Na palcach, po cichu wcisnąłem się do sypialni. W swoim wielkim fotelu
koło łóżka siedziała mama. Zdawało się, że śpi, bo oczy miała pół
przymknięte, nieruchome, jakby martwa, bez jednej kropli krwi. Prałat
stał koło niej, trzymając w rękach dłoń jej zwisła bezwładnie na
poręczy. Babcia podkomorzyna siedziała obok nachylona, wpatrując się w
tę biedną twarz, z której zdawało się, że życie uciekło. Leoncia stała w
głowach, nacierając jej skronie jakimś płynem. U kolan klęczała wnuczka
babci podkomorzyny, kuzynka Anusia, w grubej żałobie po ojcu, którego
przed trzema miesiącami Murawiew powiesił w Wilnie.
Patrzałem przestraszony, milczący, z rozwartemi szeroko oczyma.
Rozumiałem już wszystko: tyle już słyszałem i widziałem od przybycia
naszego do Kijowa! Staś, brat mój jedyny, skazany był na śmierć i jutro,
jutro już miano wykonać na nim wyrok, jak przedtem wykonano na
Zielińskim, Podlewskim, Rakowskim i tylu innych.
Ksiądz mię zobaczył w tej chwili. Musiała mu jakaś myśl wpaść do głowy,
bo przez minutę stał patrząc na mnie z wahaniem, potem chwycił mnie za
obie ręce i przyciągnął do matki, a raczej poprostu rzucił na jej
kolana.
--Masz pani jeszcze jedno dziecko, pani Kazimiero, rzekł do niej.
Przyjdź do siebie, panuj nad twoim bólem, szanuj życie, bo ono dla niego
potrzebne.
Słowa te zbudziły mamę z odrętwienia. Poruszyła rękami, wyciągniętemi
przed siebie, szukała mnie przez chwilę, jak przez sen, ale kiedy
płacząc głośno przytuliłem się do niej, odepchnęła mnie.
--To nie on, zawołała rozdzierającym głosem; to nie Staś mój! Gdzie
tamten, gdzie mój pierworodny, najdroższy, jedyny? Puśćcie mnie do
niego, puśćcie, nie trzymajcie! Niech choć mury zobaczę, w których go
więżą--niech zobaczę ludzi, którzy go strzegą. Niech mi choć popatrzeć
na niego dadzą--choć raz jeden do serca przycisnąć... O, puśćcie mnie
przez litość!
Na miłosierdzie Boże, uspokój się pani,--rzekł ksiądz, wstrzymując ją i
sadzając szamocącą się konwulsyjnie w fotelu. W Petersburgu ambasadorowa
jeszcze raz miała cesarzowę błagać o łaskę. Pan Ksawery siedzi od rana w
biurze telegraficznem--może przyniesie lada chwila wiadomość...
Mamie wzrok rozjaśnił się.
--Więc macie jeszcze nadzieję?--zawołała--więc jeszcze jest ratunek?
--Bóg wielki,--rzekł ksiądz--do ostatniej chwili ufać i spodziewać się
trzeba.
Mamie głowa opadła znów na piersi.
--Nie,--odparła ponuro--daremno. Serce mi mówi, że daremno. Żadnego nie
ułaskawiono, nie ułaskawią i jego... Oni go już nie puszczą ze szponów
swoich. Wypiją krew ciepłą z pod jego serca, jak kruki, i nie uśmiechną
się już do mnie usta kochane, które w kołysce jeszcze śmiały się, ile
razy schylałam do nich głowę, i zagasną oczy takie jasne, takie śliczne,
moje, gwiazdy, oczy mego Stasia... i ja go już nie zobaczę nigdy,
nigdy!..
--Gdybyś go nawet nie zobaczyła na ziemi, zobaczysz w niebie, gdzie na
ciebie czekać będzie u Boga,--rzekł ksiądz poważnie.
Ona głową potrząsła.
