IV.

Na palcach, po cichu wcisnąłem się do sypialni. W swoim wielkim fotelu

koło łóżka siedziała mama. Zdawało się, że śpi, bo oczy miała pół

przymknięte, nieruchome, jakby martwa, bez jednej kropli krwi. Prałat

stał koło niej, trzymając w rękach dłoń jej zwisła bezwładnie na

poręczy. Babcia podkomorzyna siedziała obok nachylona, wpatrując się w

tę biedną twarz, z której zdawało się, że życie uciekło. Leoncia stała w

głowach, nacierając jej skronie jakimś płynem. U kolan klęczała wnuczka

babci podkomorzyny, kuzynka Anusia, w grubej żałobie po ojcu, którego

przed trzema miesiącami Murawiew powiesił w Wilnie.

Patrzałem przestraszony, milczący, z rozwartemi szeroko oczyma.

Rozumiałem już wszystko: tyle już słyszałem i widziałem od przybycia

naszego do Kijowa! Staś, brat mój jedyny, skazany był na śmierć i jutro,

jutro już miano wykonać na nim wyrok, jak przedtem wykonano na

Zielińskim, Podlewskim, Rakowskim i tylu innych.

Ksiądz mię zobaczył w tej chwili. Musiała mu jakaś myśl wpaść do głowy,

bo przez minutę stał patrząc na mnie z wahaniem, potem chwycił mnie za

obie ręce i przyciągnął do matki, a raczej poprostu rzucił na jej

kolana.

--Masz pani jeszcze jedno dziecko, pani Kazimiero, rzekł do niej.

Przyjdź do siebie, panuj nad twoim bólem, szanuj życie, bo ono dla niego

potrzebne.

Słowa te zbudziły mamę z odrętwienia. Poruszyła rękami, wyciągniętemi

przed siebie, szukała mnie przez chwilę, jak przez sen, ale kiedy

płacząc głośno przytuliłem się do niej, odepchnęła mnie.

--To nie on, zawołała rozdzierającym głosem; to nie Staś mój! Gdzie

tamten, gdzie mój pierworodny, najdroższy, jedyny? Puśćcie mnie do

niego, puśćcie, nie trzymajcie! Niech choć mury zobaczę, w których go

więżą--niech zobaczę ludzi, którzy go strzegą. Niech mi choć popatrzeć

na niego dadzą--choć raz jeden do serca przycisnąć... O, puśćcie mnie

przez litość!

Na miłosierdzie Boże, uspokój się pani,--rzekł ksiądz, wstrzymując ją i

sadzając szamocącą się konwulsyjnie w fotelu. W Petersburgu ambasadorowa

jeszcze raz miała cesarzowę błagać o łaskę. Pan Ksawery siedzi od rana w

biurze telegraficznem--może przyniesie lada chwila wiadomość...

Mamie wzrok rozjaśnił się.

--Więc macie jeszcze nadzieję?--zawołała--więc jeszcze jest ratunek?

--Bóg wielki,--rzekł ksiądz--do ostatniej chwili ufać i spodziewać się

trzeba.

Mamie głowa opadła znów na piersi.

--Nie,--odparła ponuro--daremno. Serce mi mówi, że daremno. Żadnego nie

ułaskawiono, nie ułaskawią i jego... Oni go już nie puszczą ze szponów

swoich. Wypiją krew ciepłą z pod jego serca, jak kruki, i nie uśmiechną

się już do mnie usta kochane, które w kołysce jeszcze śmiały się, ile

razy schylałam do nich głowę, i zagasną oczy takie jasne, takie śliczne,

moje, gwiazdy, oczy mego Stasia... i ja go już nie zobaczę nigdy,

nigdy!..

--Gdybyś go nawet nie zobaczyła na ziemi, zobaczysz w niebie, gdzie na

ciebie czekać będzie u Boga,--rzekł ksiądz poważnie.

Ona głową potrząsła.

