Nazajutrz o świcie chłopcy cicho i ostrożnie wymknęli się ze swego
pokoiku. Nie powiedzieli wczoraj gospodyni o zamiarze wycieczki do
Morskiego Oka; wracając z Czarnego Stawu, kupili tylko na drogę
butelkę wina, parę funtów szynki i niewielki bochenek chleba, a teraz
dołączyli do bagaży nieocenionego Eljasza i sprawiedliwie rozdzielili
wszystko na dwie równe paczki.
--Trzeba napisać parę słów do gospodyni, że nie wrócimy na
noc -- odezwał się Tadzio.
--Poco? -- zapytał Janek dość porywczo.
--No, gotowa nas szukać, będzie dużo gadania.
--Hm, to prawda. To napisz: »Idziemy na dalszą wycieczkę, zabawimy dni
parę«. Tak, dobrze. A teraz ostrożnie, cicho.
--Poco się z tem kryjemy?
--Poto, że nie mam ochoty słuchać rad, uwag i perswazji. Co komu do
tego, gdzie idziemy, co robimy? Tu przecież nie jesteśmy pod niczyją
opieką, nie mamy obowiązku zdawać sprawy z naszych czynów i zamiarów.
Podniósł głowę i dumnie spojrzał na brata zgóry, jak człowiek wolny,
który żadnej władzy nie widzi i nie uznaje nad sobą. Tadzio się
zarumienił; widocznie był jeszcze dzieckiem, bo samodzielność taka
przerastała jego odwagę. Lecz Janek wie, co robi.
Wiedział naturalnie, brat przyznawał mu to w duszy, kąpiąc się w
świeżem i lekkiem powietrzu, w jasnych promieniach słońca, podziwiając
piękność nieba, gór i ziemi. I jak im dobrze samym. Poco tu
przewodnik? Czyż nie znają dokładnie drogi? Jeszcze też takiej drogi:
przez Waksmundzką! Ale już tę wybrali, żeby stanąć na czas, posłuchali
rozsądku.
--Pójdziemy przez Kozienice -- proponuje Tadzio.
--Naturalnie -- potwierdził Janek. -- Stamtąd powitamy góry w blaskach
wschodzącego słońca. Niema w całem Zakopanem piękniejszego widoku;
gdybym sobie kiedy stawiał tutaj willę, to tylko na Kozieńcu.
Mówił to z wzrastającym zachwytem na widok piękności natury,
odsłaniających się w miarę, jak młodzi nasi podróżnicy wydobywali się
z ulic, zamkniętych szeregami domków i willi, na bardziej otwartą
przestrzeń. Minąwszy szybko Chramcówki i ulicę Chałubińskiego, koło
Muzeum po kładce przeszli potok i zaczęli wstępować na łagodną
pochyłość Kozieńca. Widok stąd rzeczywiście był wspaniały: na zachód
przestrzeń otwarta, bez końca, wzdłuż łańcucha wirchów i turni[4],
zamykających widok od południa. W przezroczystem powietrzu góry
występowały tak wyraźnie, iż widać było na nich każdą ścieżkę, każdy
strumyk, rysujące ich stoki skaliste siecią jasnych gałązek. Tu i
owdzie bielały najwyraźniej śniegi, świt różowił szczyty, a skały
zdawały się być aksamitne.
--Ach! -- szeptał Tadzio -- nic piękniejszego nie umiem sobie wyobrazić.
Janek płonącem okiem obejmował wnętrze otwartego w tem miejscu gniazda
gór spiętrzonych: Kopę Królowej, Magurę, Granaty i Źółte Turnie;
liczył je, podziwiał, chciałby popłynąć nad nie lotem ptaka.
Nie będziemy deptali w tym roku tych ścieżek, nie będziemy spoczywali
w niedostępnych jarach, patrząc w niebo i zapominając o świecie.
Dziwny urok mają te góry... Nagle potrząsnął głową.
--Chodźmy -- rzekł -- tak nie można, nie poto idziemy.
Minęli Bystre, uśpione i ciche, w Jaszczurówce wypili gorące
śniadanie, orzeźwili się przyjemną kąpielą i podążyli dalej. Od Cyrli
droga już przez las prowadzi, wydeptana co roku stopami podróżnych,
lecz nie lękali się zbłądzić: tyle razy szli tędy! Tu nie widać nieba,
gór ani słońca, tylko stare drzewa, olbrzymie głazy, spękane, porosłe
mchem zielonym i szarym, -- szemrzące strumienie i kwiatów kępy całe:
niezapominajki, goryczki, storczyki, pełno barw, woni, aż żal mijać.
A poziomki!
Nie mogli oprzeć się pokusie, aby nie zbierać chociaż
najpiękniejszych. Co za wielkość, smak, zapach!
