--Niech Janio mi się zabiera stąd ze swymi płaczami, syknęła przez
zaciśnięte zęby. Takie nieszczęście, a on się maże. Także czas sobie
wybrał!
I odtrącając mnie, zawołała po cichu przez drzwi uchylone na pannę
Felicyę.
W salonie paliło się kilka świec i lampa na dużym stole, na którym stał
dymiący samowar wraz z przyborami do herbaty.
Kilka osób skupiło się razem w przeciwnym końcu pokoju, dokoła wuja
Ksawerego, który widocznie tylko co przyszedł, bo mokre futro miał
jeszcze na sobie i czapkę w ręku.
Panna Felicya podbiegła w tej chwili do niego.
--Co, telegram? zawołała: z Petersburga? jest nadzieja?
Wuj Ksawery był bardzo poważny a blady jak płótno, on, z którego
policzków tryskała zwykle krew i wesołość aż biła. Wąsy mu się nawet
opuściły na dół, a ręka trzęsła się, gdy zmięty papier podawał pannie
Felicyi, nic nie mówiąc.
Ta wyrwała mu go z ręki i przez chwilę próbowała go czytać.
--Nie mogę, zawołała wreszcie. Łzy nie dają.
--Daj mnie, rzekła babcia podkomorzyna.