Wracając do domu, spotkaliśmy na schodach Leoncię.
Panna Felicya rzuciła się do niej.
--I cóż, zawołała, czy pani przyjechała?
Leoncia nie odpowiedziała nic. Chwyciła pannę Felicyę za ramiona i
popchnęła ją do jadalni; potem w kącie, pod oknem, urywanym głosem
zaczęła jej coś mówić. Słyszałem tylko wykrzykniki panny Felicyi:
--Jezu miłosierny! Jutro! I nawet widzieć się z nim nie dają! Nawet
matce syna pożegnać! O, nieszczęście! O Boże, Boże!
Wreszcie Leoncia skończyła. Wtedy obie kobiety wybuchły głośnym płaczem
i rzuciły się sobie w objęcia. Ale panna Felicya w tejże chwili
przytłumiła łkanie.
--Ciszej, na Boga, szepnęła; pani marszałkowa gotowa posłyszeć.
Leoncia potrząsła głową i ręką.
--Pani marszałkowa jest w sypialnym pokoju. Przy niej ksiądz prałat i
pani podkomorzyna. Stąd nie słychać. A zresztą wszystko jedno. Wie o
wszystkiem.
--I o tem, że jej syna nie dadzą pożegnać?
--I o tem.
--I jakże to stało się? Czy słyszałaś?
Księżna opowiedziała. Przyjechali, powiada, do pałacu--księżna, że to ma
wstęp wolny do tej moskiewicy, więc z naszą panią prosto do jej pokojów,
bez anonsowania, boby pewnie nie przyjęła. Generałowa, słyszę, zmieszała
się okropnie. Pani Marszałkowej coś tam bąkała niewyraźnie, a potem
księżnę bierze na stronę. „Daremnoś, mówi, i mnie i tej nieszczęśliwej
zrobiła przykrość. Rzecz skończona. Mój mąż wczoraj wieczorem wyrok
wojennego sądu potwierdził. Mnie jeszcze przedtem, kiedy księżna w tej
sprawie przyjeżdżałaś do mnie, zakazał do tego się mieszać. Możeby i
chciał co zrobić, ale nie może. On nie cesarz--sam się obawia”...
Księżna się pyta: „A gdyby do niego jeszcze szturm przypuścić? Toż to
matka--toż jej o życie dziecka chodzi!” Moskiewica na to: nie i nie. Aż
wreszcie rozpłakała się. „Osądź sama, mówi; jaż przecie nie z kamienia,
mnie żal i serce boli, jak patrzę na tę nieszczęśliwą, ale cóż zrobić,
cóż zrobić? Nieszczęście! Rady żadnej. Jedno chyba wam już uczynię, choć
mąż będzie na mnie wściekły za to: puszczę was do jego kancelaryi przez
moje apartamenta. Nie pomoże to, wiem, ale niech choć nic wam na
sumieniu nie zostanie”. Tak i zrobiła.
--Więc pani widziała generała?
--A jakże. Widziała. Uklękła przed nim, ona, taka wobec nich dumna. Ale
czegóż matka dla dziecka nie zrobi? Księżna mówi, że on był, jak z lodu.
Grzeczny, zimny, obojętny, jakby to nie o życie ludzkie chodziło. O
przeklęty! Bodajby...
Panna Felicya zakryła jej usta dłonią.
--Cicho, Leonciu, uspokój się, nie przeklinaj, bój się Boga! Mów dalej.
Cóż generał?
--A cóż? Podniósł panią, posadził, wody kazał podać i bardzo grzecznie
powiedział, że nie zrobi nic, ale to nic zgoła. Ten zwierz w ludzkiej
postaci, kat w białych rękawiczkach! I Pan Bóg patrzy na to!
Panna Felicya przerwała jej znowu.
--Leonciu, nie bluźnij. Nie dodawaj grzechu do nieszczęścia. Wola Boża.
Więc i widzieć się nie pozwolił?
Leoncia wstrząsnęła głową.
--Nie mogę, mówi, mam rozkaz wyraźny.
Potem powiada--słyszy pani tego łotra, tego szatana!--widzenie z nim
oddziałałoby zgubnie na zdrowie pani, a jemu odebrałoby spokój i
rezygnacyę, tak potrzebną w jego położeniu. Uważa pani, panno Felicyo?
On dba o zdrowie naszej pani, o spokój naszego Stasia... O Jezu, Jezu!
Panna Felicya pochyliła głowę w milczeniu.
--Kto wie--szepnęła--może było w tem jednak trochę słuszności.
Leoncia oburzyła się.
--Będzie im panna Felicya jeszcze słuszność przyznawać--zawołała.--A jak
Stasia naszego nie stanie, a naszej pani--o Matko Najświętsza--nie dadzą
go choć raz jeszcze przed śmiercią zobaczyć, pożegnać, to co wtedy
będzie? Czy nie będzie to ją do końca życia gryźć i szarpać, że jej tego
nie pozwolili zrobić?
