Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał
twarz mężczyzny.
- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią
istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.
- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o
nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...
- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.
Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.
Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak
krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie
z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże -
lepszym!..
Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.
Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły
się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w
dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i
wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za
pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu
równowagę duchową, mieszał myśli.
Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem
jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie
wpatrzywszy się w fotografie ukochanej.
Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił
go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego,
wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do
lubego wizerunku.
Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie -
dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie...
A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo,
niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem
radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza
facyaty.
I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie
na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...
Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.
Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...
Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..
Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
przytomnie naprzód pochyla...
Lecz oto nagle czar pryska...
Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego -
pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem
ubóstwianej przezeń kobiety.
Wreszcie znika wszystko.
Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...
Niema nikogo!
Cóż to więc było?
Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych
wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem
zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...
I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a
jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma
stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej
postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.
W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.
- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
widzeniu proroczem?
Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...
Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie,
zwalczy przeszkody wszelkie.
- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś
zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc
przedwczesną radość.
Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.
- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w
dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w
życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..
I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy
ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą
zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w
młodocianych latach jeszcze zasady.
Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze,
bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz
donośniej, silniej...
A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu
młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo.
Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się
jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich,
czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze.
Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos
banknotów i rulonów monety.
Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
wcale.
W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się
w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto
mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni
spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w
tył gwałtownie.
Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim
teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie
przewrót nagły.
Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...
I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.
Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i
sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.
Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..
Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z
góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć
biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal
grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na
pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem
oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak
dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."
I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:
- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego?
Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia
jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa,
znaczenia i tytułów!..
I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego,
zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem,
przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę?
- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.
- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
burzliwa.
I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną,
jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.
Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów,
o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem
zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym
płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.
- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota -
mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez
wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w
zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi -
każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..
Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu
wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia,
demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień
szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
zajaśniał na niej pełnym blaskiem.
Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na
plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić
okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej
postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.
- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych,
urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu
facyatki.
Cisza nastała znowu.
Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak
zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy
człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i
złota!..
Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś
kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś
ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się
trzykrotne pukanie.
Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie
w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby
wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila
obecna...
Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś
zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło
despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.
W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz
pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem
dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się
w leżące pod niemi banknoty.
- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i
złocie.
Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem
męskim, dźwięcznym i młodym.
- Widać, że śpi, lub go nie ma...
- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam
ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary
u drzwi ślizgało się światło! - słowo!
- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a
wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos
pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło
ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.
Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.
Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony
tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na
kanapkę.
Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach...
Biedni chłopcy!
Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta
- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową
pracę...
Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a
będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli
powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego
- przyszli.
Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych
swych włosach.
- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?
Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy
młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym
żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza.
Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...
A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było
już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek,
śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał
się drzemać na łóżku.
Niebawem zasnął.....
I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
obrazy...
A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez
końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...
Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać...
Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej
przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś,
jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych
wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się -
wiecznym.
Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające
jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać.
Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już
te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.
Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.
Trwa tak dość długo...
Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując
już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
jej tchnienia... otwiera oczy...
Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym
dogasającym, zamierającym blaskiem...
On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać
się coś poczyna.
Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad
głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych
skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.
On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły,
zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć...
To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...
Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania
ich postacie - nikną.
On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.
Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego,
wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe
szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.
To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka
jemu tak w czaszkę jednostajnie...
W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed
nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń
obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem,
płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w
samą twarz poczyna.
Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy
złotej i palą, bolą...
A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc
w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi
rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów
obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd.
Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami,
nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po
kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak
szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą
karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi
żądłami ze złota.
Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...
Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia
kobieca postać.
Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a
ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie
wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.
Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie
widzi roju prześladowców jego.
Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż
i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...
Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra
u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo
ciemniejszą przybierając barwę...
Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.
Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna
ponurą swą oponę.
Naraz znika wszystko...
On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w
chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem
ciałem.
Spogląda...
Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.
Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości
rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe
wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i
zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak
w błocie.
A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony
rozprysłe, płynie, faluje złoto...
I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
pokornie, służalczo, wszystko dokoła.
Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu,
bezpodzielnie panuje.
Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.
Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast
zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa
przestrzeniami śmiech.
Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...
............................................
Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął
on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem
smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...
............................................
Obudził się śpiący.
Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany
wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót
ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany.
W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki,
spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem
uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również,
oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem
w samotnej, cichej izdebce.