Droga coraz inna i coraz piękniejsza. Od Toporowych Stawów do Psiej
Trawki szli więcej niż godzinę. Była już 10-ta, kiedy się zatrzymali
na tym pierwszym wypoczynku.
--Wiesz, Janku, że my dzisiaj może nie dojdziemy? -- zauważył Tadzio
nieśmiało.
Janek ruszył ramionami.
--Pleciesz, jak niedołęga. Straciliśmy trochę czasu, wielka szkoda!
Nie będziemy za to robić dłuższych wypoczynków. Ślimak zaszedłby tędy
w ciągu dnia na miejsce. Patrz, co ludzi za nami spieszy.
Istotnie, dwa dość liczne towarzystwa zbliżały się do schroniska. Na
łączce w jednej chwili zrobiło się gwarno, otwierano butelki, śmiech,
żarty, nawoływania rozległy się dokoła.
--Pójdźmy -- szepnął Janek do brata.
Tadzio wstał natychmiast i skierowali się znowu ku drodze, gdy nagle
otoczyła ich nowa gromadka.
--Janek! Tadzio! A wy tu co robicie o tej porze?
--Felek! Brońcia! Adaś! Ańdzia!
--Skądżeście się tu wzięli?
--Do Morskiego.
--Po Zosię?
--Naturalnie.
--Sami?
--Znamy drogę -- zapewniał Janek.
--Chodźcie z nami. Weselej będzie!
Chłopcy nie mieli nic przeciwko temu, pożartowano wprawdzie trochę z
ich zapasów i pospiesznego marszu, ale któżby o takie rzeczy obrażał
się na przyjaciół? Odtąd istotnie było tak wesoło, że nawet Tadek
tylko od czasu do czasu marzącem okiem rozglądał się po krajobrazie.
Na Waksmundzkiej odpoczywali niedługo, gdyż woleli popatrzeć z Suchej
na Pieniny, które przy dniu pogodnym rysowały się wyraźnie. W ogóle
widok z Suchej był przepyszny, i Bronia tylko narzekała, że ją
zwiedziono: wiedzieli przecież, że się obawia przepaści i każą jej
przejść ścieżkę, parę stóp szeroką.
--Ależ tu przejechać można -- perswaduje Felek.
--A gdybyś nawet spadła, pierwszy krzak by cię zatrzymał.
Ale Brońcia jest blizką płaczu, zamyka oczy, każe się prowadzić, drży
cała. Towarzysze tłumią śmiech przez litość.
--No, tu przecie szeroko!
--Nie mogę, nie mogę! Przywiążcie mię do drzewa, bo się stoczę po tej
pochyłości.
--Patrz, szynka się nie stacza, chleb leży spokojnie, patrz butelka.
--Ach!
Brońcia zasłoniła oczy, gdyż nieszczęsna butelka nie odpowiedziała
wcale zaufaniu swojego opiekuna i stoczyła się w krzaki.
--Cała, cała! -- zawołali radośnie Staś i Felek i w mgnieniu oka zsunęli
się bokiem ku krzakom, aby pochwycić zbiega.
--Cała szyjka, nawet korek nie wyskoczył, tylko dna i wina brakuje.
Wszyscy się śmieli, wujenka i poważny wuj Stanisław, opiekunowie tego
młodego grona; jedna Brońcia drżała. Poradzono jej, aby położyła się
na ziemi i w tej dopiero pozycji zdobyła się na odwagę popatrzenia na
piękny widok.
--Dajcie reńskiego, a zejdę po tej ścieżce prosto het, precz, aż na
dół -- odezwał się młody góralczyk, świecącemi oczyma patrząc na
wystraszone dziewczę.
--Trzymajcie go! -- zawołała przerażona Brońcia, i twarz ukryła w
dłoniach.
Zejście nie było trudne, Brońcia jednak szła ciągle, prowadzona przez
brata i przewodnika, z zamkniętemi oczyma, blada, z wyrazem trwogi i
zmęczenia. Dopiero na Gęsiej Szyi uspokoiła się trochę.
--Dziękuję za taką przyjemność -- rzekła, siadając na miękkiej,
aksamitnej trawie -- nie chcę znać Morskiego Oka, ani podobnych awantur.
--Będziesz czekała tutaj naszego powrotu?
--Wstydź się żartować jeszcze! -- zawołała Bronka. -- Dlaczego nie
przeprowadziliście mię dołem? Mogłam przecież przejść tędy? Pocoście
mię wlekli na tę skałę?
--Ależ Broniu, to jeden z piękniejszych widoków w Tatrach.
Nie odpowiedziała, czuła się jednak w duszy pokrzywdzoną: piękny
krajobraz sprawiał jej przyjemność wtedy, gdy mogła go oglądać z
bezpiecznego miejsca.