--Prawda--szepnęła spuszczając głowę panna Felicya--straszna prawda...
Leoncia chciała coś dalej mówić, ale w tej chwili wszedł do pokoju
ksiądz prałat.
--Niech panna Leonia pójdzie do pani marszałkowej--rzekł.
Ksiądz prałat Dobszewicz, spowiednik mojej matki i przyjaciel, doradca,
duchowny kierownik całej naszej rodziny, był jedną z najbardziej znanych
a może najbardziej szanowaną postacią w Kijowie. Jego sucha, ascetyczna
twarz o surowym profilu starca i głębokiem, uderzającem chwilami z pod
brwi krzaczastych, jak piorun, spojrzeniu, przejmowała czcią nawet tych,
u których nie budziłu sympatyi. Święty może trochę więcej na modłę
groźnych proroków starego zakonu, niż wedle pełnego słodyczy wzoru
Franciszka Salezego lub Wincentego a Paulo, ten stary ksiądz z głębi
żmudzkich borów, imponował raczej, niż pociągał. Było w nim jednak
bardzo wiele i bardzo głębokiego uczucia, tylko że przez lat tyle
stawiając więcej od innych czoło burzy, wgniótł to uczucie w głąb duszy
i stał się podobny do granitu, o który odbijają się daremnie, hucząc,
szalejąc morskie bałwany i nawałnice. Teraz właśnie musiał na to
patrzeć, jak przemoc obca przeciw której przez życie całe walczył z
cichą wytrwałością litewską, przykładała siekierę do dzieła całego tego
życia. Od dwudziestu lat kapelan. profesor, poniekąd moralny przywódca
polskiej i katolickiej młodzieży na tym schyzmatyckim rosyjskim
uniwersytecie, stał teraz właśnie wobec najcięższej i najstraszliwszej
chwili życia; wobec wyroku śmierci, wydanego na jego katedrę w
uniwersytecie i jego ukochaną uniwersytecką kaplicę, patrzeć musiał na
całe jedno pokolenie swojej młodzieży, zagrożone zagładą lub wygnaniem,
gnijące w więzieniach fortecznych i kazamatach Prozorowskiej baszty.
A jednak i teraz ten stary ksiądz stał nieugięty i niezachwiany, tylko
więcej bruzd miał na czole, tylko surowiej i smutniej patrzały siwe oczy
z pod brwi ściągniętych.
Zaledwie Leoncia wyszła, zwrócił się do panny Felicyi, całującej jego
rękę.
--Czyście przygotowały co potrzeba do nabożeństwa? Pewnie zapomniałyście
w tym waszym smutku i kłopocie.
Panna Felicya klasnęła w dłonie.
--Prawda, zawołała. Na śmierć zapomniałam. Ale wszystko jest w domu.
Tylko urządzić trzeba. Zaraz się tem zajmę. Proszę okna od ulicy
zasłonić, żeby kto nie podpatrzył i nie doniósł.
Był w tych czasach pełnych klęski i grozy zwyczaj w Kijowie, że ilekroć
większe niebezpieczeństwo groziło jednemu z fortecznych więźniów, a tem
bardziej, jeżeli którego z nich skazano na śmierć, rodzina i przyjaciele
nieszczęśliwego zostawali przez całą dobę i więcej, aż do
rozstrzygnięcia sprawy iub do wykonania wyroku, na wspólnej, nieustannej
modlitwie. Od wczesnego rana zbierano się w kościele, gdzie wszystkie
Msze święte ofiarowane bywały na tę intencyę. We łzach, krzyżem leżąc,
słuchały nabożeństwa matki, żony, córki tych, na których wydawano
właśnie wyrok śmierci lub Sybiru. Gdy Msze się pokończyły, u rodziny w
pomieszkaniu urządzano pokryjomu ołtarz, przed którym, zmieniając się
kolejno, klękali znajomi i bliżsi, a nawet dalecy i nieznani, złączeni
tylko braterstwem współczucia, które w tych smutnych dniach było jedynym
jaśniejszym promieniem dla serc zbolałych i wspólnym, potężnie
wszystkich zespalającym węzłem.
Panna Felicya, z pomocą Leonci i ciotki Anieli, ustawiała w małym,
ciemnym gabineciku obok sypialni ołtarzyk. Na białym obrusie, pomiędzy
sześciu woskowemi świecami, jaśniała złota szata Berdyczowskiej
Bogarodzicy, a przy niej poczerniały srebrny relikwiarz, który pradziad
miał z sobą pod Wiedniem. Tymczasem drzwi od przedpokoju nie zamykały
się. Ciągle ktoś wchodził i, nie zatrzymując się, spieszył do
improwizowanej kaplicy.