II.

Jasne, wesołe słońce ciekawie zajrzało do pokoju na Chramcówkach,

gdzie zatrzymali się nasi znajomi. Pokoik nie był wielki, ale dość

wysoki; gładkie, świerkowe ściany lśniły połyskiem atłasu, rzeźbione

ramy okna i drzwi przyjemne czyniły wrażenie. Skromne sprzęty zdawały

się zupełnie nowe, a wszystko pociągało prostotą i czystością.

--Pogoda -- ziewnął Janek -- czas nam w drogę, gotowe uciec na jaką

wycieczkę.

--Szkoda, żeśmy tu stanęli -- zauważył Tadzio -- daleko do klimatyki.

--Cóż ci ta klimatyka tak zajechała do głowy? Kpię sobie z klimatyki i

żeby cię przekonać, że się bez niej obejdę, wcale tam nie pójdziemy.

--Nie wiem, czy to będzie dobrze -- szepnął nieśmiało Tadzio.

--To się dowiesz.

--Nie chodzi mi o podróż i o stryja, ale ojcu byłoby przykro, gdybyśmy

Zosi na czas nie przywieźli; taki był uszczęśliwiony z tej naszej

wycieczki! To dla niego większa przyjemność, niż gdyby sam mógł

nareszcie wyjechać na dłużej w góry.

--Czemu nie mamy przywieźć Zosi na czas? Jeszcześ się nie ruszył z

miejsca, a już wątpisz o wszystkiem, jak gdyby Zakopane było co

najmniej Europą. Straszna sztuka odnaleźć tutaj dwie osoby, nawet bez

klimatyki! Stryj 10 dni zaczeka, a to przecież wystarczy, chociażby

się wybrała na dalszą wycieczkę.

--Już tylko 8, dwa zajęła nam droga.

--Nawet 6, bo dwa także na powrót odliczyć trzeba. Ale to także dosyć.

--Swoją drogą, gdyby to zależało ode mnie, wyciąłbym te wszystkie lasy

do jednego drzewka. To mi ozdoba! W Zakopanem gór nie widać. Nie wiem,

co sobie ludzie do tych Chramcówek upatrzyli, najbrzydsza część osady,

bez żadnego widoku.

--Gór tylko nie widać -- cicho wtrącił Tadzio. -- Za to tyle przestrzeni,

zieloności, słońca...

--Dla ciebie wszystko piękne -- mruknął Janek -- na Kościeliską też stąd

mila drogi.

--Ja myślę, żebyśmy poszli do Ślimaka. -- Dobrze nam u niego było w

zeszłym roku, może i tam stanęły.

Za chwilę byli w drodze. Pogardziwszy szosą, przez park świerkowy

skierowali się w stronę potoku, przeszli po kładce na brzeg

kamienisty, a potem wprost przez łąki na Targową. Dzień był

prześliczny, słoneczny, pogodny, niebo bez chmurki pieściło spojrzenie

błękitem, na polach kołysały się zboża złociste, świeża zieloność

lśniła pod rosą.

Janek zły był, że mu się wszystko podobało. Miał czas napatrzyć się

zielonym stokom wystającego Giewontu, Wirchów i Koszytej, czemu go to

wszystko znowu nęci? Nawet Gubałówka wabi oko wzorzystą swoją

pochyłością, i serce mimowolnie jakimś przyspieszonem tętnem wita

starych znajomych i stare widoki.

Ile też skał, kamieni zmyły potoki wiosenne ze śpiących pod śniegiem

olbrzymów? Ile szczerb nowych w ich ciałach odwiecznych? Ile zwalonych

lasów przez wiatr halny zamknęło drogi? Jakie powstały nowe ścieżki i

potoki?

Oj, poszedłby tam w góry, jak co roku, poszedł z ochotą, choć się

przyznać nie chce i gniewem tłumi uczucie tęsknoty.

--Poszukamy ich u Ślimaka.

W chacie Ślimaków radość i zdziwienie. To się panie ucieszą, bo się i

nie spodziewały tak prędko. A mieszkają od Kacprusia het! precz!

trochę na bok w pole, u szwagra, u Liptaka, co wybudował domek

nowiusieńki. Nikt w nim jeszcze nie mieszkał, ale się spodobało, że

caluśkie góry widać, het, aż za Murań; a domów też niema w blizkości,

to i przestronno, zielono i czysto.