--W niebie--wiem, wiem, ufam w to, ale widzi ksiądz, to tak daleko... a

żyć trzeba będzie i życie takie ciężkie, takie długie... A jak żyć bez

Stasia? Ksiądz nie wie, nie rozumie mnie, ksiądz może mnie oskarża o

brak wiary, o brak rezygnacyi. Ale nie--ja we wszystko wierzę, ja nie

buntuję się... Ale ja matka a on, on moje dziecko ukochane, moje

pierwsze... I oni mi go chcą wziąć, wziąć na zawsze. I nawet nie dadzą

oczom moim spojrzeć na niego, nie dadzą sercu przytulić go po raz

ostatni! A ja go przecie pod tem sercem nosiłam, ja życie włożyłam w to

dziecko moje i teraz...

Staliśmy wszyscy bez ruchu, tłumiąc łkanie. Ona siedziała nieruchoma

także, z oczyma wpatrzonemi w dal. W ciszy głos jej bezdźwięczny i

głuchy rozlegał się, jak jęk rozbitego dzwonu.

--Ksiądz może nie wie, czem dla mnie było to dziecko. Mój Eustachy,

kochany, najlepszy--ojcem mógł być dla młodej dziewczyny, gdy mnie wiódł

na kobierzec. Przytem gospodarstwo, interesa, urząd. Gościem był w domu.

Kiedy wpadł na chwilę, rzucał mi przelotną pieszczotę--i znów byłam

samą. Węzła między nami brakło: nie było dziecka. I szły lata samotne i

bardzo smutne. Więdło mi życie, więdło serce. I myślałam, że już tak

zawsze będzie, że na mojej drodze nigdy już słońce nie zabłyśnie. Aż

wreście--Bóg mi dał jego...

Urwała i przez kilka minut milczała, wyczerpana. Słuchaliśmy,

wstrzymując oddech.

Zaczęła znowu.

--Nie spodziewałam się już dzieci; kiedy miał przyjść na świat, pewni

byli wszyscy, że przyjdzie nieżywy. Kiedy się ocknęłam po długiej

nieprzytomności i ty sama, ciociu, podałaś mi go do rąk, wierzyć nie

chciałam, że on mój, że żyje. Cóż dziwnego, że to dziecko, wyglądane tak

długo i daremnie, w końcu poprostu darowane mi przez Boga, pokochałam

goręcej, namiętniej, niż się zwykle kocha, niż się może kochać godzi.

Tem bardziej, że dziecko to stało się węzłem między mną a Eustachym i że

przez tyle lat pozostało jedynem...

--...Od urodzenia Stasia zmieniło się u nas wszystko. Maleństwo w

kolebce stworzyło w domu naszym ognisko, rodzinę, małżeńską miłość.

Teraz dopiero poznałam Eustachego, jakim był i wiele byl wart, teraz

dopiero i on mnie pokochał. Młodsze dziatki umierały jedno po drugiem,

zaraz po urodzeniu. Tem potężniej rosło przywiązanie do tego jedynego,

którego Bóg nie odbierał. A przytem--jak on umiał na to przywiązanie

zasłużyć!

Ksiądz skinął głową i ręką po oczach przesunął.

--Znam go przecie, szepnął miększym, niż zwykle głosem. Uczniem był moim

aż do chwili... uczniem ukochanym.

Mama poruszyła się nerwowo.

--Nie znasz go ksiądz--przynajmniej nie tak, jak ja. Nikt nie zna tak

dziecka, jak matka... Czyś przeczuwał nad nim połowę nocy jego

dzieciństwa? Czyś wpatrując się ze drżeniem na jego twarzyczkę wybladłą

od choroby lub spieczoną gorączką, modlił się do Boga, żeby twoje życie

wziął w zamian za gasnące w twych oczach życie twego dziecka? Czyś

śledził za każdym jego ruchem, za każdem słowem, za budzącą się myślą w

jego głowie, za uczuciem, rozkwitającem jak kwiat wiosenny w tem małem

serduszku? Nie--cudze dzieci miałeś tylko, księże; nie mów więc, że

znasz, że kochasz, jak właśnie zna i kocha matka!

Zamilkła, wyczerpana wybuchem. Ksiądz nie odpowiadał nic--tylko znów

ujął rękę jej w obie dłonie.

