Dniało...
Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w
niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u
stóp jego fali.
Wreszcie - znikły...
Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w
nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał
równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.
Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte
niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego
porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się
brzask smętny.
W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie
było nikogo.
Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło
zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj
już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia,
zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się
zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.
Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i
nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej
wędrówce zaglądać tu nieraz musiała...
Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna
mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego,
nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak
widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.
W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek
radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju,
na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok
stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie
swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.
Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z
sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.
Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma
cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci
nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata
i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i
chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co
bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.
Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż
nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten
zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może
jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!...
Tak, niewątpliwie!...
Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od
tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego
zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego
zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia.
W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy,
życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę
hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...
Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe
okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy;
dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła
właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani.
Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu
melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej.
Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu
wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy.
Powolnie budziło się już miasto.
Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły
i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy
kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny
typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z
rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów,
skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam
zupełnie.
Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg
tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za
nim.
Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając
się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa,
okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy,
kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby
baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.
W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a
z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej
powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę
minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.
Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę,
wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść
dalej.
W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:
- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu
kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł
bliżej i zapytał:
- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?
Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:
- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez
tę torbę...
Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.
Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.
Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka
poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane
jakieś słowa.
Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych
okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia
jeszcze drzemało tu miasto.
Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą
chwilę...
Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej
chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi,
zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem
poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą
tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też
może zbytkowi przyrodzonego temperamentu.
- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się
prawie że biegiem.
- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca,
- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.
Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej
piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych
wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi
uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:
"A kto kocha, ten jest zdrów,
A kto kocha - ten jest zdrów..."
Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.
- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem
nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.
Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...
Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki,
i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze
poddasza.
Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.
Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się
następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po
krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę.
Szarawa ciemność zaległa izdebkę.
Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek
mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po
chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś,
raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni
swego ubrania.
Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel
skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go,
położył na stole.
Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z
wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w
oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego
mężczyznę...
Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych
kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy
odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem.
- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie,
wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały
niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..