- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na
przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.
- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.
Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?
Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.
I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się
do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś
własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz
to nowemi pytaniami ją zasypując:
- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy -
pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech
po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską
arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek
powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej,
poważniejszej natury?...
A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z
towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty
i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą
główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może
marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało
zamknąć źrenic do snu cichego?...
Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu
matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą
konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie
rachują się rodzicielki same?...
Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku
sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.
A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła
bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali,
strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka,
o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć
purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą
wonią?..
Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą
marszałkowej.
Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego
mebla.
Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
podszeptem sumienia - milczała zatem.
- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście
tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego -
osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy,
zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście
byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując!
- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.
Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła
powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku
oknu.
Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się
w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało:
- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
winna!
Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i
dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez
steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś -
zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za
ich błogosławieństwem!
- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.
Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła
nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć
silnie dzwonek.
To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem
westchnieniem odstąpiła od okna.
W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały
lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze
służącym.
Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem
woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru,
i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
ukazał się przybyły.
Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki,
i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym.
Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z
przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi,
wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem
wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy
rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.
Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na
jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie
Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po
przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco
zmieszaną, odezwał się pierwszy:
- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z
niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie,
z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej
twarzy czekał na odpowiedź.
Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
rzekła:
- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na
fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania -
może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to,
przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.
- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski
- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci
się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się
pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.
- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz
opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...
Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej
właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj.
Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po
prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i
wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła
się do służącego.
- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
cierpiąca, i nie przyjmuję...
- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata -
i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami,
jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z
twarzy jego pierzchła pogoda.
Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan
January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie
zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą,
szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się
już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.
- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu
przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła
głośniej tym razem marszałkowa.
Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg
buduaru.
Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś
skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej
niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że
czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie
postępującej siostry dawno już nie oglądał.
Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się
obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w
myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy,
rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i
dobremi oczami w twarz brata.
- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto
zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo
smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie
latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam -
cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś
słowa jego drgały wymówką i prośbą.
Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy
rękami głowę brata, ucałowała ją czule.
- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym
na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w
pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał...
Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona
mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:
- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii...
Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując
nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
- Z Romanem Dzierżymirskim...
- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się
on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos
Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina
zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i
gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca,
dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś
widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na
pobliski głęboki fotel.
Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę
stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota
siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą
słowami przez nią zadany.
Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego,
a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym
głosem.
- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
zawiadomiwszy mnie o niczem?
I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
wzburzony:
- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać,
i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa.
- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na
chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę,
spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.
Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie -
drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu
pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie
rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą
ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała -
zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem,
kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w
zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było
wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła
nie wiedziałam...
Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam -
powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego?
Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i
natychmiast wyjechali razem za granicę.
I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem.
Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na
niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.
- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się
ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej,
to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez
córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla
ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i
ponęt...
Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy
twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem
patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:
- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie
ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych
wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła
i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość,
zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi
iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..
Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube
dziecię!
Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości
młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w
mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego,
wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej
rzeczy tego świata...
Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych,
pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło
się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z
przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej
słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha -
Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni
gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie
ślub wzięli.
- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
Gowartowski.
- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją,
jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po
odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli,
miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.
A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
Ładyżyńskim...
Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak
dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy
w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.
Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę
przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z
Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem
nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie
przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej
samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła
nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w
ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i
herbatę.
- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani
Melania.
Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch
negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.
Marszałkowa westchnęła cicho.
-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy
chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę
pozostałej służbie.
Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły
się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak
było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje
rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.
I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się
dwa światła.
Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i
wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc
prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o
ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu
los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło.
Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka
zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...
Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę,
ułożywszy się do snu.
Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań
niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie
biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna
szczęścia godzina...
A tu?...
Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
cisnące mu się gwałtem do oczu...
Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia
się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył
tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo
jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja,"
którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite
było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do
jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu
uczuciu - intruzowi!...
Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach
Gowartowskiego.
- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko
marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły
uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia
szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego
przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by
zwiędnąć zapoznane...
Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez
zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!
Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona
pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny
umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój
brzęczących, dokuczliwych owadów.
Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
próżnia...
Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...