Nie pamiętam dziś ich treści--i po co? Dość, że ambasadorowa, zajmująca
się w Petersburgu uratowaniem Stasia, donosiła swojej przyjaciółce
księżnej, w pokrytych słowach, że wszyskie zabiegi chybiły, i że
prywatną audyencyę, o którą prosiła w tej sprawie, naznaczono jej... na
czwartek po południu.
A czwartek to byl dziś... I dziś rano miano wykonać wyrok.
Przez długą chwilę trwało milczenie. Tyle łez płynęło już w tych dniach
ostatnich, że źródło ich wyschło. Stali wszyscy nieruchomi i cisi, oczu
nie podnosząc i konwulsyjnie zaciskając dłonie.
Zegar ścienny zaczął powoli wybijać godzinę.
Wuj Ksawery podniósł nagle głowę, jak człowiek budzący się ze snu.
--Szósta, szepnął. Ależ to przecie... o tej godzinie...
--Jezus, Marya! jęknęła panna Felicya; o tej godzinie, w tej chwili...
I nie kończąc, wbiegła do drugiego pokoju i z łkaniem rzuciła się twarzą
na ziemię, przed ołtarzem.
Jedni za drugimi--wsunęli się za nią wszyscy. Wuj Ksawery ukląkł przy
progu na obydwa kolana, pochylił się tak, że czołem prawie dotykał
posadzki i zaczął głośno szlochać.
Dzień się robił mglisty, żałobny, ołowiany. Smugi białego światła szły
przez okna, kłócąc się z żółtem światłem świec woskowych i bladym
twarzom nadając trupią barwę. Klęczeliśmy wszyscy, milcząc. Czasem tylko
urywane łkanie, jęk lub głośniejsze słowo modlitwy przerywało ciszę.
Mama leżała ciągle krzyżem, nieruchoma, jakby umarła.
Nie wiem, jak długo to trwało. Wreszcie skończyło się.
Na ulicy rozległ się turkot, potem słychać było głośne kroki na schodach
w przedpokoju. Ktoś wszedł i zatrzymał się w jadalnej sali, jakby
wahając się.
Z nas nikt się nie ruszył. Klęczeli wszyscy dalej--tylko zrobiło się
zupełnie cicho. Serca poprostu przestały uderzać. Czuli wszyscy,
domyślali się wszyscy, że kroki te znaczą coś strasznego. Zbliżało się,
nadchodziło... Przeznaczenie. Ale nikt nie miał odwagi wyjść na jego
spotkanie.
Czekaliśmy. Drzwi wreszcie otwarły się.
Na progu stał ksiądz Osmólski, do trupa podobny, słaniający się. Prałat
stanął za nim, podtrzymując go.
Mama zerwała się naraz i klęcząc, głowę zwróciła ku wchodzącym.
Z ust, spieczonych gorączką, wydarło się jedno słowo:
--Już?!
Ksiądz Osmólski podszedł do niej, trzęsąc się. W rękach wyciągniętych
trzymał coś i podawał jej. Był to szkaplerz i krzyżyk z medalikami.
--Kazał oddać... matce... bratu... zaczął urywanym głosem.
--Dziękuj Bogu, córko, ozwał się prałat. Bóg cię uczynił godną tego, że
dałaś męczennika ojczyźnie, duszę czystą--niebu. Tam on czeka na ciebie
w tej chwili, modli się dla ciebie o poddanie i odwagę.
Mama przez chwilę klęczała nieruchoma z ustami przyciśniętemi do
szkaplerza. Byłem tuż przy niej. Przyciągnęła mnie ku sobie i szkaplerz
i krzyżyk przycisnęła do moich ust.
Na szkaplerzu były dwie wilgotne, ciemnobrunatne plamy.
--Całuj, czcij, naśladuj... szepnęła. To krew twego brata, krew Stasia.
To za Polskę, za wiarę...
I znów zrobiło się cicho. I naraz, w ciszy tej rozległ się głos babki
Justyny. Ślepa i głucha, nie brała udziału w tem, co ją otaczało i
podczas ogólnego przerażenia, siedziała w swym fotelu nieruchoma i
obumarła. Teraz stało się z nią coś dziwnego. Głowa się podniosła, oczy
szkliste i martwe rozjaśniły się niezwykłym blaskiem, na twarzy drgnęło
życie, a glos nabrał niebywałej mocy. I posłyszeliśmy ją, mówiącą słowa
Pisma:
„Jam jest zmartwychwstanie i żywot, a kto we mnie wierzy, nie umrze na
wieki.”
--Słyszysz--rzekł prałat.--Syn twój żyje! Zmarł jak światy--żyć będzie
na wieki!
Mama milczała przez chwilę, trzymając twarz w dłoniach. Wreszcie
podniosła głowę--i zdziwiłem się, widząc ją tak spokojną.
--Wierzę w to--rzekła cicho--wierzę sercem calem i dziękuję Bogu. On
dał, On wziął... Wziął na chwalę Swoją, na ofiarę niewinną... Wola Jego
święta. Niech się stanie, jak On chce, nie jak ja.
I znów upadła krzyżem. Nikt już więcej nie otworzył ust--tylko stary
ksiądz ukląkł przy ołtarzyku i zaczął mówić głośno: Anioł Pański...