Jankowi świeciły oczy, a serce szybko uderzało; ot, jak to trudno

dopytać się w Zakopanem o mieszkanie znajomych. Przed godziną wyszli z

domu i bez pomocy klimatyki wiedzą, co im potrzeba. Za pół godziny

uściskają siostrę i jej opiekunkę, a jutro lub pojutrze mogą wracać do

Warszawy. Stryj ich pochwali i odbędą z nim razem pouczającą podróż

morzem z Gdańska do Kopenhagi. Powinni być bardzo radzi.

--Cóż -- zwrócił się do brata -- nie będzie się czem pochwalić przed

stryjem, poszło nam jak po maśle, ośmioletni dzieciak dokazałby takiej

sztuki. Chodźmy.

--A nie macie się co spieszyć -- mówił Ślimak, wyjmując z ust krótką

fajeczkę -- bo poszli dzisiaj wszyscy do Morskiego.

--Co? -- zawołali obaj chłopcy razem.

--A jakże, o świtaniu, Wojtek przecie poszedł pod rzeczy, a Maciej

przewodniczy. Toć wiem. Poszło gości ze 12 osób. Starsze kobiety

pojechały szosą, a co młodsze to na Zawrat. A wracać mają pozajutro na

Waksmundzką, toć nie macie poco do Liptaka chodzić. Zaczekać trzeba.

Bracia patrzyli na siebie.

--A gdzieżeście stanęli?

--Na Chramcówkach.

--Zapłacicie! -- pokiwał Ślimak głową. -- Jest tu u mnie izba pusta,

gdybyście też chcieli.

--My na parę dni tylko do Zakopanego. Zabierzemy siostrę i wracamy.

Teraz Ślimak się zdziwił.

--A z mieszkaniem? -- zapytał. -- Toćby Liptak znalazł sobie na całe lato

gości.

--Krzywdy mu przecie nie zrobimy.

--To wiadomo, przecie sprawiedliwiście, ale będziecie mieli szkodę.

--Cóż robić.

Wracali ku Krupówkom zamyśleni. Co teraz robić? Czekać trzy dni w

Zakopanem? Szkoda czasu. Zwłaszcza w taką pogodę. Blizkie wycieczki

mniej nęcą: dolinki do siebie podobne, tyle razy w nich byli, a tam w

góry, w góry, dalej, aż dusza rwie się.

--Pójdziemy chyba do Morskiego? -- zagadnął wreszcie Janek.

--Jutro -- dodał Tadzio.

--Rozumie się, że nie dzisiaj. Przecież to całodzienna droga. Tylko

wiesz, co ci powiem: co nam po przewodniku? Byliśmy ze sześć razy, a

drogę przez Waksmundzką znamy jak własną kieszeń. Powrócimy zaś razem

może inną drogą z Maciejem. Prawda?

--Zdaje mi się -- rzekł Tadzio -- że wybornie pamiętam drogę.

--Tylko nie mów o tem w domu, bo zaczną nam perswadować, straszyć. Bóg

wie nie co. Ten się zabił, ten zginął, ten to, tamtem owo. Górale chcą

zarobku, inni przez tchórzostwo wierzą wszystkim ich baśniom. Cóż, nie

odpowiadasz?

--Zdaje mi się, że znam drogę -- powtórzył Tadzio w zamyśleniu.

--A dzisiaj chodźmy na Czerwone Wirchy i wrócimy przez Giewont.

--Zmęczymy się przed jutrem.

--Co to za zmęczenie? Zresztą, siedź sobie w domu, kiedy się obawiasz.

--Nie obawiam się, ale przypomnij sobie, że to męcząca droga, a po

pierwszych wycieczkach nogi bardzo bolą.

--To chodź do Czarnego Stawu.

--Czy nie za późno?

--Dziesiąta.

--Musimy coś kupić po drodze, herbaty, cukru, trochę wędliny, tam

dostaniemy mleka, to i obiad będzie. Drogę znamy.

--Jeszczeby też. Jak do Saskiego Ogrodu. Swoją drogą rad jestem, że

Czarny Staw zobaczę; przykro byłoby jakoś stąd odjechać, nie

pozdrowiwszy tego przyjaciela, nie spojrzawszy ani razu na Kościelec,

na Zawrat. Dobrze zrobiła Zosia z tą wycieczką. Jutro na noc staniemy

u Morskiego; zadziwią się kobieciny, a nam przyjemnie będzie zabrać do

Warszawy tę garstkę nowych wspomnień.

--Szkoda, że na Kościeliską czasu już nie będzie.

--Przeczytaj sobie o niej w przewodniku Eljasza, to ci się będzie

zdawało, żeś widział.

--Dobrze, żeś mi przypomniał, jutro trzeba wziąć z sobą Eljasza.

--Może masz słuszność, taki przewodnik nie wiele kosztuje.

Bez przewodnika · 第 8 / 12 题