Tymczasem zaczęto schodzić po dość łagodnej, miękkiej pochyłości góry,
pokrytej aksamitną trawą. Nogi ślizgały się po tym kobiercu, stopy
bolały od nienormalnego położenia, a końca góry ani widać.
--W zakosy idźcie, w zakosy[5], -- nawoływali przewodnicy.
--Ach, chwilę odpoczynku na równym poziomie! -- narzekała Brońcia.
--Usiądź i zjedziesz na dół -- rzekł wesoło jej brat.
--Pewniebym usiadła, gdybym się nie bała, ale ktoby mnie wstrzymał
potem, gdybym się zsuwać zaczęła zbyt szybko?
--Czekaj -- rzekł Staś -- masz pas mocny?
No, to cię przepaszę sznurkiem i będę powstrzymywał. Dalej, jazda.
--Chodźmy naprzód -- szepnął Janek -- Brońcia strasznie przesadza z tą
obawą.
--Ja z wami -- odezwała się też cicho Ańdzia. -- Ja się nie boję. Źyłabym
tu w górach. Kocham niebezpieczeństwa. Uproszę mamy i pójdę z
Morskiego na Rysy. Co za rozkosz pomyśleć sobie, że jedno złe
stąpnięcie, a spadnę w głębię bez końca, i zwyciężać te trudy i
wdzierać się coraz wyżej, coraz wyżej, aż za chmury, do słońca, do
samego nieba i świat widzieć u nóg, pod sobą!
Tadzio westchnął głęboko.
--My jeszcze nie byliśmy na Rysach -- rzekł cicho.
--Na przyszły rok -- odparł Janek z niemniej głębokiem westchnieniem.
--Czemu? -- spytała Ańdzia.
--Pić, pić! -- rozległy się za niemi głosy. -- Zatrzymajcie tam chłopców,
co pobiegli naprzód z tobołkami; słońce piecze, jakby nas chciało
uwędzić.
Zatrzymajcie tam chłopców! łatwo to powiedzieć. Jak jelenie zbiegli z
góry w zakosy, i zniknęli w kierunku drogi do Roztoki. Znaleziono ich
dopiero pod Czerwonemi Brzeżkami. Siedzieli w czarnych jagodach,
zajadając soczysty owoc, zarastający niezbyt łagodną pochyłość.
Uczernili się przytem, jak małe potwory, ale miny rozkoszne mieli po
tej uczcie.
--Z pół godziny tu już jemy -- przechwalali się z zadowoleniem.
Przewodnik gniewał się na nich, że nie trzymają się razem, ale oni
słuchając, nie tracili czasu i co chwila podnosili do ust pełne
garście jagód.
--Ach, jak chłodno i miło w ustach -- zapewniali.
Goście za ich przykładem rozproszyli się po krzakach i byłby znów
spoczynek mimowolny, gdyby przewodnik energicznie nie zaczął naglić do
pośpiechu.
--Wszyscy nas wyprzedzili, przyjdziemy ostatni i miejsca w hotelu nie
będzie. W Roztoce i tak trzeba odpocząć z godzinę.
--Czy to miasteczko jakie ta Roztoka? -- ciekawie pyta Brońcia.
Staś i Felek jednocześnie wybuchnęli śmiechem.
--Miasteczko o godzinę drogi od Morskiego! W sercu gór! Co ty
wygadujesz, Bronka?
Ale Brońcia się obraziła i nie chciała słuchać objaśnień.
--To schronisko zapewne? -- zapytała Ańdzia.
--Naturalnie, duże schronisko, gdzie i zanocować można, bo jest
kilkanaście łóżek. Ale każdą butelkę piwa przywożą tam na osiołku,
albo na koniu, jak widziałaś nieraz, w drewnianych naczyniach. Ciężka
praca nawieźć potrzebnej żywności.
W Roztoce Staś i Felek uparli się zwiedzić koniecznie dzisiaj
wodospady Mickiewicza. Poświęcą te pół godzinki ze swego odpoczynku, a
Brońcia niech zostanie pod opieką starszych. Ale Brońcia nie chciała i
narzekając, jęcząc, poszła jednak z innymi.
Tymczasem słońce dawno skryło się za Mięguszowieckie, kiedy podróżni
nasi ostatnim wysiłkiem przebywali kamienistą i przykrą część drogi
pod samem już jeziorem. Wszyscy byli zmęczeni, Brońcia z utęsknieniem
upatrywała dachu zapowiedzianego schroniska, Ańdzia nawet szła cicho,
mało zwracając uwagi na piękności otoczenia. A hotelu ani śladu, ani
śladu jeziora. Czy nie dojdą już nigdy?
Nagle -- tuż pod nogami dach, budynek piętrowy, a dalej w cieniu
wieczornego zmroku, pod strażą wyniosłego Mnicha, ostrych Rysów i
Miedzianego, cicho zasypia poważne jezioro, otulając się zwolna mgłą
przejrzystą.