--W niebie--wiem, wiem, ufam w to, ale widzi ksiądz, to tak daleko... a
żyć trzeba będzie i życie takie ciężkie, takie długie... A jak żyć bez
Stasia? Ksiądz nie wie, nie rozumie mnie, ksiądz może mnie oskarża o
brak wiary, o brak rezygnacyi. Ale nie--ja we wszystko wierzę, ja nie
buntuję się... Ale ja matka a on, on moje dziecko ukochane, moje
pierwsze... I oni mi go chcą wziąć, wziąć na zawsze. I nawet nie dadzą
oczom moim spojrzeć na niego, nie dadzą sercu przytulić go po raz
ostatni! A ja go przecie pod tem sercem nosiłam, ja życie włożyłam w to
dziecko moje i teraz...
Staliśmy wszyscy bez ruchu, tłumiąc łkanie. Ona siedziała nieruchoma
także, z oczyma wpatrzonemi w dal. W ciszy głos jej bezdźwięczny i
głuchy rozlegał się, jak jęk rozbitego dzwonu.
--Ksiądz może nie wie, czem dla mnie było to dziecko. Mój Eustachy,
kochany, najlepszy--ojcem mógł być dla młodej dziewczyny, gdy mnie wiódł
na kobierzec. Przytem gospodarstwo, interesa, urząd. Gościem był w domu.
Kiedy wpadł na chwilę, rzucał mi przelotną pieszczotę--i znów byłam
samą. Węzła między nami brakło: nie było dziecka. I szły lata samotne i
bardzo smutne. Więdło mi życie, więdło serce. I myślałam, że już tak
zawsze będzie, że na mojej drodze nigdy już słońce nie zabłyśnie. Aż
wreście--Bóg mi dał jego...
Urwała i przez kilka minut milczała, wyczerpana. Słuchaliśmy,
wstrzymując oddech.
Zaczęła znowu.
--Nie spodziewałam się już dzieci; kiedy miał przyjść na świat, pewni
byli wszyscy, że przyjdzie nieżywy. Kiedy się ocknęłam po długiej
nieprzytomności i ty sama, ciociu, podałaś mi go do rąk, wierzyć nie
chciałam, że on mój, że żyje. Cóż dziwnego, że to dziecko, wyglądane tak
długo i daremnie, w końcu poprostu darowane mi przez Boga, pokochałam
goręcej, namiętniej, niż się zwykle kocha, niż się może kochać godzi.
Tem bardziej, że dziecko to stało się węzłem między mną a Eustachym i że
przez tyle lat pozostało jedynem...
--...Od urodzenia Stasia zmieniło się u nas wszystko. Maleństwo w
kolebce stworzyło w domu naszym ognisko, rodzinę, małżeńską miłość.
Teraz dopiero poznałam Eustachego, jakim był i wiele byl wart, teraz
dopiero i on mnie pokochał. Młodsze dziatki umierały jedno po drugiem,
zaraz po urodzeniu. Tem potężniej rosło przywiązanie do tego jedynego,
którego Bóg nie odbierał. A przytem--jak on umiał na to przywiązanie
zasłużyć!
Ksiądz skinął głową i ręką po oczach przesunął.
--Znam go przecie, szepnął miększym, niż zwykle głosem. Uczniem był moim
aż do chwili... uczniem ukochanym.
Mama poruszyła się nerwowo.
--Nie znasz go ksiądz--przynajmniej nie tak, jak ja. Nikt nie zna tak
dziecka, jak matka... Czyś przeczuwał nad nim połowę nocy jego
dzieciństwa? Czyś wpatrując się ze drżeniem na jego twarzyczkę wybladłą
od choroby lub spieczoną gorączką, modlił się do Boga, żeby twoje życie
wziął w zamian za gasnące w twych oczach życie twego dziecka? Czyś
śledził za każdym jego ruchem, za każdem słowem, za budzącą się myślą w
jego głowie, za uczuciem, rozkwitającem jak kwiat wiosenny w tem małem
serduszku? Nie--cudze dzieci miałeś tylko, księże; nie mów więc, że
znasz, że kochasz, jak właśnie zna i kocha matka!
Zamilkła, wyczerpana wybuchem. Ksiądz nie odpowiadał nic--tylko znów
ujął rękę jej w obie dłonie.
