CZĘŚĆ PIERWSZA.

Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i

hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale

wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w

strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała,

wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną -

mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach

pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka,

patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki,

biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w

ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym

pociągiem Adryatyku fale.

I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,

osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały

skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.

Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem

młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem

zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i

bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie

znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech,

oraz zapatrzenie się w ukochane rysy.

Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia

towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość

interesujące.

Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o

wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej

głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych,

wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz,

okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza

tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak

i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem

nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat

trzydzieści zaledwie mający młody człowiek.

Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był

synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w

szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony

jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.

Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,

była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,

dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak

twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej

Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.

Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę

wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego

podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.

Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż

poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho

naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January

Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej

ręki...

Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą.

Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się

właśnie dwa dni temu...

Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała,

nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta,

wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie

miał potrzeby.

W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata

temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim

krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.

Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim

rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do

Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie

pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,

myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w

dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe,

błyszczały już światełka Wenecyi.

- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka

czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w

objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak

dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego

uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu -

niewinnego dziewczęcia...

Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety.

Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś

gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka

wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany,

spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.

- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi

za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego

dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej

nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.

I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne

zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą,

Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni

rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno

głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście

światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z

nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.

Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i

pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą -

prawa zaś oparł się silnie o ramę okna.

- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i

otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:

- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to

wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...

- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem,

z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny,

przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na

pięknem czole.

- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się

delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach,

postawił na równe nogi.

- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem

na widok jaśniejącego dworca.

- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie

ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.

- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi

pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.

Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka

minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...

Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki

od wagonu, i począł wołać donośnie:

- Facchino!.. facchino!.. *)

[*) Po włosku tragarz.]

Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem

zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu

obstąpiono przyjezdnych.

Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł

swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem

i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość

Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał

się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.

Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na

czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez

różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.

- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się

na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.

Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...

Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz

wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z

kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!"

choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się

dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć

z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszyła już - płynęli...

Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły,

rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł.

I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz,

ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.

- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.

Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i

przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.

Rzeczywiście, czarno tu było.

Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej

wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko

błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko

latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli.

Płynęli przez Canale Grande*).

[*) Po włosku : Kanał Wielki.]

Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich

zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem

oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne.

Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i

tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i

szmerem rozstępującej się pod nią fali.

Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli

Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się

rozliczne uwagi.

- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z

zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle.

Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona

swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące -

rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak

bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w

kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.

A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność

książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo

Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim

sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej

zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś

dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard

miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem

miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna

Cornaro.

Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą

dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył

olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku

wzniesiony.

Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko

prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki

kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma

wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka,

zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać

poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów

odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a

ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją

niejako w swym labiryncie.

Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko

lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś

nigdzie dopatrzeć się nie można było.

Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia

Romana.

- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.

- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej

włosy - zaraz dojeżdżamy.

Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem

włoskiem narzeczem.

- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z

cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś

smętną piosenkę.

Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się

bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających

ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś

jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o

mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman

milczał.

Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w

ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.

Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,

ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża

grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym

łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają

się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych

zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego

dziwnego miasta...

- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy

głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.

[*) Uwaga!]

- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.

[*) Na prawo!]

Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w

białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła

się cicho - znowu byli sami.

- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem

Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów.

Roman spojrzał.

- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak

życia...

Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się

kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich

kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło,

idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne,

ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką.

Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny.

Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się

zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły

ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące...

Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do

siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa,

zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,

pochyliły się.

Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając

warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak

drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod

oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią

zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.

Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka;

plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze

życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami

niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno

podróżnym, że są już na miejscu.

- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył

się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz

kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem

mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz

śmiałego.

W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe

stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola

znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce

pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem

mustyków.

Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać

natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na

przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy

wkrótce pozostali zupełnie sami.....

W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna,

zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo

chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca

nieśmiało wychylił się z poza nich.

Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie

czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym

blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach

ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego

pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu

Westchnień".

Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą

taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a

niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył

nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze...

W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i

klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś

godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub

brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a

bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile

czyjegoś może szczęścia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem

światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo.

Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu

obojętne w dal...

A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze

księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.

Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli

aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca,

zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń

aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć

kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia

podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również,

że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w

przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych

ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i

użycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i

przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni,

zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.

W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie,

zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy,

dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz

laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami

księżyca.

I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,

splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem,

nawet pięknem przyrody...

W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad

miastem pamiątek.

---------

Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic

wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u

podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko

dokoła pogrążał w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,

marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli

Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej

ostatniej.

Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał

się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,

pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło

wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając

jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się

współczuć smutnemu jej zamyśleniu.

Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał

on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z

Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."

Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości,

nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki,

by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała

się była o lat co najmniej kilkanaście.

Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak

dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila -

niewątpliwie.

Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem

ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa

kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż

myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano

rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie,

oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy -

wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.

Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil

Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler,

sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry

bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na

trop właściwy. Domysły jego były trafne.

- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych

miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie

słowa jego i sprawdziły się, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony

konkurent, inaczej poradził sobie.

Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste,

czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem

jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po

zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się

potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece

pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...

Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą

siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad

męczących ścigających się myśli.

- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała

całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...

Zapewne...

Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby

nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola

rodzica, gdy...

Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie

żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila

Ładyżyńskiego. Miał słuszność...

I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze,

śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż

doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość

oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie

młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej,

marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.

Ironia Pozorów · 第 5 / 27 题