Świece się paliły, migocąc żółtymi płomykami i rzucając w czarne zakątki
pokoju błyski swoje niepewne i drżące.
Noc jeszcze była--ale od okien, przez muślin zapuszczonych firanek,
przedzierać się zaczynała ta niewyraźna szarość, bladawa i smutna, która
poprzedza późny, jesienny poranek. Od czasu do czasu jedna z kobiet
klęczących lub leżących krzyżem, wstawała z ziemi i sennym, chwiejącym
się krokiem przesuwała się przez pokój pełen cieniów, sama do czarnego
cienia podobna. Cicho było. Czasem dawał się słyszeć szept modlitwy lub
przez drzwi, uchylone do przyległego salonu, dochodził na chwilę szmer
półgłosem prowadzonej rozmowy.
Obudziłem się przed kilku minutami. Spłakany i znużony zasnąłem po
północy niespokojnym snem, w kącie sofy narożnej i teraz, napół senny
jeszcze i niezupełnie przytomny, patrzałem na ten dziwny i dziwnie
posępny obraz.
Szukałem mamy. Leżała krzyżem, tak jak ją widziałem przed kilku
godzinami, nimem zasnął. Koło niej klęczały ciocia Aniela i panna
Felicya.
Tak samo jak wieczorem, nieruchoma w swoim fotelu, z twarzą wyschłą jak
pergamin i z rozwartemi szeroko oczyma bez blasku i życia, babcia
Justyna siedziała przy samym ołtarzu, podobniejsza do woskowej figury,
niż do żyjącej istoty. Ręce tylko, niedotknięte paraliżem, poruszały się
wolno, mechanicznie przesuwając różaniec i od czasu do czasu w ciszy
nocnej, głos jej rozbity i bezdźwięczny, dobywający się z głębi piersi,
jakby z podziemnej otchłani, rozlegał się po pokoju surowemi, smętnemi
słowami psalmu. Było coś bardzo przejmującego i coś strasznego zarazem
słyszeć tę staruszkę, dla której zagasły światła i przestały brzmieć
wszystkie głosy ziemi, wołającą z prorokiem do Pana Zastępów, naprzemian
o miłosierdzie i o pomstę:
„Dopókiż Panie będziesz zapominać o mnie i twarz Twą odemnie odwrócisz?
Dopókiż wróg mój będzie się podnosić nademną?
„Którego usta pełne są goryczy i zdrady, który zasadzki tajemnie czyni z
możnymi, iżby zamordowali niewinnego?
„Ale Pan rozprasza zamiary pogan i myśli narodów potępia.
„Albowiem wejrzał z wysokiej świątnicy Swojej, aby wysłuchał wzdychania
więźniów, aby rozwiązał syny pomordowanych.
„Na słowo Jego czekała dusza moja, nadzieję miała dusza moja w Panu”.
Niestety! Dla Stasia nie było już nadziei, nie było jej przynajmniej na
ziemi...
W tych cieniach, słabo rozświetlonych posępnymi błyskami gromnic,
zrobiło mi się naraz okropnie. Wyobraziłem sobie, że te ciemne postacie,
pochylone na podłodze, to szereg trupów, okrytych całunem i że babcia
Justyna, ze swoją woskową i nieruchomą twarzą, to także trup, a modlitwa
jej głośna, to jakiś straszny głos z za grobu. Zerwałem się, szlochając,
i poomacku, uderzając o meble i potykając się, pobiegłem do salonu. We
drzwiach zatrzymała mnie Leoncia.
--Panna Felicya tam jest? spytała szeptem.
--Jest... Nie... nie... wiem... Ja się boję tam... Ja nie chcę...