

Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,

zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już

wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem

należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty;

podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było

przywłaszczenie.

Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -

pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze

strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego

plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko

znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od

odległego strasznego wczoraj.

Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim

rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł

działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego

przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie

niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach

Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu

zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem

potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i...

Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem

równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała

cicha...

Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej

czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje

wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.

Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,

przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu

dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem,

opuścił zakład kąpielowy.

Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z

szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.

W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,

obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem

mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie

miłości, życia, silnie nim owładnęło.

Śpieszył się.

Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i

jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu

niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego

starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych

raczków.

Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od

spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo

muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz

począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl

uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek

zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj

rozpoczynają się bólem głowy.

Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile?

Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe

chora!..

Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i

niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.

Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo

blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi,

przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski

w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł

do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już

sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman

znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój

pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.

Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady

pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią,

w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód

obszary Wenecya.

Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w

rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący

parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna

pokoju, gdzie pozostawił Olę.

Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego

stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu

podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych,

wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby

pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej,

pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek

zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i

dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej

osóbki.

Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed

chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból

głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z

wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i

ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.

I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama

uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił

wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach

zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo

stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu,

pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny,

do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej

nieuczonym głosem mołodycy...

Ironia Pozorów · 第 7 / 27 题