I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.

Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć

ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś

niewytłumaczony zawładnął nim nagle.

Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,

ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił

pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała

świata tego potęga - złoto...

A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia

jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.

To była własność cudza!...

Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam

znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić

właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy

ręce w zawartości jego?

Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej

jeszcze.

Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na

razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na

bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z

wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania

posady.

Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz

pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy.

Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce

leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego

kieszonki...

I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem

posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota,

błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły

się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem

wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej

wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!...

Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem

drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..

Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną

kupę grosza.

Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy

głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w

banknoty i złoto.

Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej

delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele

jego równocześnie przeleciał dreszcz.

Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne,

pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się

złota.

Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do

głębi ponownie wstrząsnął dreszcz.

Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze

impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało

odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco

unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy

- stronił od niego stale.

Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach.

Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote

imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...

Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna

pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.

Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów;

szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki,

zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy,

wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z

legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone,

wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie

indziej schronienia.

A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka

pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.

Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca,

oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.

W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było

wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy.

Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł

przechadzać się po izdebce.

- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...

Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl

jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w

chaosie, zanikały - milkły...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru

sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym

zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed

nim pieniędzy?..

Młodzieniec zadrżał.

- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś

tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!..

jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i

głosy.

- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek

zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś

- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny,

czy myślisz, że postąpiłby on inaczej?

- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny

głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.

Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką

czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych

fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.

A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami

ironii:

- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. -

Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach

obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o

byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy

uśmiech fortuny!..

Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym

trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?

- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!

Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami

żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś

biednym!

Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś,

zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi,

oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.

Tak, niestety, był on biednym!..

Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w

Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja

wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się

rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło

dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata

rodzonego nieżyjącego już ojca.

W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas

nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po

najdłuższem życiu zapisał mu mienie.

Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za

późno niestety; stryja swego już nie zastał.

Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń

zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie

starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek

na dobroczynne cele.

Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub

pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.

Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił,

co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a

tak zazwyczaj niegościnnym stole...

0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz

jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w

duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i

gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy

parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się

począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej

niezadowolenie i gorycz.

Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z

lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył

brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze

nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych

salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas.

Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej

uczęszczanych w mieście.

Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat

ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy:

- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery,

które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale

dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym

ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak

ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He,

cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na

bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w

kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja

ci pomogę i ułatwię wszystko...

Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego

i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i

poszedł na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy

protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o

stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,

przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i

miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż

powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym

bywalcem.

Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na

krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we

wspomnienia własne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań

dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie,

które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.

Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund

R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę,

wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana

czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś

inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.

W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach

pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil

rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.

Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby

tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy

majaczyła fotografia.

Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty;

przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę

ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach

pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał

uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez

pamięci...

Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -

przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się

setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące,

rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń...

i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.

Mydlana bańka złudna - marzenie!..

Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę

pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma

żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi,

wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni

wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na

jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi,

pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a

długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.

Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,

mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...

Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on

rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie,

czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w

balowej sali...

To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do

siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.

Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko,

dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...

Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i

dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie

z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki

małej, gdzie stała fotografia z różą.

Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,

dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się

rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...

Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego

przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł

w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.

Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza -

przypomniał sobie chwilę obecną.

Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w

rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał:

- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i

ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...

Ironia Pozorów · 第 3 / 27 题