Po chwili zaczęła innym, miękim, przyciszonym głosem:
--Pamiętam, był jeszcze taki malutki, ledwie zaczynał biegać i
szczebiotać, przyszli do nas żołnierze. Wojsko w marszu zatrzymało się
na odpoczynek. Na obiedzie byli oficerowie, na dziedzińcu muzyka, bębny
i śpiewacy. Maleństwo przeraziło się wrzasku, szczęku broni,
mundurów--przytuliło się do mnie i szepcze płacząc: „Mamo, ty mnie im
nie oddasz, prawda?” A gdym go uspokajała, prosił dalej: „Ale
przyrzekasz, mamo, obiecujesz? Jak Bozię kochasz, nie oddasz mię?” Ja
obiecywałam i uspokajałam go i śmiałam się, aby go uspokoić lepiej, a
serce ścisnęło mi się strachem i bólem. A jeżeli przyjdzie go oddać im
kiedyś, gdy dorośnie? A jeżeli nie będę mogła dotrzymać obietnicy? I
przyszło... i trzeba było oddać go, i teraz... teraz oni go wezmą
całkiem, nazawsze odemnie i nigdy...
Ksiądz jej przerwał.
--Duszy mu wziąć nie potrafią. Ciało gnębić, to im wolno, zabić nawet
wolno, ale duszę śmierć wyswobodzi. Wróci do niebieskiego Ojca, jak
motyl, zrzucający osłony poczwarki, jak orzeł, lecący do światła, wróci
omyta w krwi męczeńskiej--po nagrodę.
--A ja--zawołała--a ja co zrobię? A mnie jak żyć bez niego?
Ksiądz spojrzał na nią surowo.
--Czy jego kochasz, czy siebie w nim?--zapytał.--Żal ci go dla ojczyzny,
dla Boga? To życie tak krótkie, czyste jeszcze i niewinne, mające się
spalić w ogniu ofiary, chciałabyś widzieć zbrudzone nędzami życia,
złamane zawodami i cierpieniem, kończące się bez chwały i pożytku? A
może taki byłby los Stasia. A teraz...
--A teraz oni mi go zamęczą, zabiją!
--Bóg ofiar żąda na przebłaganie swego gniewu. Każda ofiara, a zwłaszcza
niewinna, zbliża godzinę łaski i przebaczenia, przeważa szalę
sprawiedliwości... Nie żałuj jej, poświęć syna, poświęć serce własne...
To wola Boża. To ofiara dla odkupienia wielu...
Przez chwilę trwało milczenie.
--Wiem o tem, zaczęła wreszcie matka moja cicho.--Wiem, że Bóg żąda
ofiary odemnie, wiem, że trzeba ją przynieść, że bunt daremny. Ale
ciężko, serce się rwie. Chciałoby się powiedzieć: bądź wola Twoja, a nie
mogę, nie mogę...
--A przecie trzeba--rzekł ksiądz.--Trzeba. Crześcijanką jesteś.
--Jestem, chcę być... chcę się poddać. Ale w tem jednem... O dziecko mi
chodzi--o Stasia mego!
--On także modli się w tej chwili. Ksiądz Osmólski jest przy nim, jak ja
przy pani. Ale on pewnie się nie buntuje.
--On? Staś mój? O nie! On odważny. On zawsze mówił, że zginąć chce w
bitwie, od moskiewskiej kuli. I teraz, nie w bitwie, nie... ale od
kuli... O Boże, Boże!
--Zwróć się do tego Boga, przed którym on teraz się korzy! Złącz się z
nim. On zrezygnowany, posłuszny idzie w jasną drogę, ku Bogu. Chceszże
rozłączyć się z nim na wieki, kobieto słabego serca? On teraz powtarza
słowa modlitwy Pańskiej, a ty--nie potrafisz go naśladować.
Mówiąc to ukląkł, nie puszczając jej ręki. Klęczeliśmy wszyscy. W ciszy
głuchej głos starego księdza zaczął się rozlegać powolny, doniosły.
Towarzyszył mu głos kobiecy.
--Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech...
Słowa płynęły jedne za drugiemi i urwały się.
--Bądź wola Twoja--powtórzył ksiądz. Matka moja pochyliła głowę ku ziemi
i milczała przez chwilę, oddychając ciężko. Wreszcie podniosła do góry
twarz bardzo bladą, ale dziwnie spokojną.
--Bądź wola Twoja--rzekła powoli.