Po chwili zaczęła innym, miękim, przyciszonym głosem:

--Pamiętam, był jeszcze taki malutki, ledwie zaczynał biegać i

szczebiotać, przyszli do nas żołnierze. Wojsko w marszu zatrzymało się

na odpoczynek. Na obiedzie byli oficerowie, na dziedzińcu muzyka, bębny

i śpiewacy. Maleństwo przeraziło się wrzasku, szczęku broni,

mundurów--przytuliło się do mnie i szepcze płacząc: „Mamo, ty mnie im

nie oddasz, prawda?” A gdym go uspokajała, prosił dalej: „Ale

przyrzekasz, mamo, obiecujesz? Jak Bozię kochasz, nie oddasz mię?” Ja

obiecywałam i uspokajałam go i śmiałam się, aby go uspokoić lepiej, a

serce ścisnęło mi się strachem i bólem. A jeżeli przyjdzie go oddać im

kiedyś, gdy dorośnie? A jeżeli nie będę mogła dotrzymać obietnicy? I

przyszło... i trzeba było oddać go, i teraz... teraz oni go wezmą

całkiem, nazawsze odemnie i nigdy...

Ksiądz jej przerwał.

--Duszy mu wziąć nie potrafią. Ciało gnębić, to im wolno, zabić nawet

wolno, ale duszę śmierć wyswobodzi. Wróci do niebieskiego Ojca, jak

motyl, zrzucający osłony poczwarki, jak orzeł, lecący do światła, wróci

omyta w krwi męczeńskiej--po nagrodę.

--A ja--zawołała--a ja co zrobię? A mnie jak żyć bez niego?

Ksiądz spojrzał na nią surowo.

--Czy jego kochasz, czy siebie w nim?--zapytał.--Żal ci go dla ojczyzny,

dla Boga? To życie tak krótkie, czyste jeszcze i niewinne, mające się

spalić w ogniu ofiary, chciałabyś widzieć zbrudzone nędzami życia,

złamane zawodami i cierpieniem, kończące się bez chwały i pożytku? A

może taki byłby los Stasia. A teraz...

--A teraz oni mi go zamęczą, zabiją!

--Bóg ofiar żąda na przebłaganie swego gniewu. Każda ofiara, a zwłaszcza

niewinna, zbliża godzinę łaski i przebaczenia, przeważa szalę

sprawiedliwości... Nie żałuj jej, poświęć syna, poświęć serce własne...

To wola Boża. To ofiara dla odkupienia wielu...

Przez chwilę trwało milczenie.

--Wiem o tem, zaczęła wreszcie matka moja cicho.--Wiem, że Bóg żąda

ofiary odemnie, wiem, że trzeba ją przynieść, że bunt daremny. Ale

ciężko, serce się rwie. Chciałoby się powiedzieć: bądź wola Twoja, a nie

mogę, nie mogę...

--A przecie trzeba--rzekł ksiądz.--Trzeba. Crześcijanką jesteś.

--Jestem, chcę być... chcę się poddać. Ale w tem jednem... O dziecko mi

chodzi--o Stasia mego!

--On także modli się w tej chwili. Ksiądz Osmólski jest przy nim, jak ja

przy pani. Ale on pewnie się nie buntuje.

--On? Staś mój? O nie! On odważny. On zawsze mówił, że zginąć chce w

bitwie, od moskiewskiej kuli. I teraz, nie w bitwie, nie... ale od

kuli... O Boże, Boże!

--Zwróć się do tego Boga, przed którym on teraz się korzy! Złącz się z

nim. On zrezygnowany, posłuszny idzie w jasną drogę, ku Bogu. Chceszże

rozłączyć się z nim na wieki, kobieto słabego serca? On teraz powtarza

słowa modlitwy Pańskiej, a ty--nie potrafisz go naśladować.

Mówiąc to ukląkł, nie puszczając jej ręki. Klęczeliśmy wszyscy. W ciszy

głuchej głos starego księdza zaczął się rozlegać powolny, doniosły.

Towarzyszył mu głos kobiecy.

--Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech...

Słowa płynęły jedne za drugiemi i urwały się.

--Bądź wola Twoja--powtórzył ksiądz. Matka moja pochyliła głowę ku ziemi

i milczała przez chwilę, oddychając ciężko. Wreszcie podniosła do góry

twarz bardzo bladą, ale dziwnie spokojną.

--Bądź wola Twoja--rzekła powoli.

Na śmierć, 1863 · 第 9 / 12 题