rozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący
w mętach nocy. Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem
daleki przypływ tłumów, które nadciągały. Rozglądał się z przerażeniem
po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowie
dokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłumami, które
wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać
między siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w
wielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie były te
urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych, sukiennych szańców? Ojciec
podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzie w głębi domu z córami
ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnej
ciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w
tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed
nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom z kart, i widział gonitwę
subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,
schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej
kuchni, gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem. Tam stała
zdyszana, błyszcząca i rozbawiona, trzepocąca z uśmiechem wielkimi
rzęsami. Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchni
otwarte było na wielką, czarną noc, pełną rojeń i splątania. Czarne,
uchylone szyby płonęły refleksem dalekiej iluminacji. Błyszczące garnki
i butle stały nieruchomo dokoła i lśniły w ciszy tłustą polewą. Adela
wychylała ostrożnie przez okno swą kolorową, uszminkowaną twarz z
trzepoczącymi oczyma. Szukała subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ich
zasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali ostrożnie, gęsiego, po wąskim
gzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra, czerwonej odblaskiem dalekiej
iluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy,
ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i nagle jasne okna
sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,
rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec
stał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum
szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliwą ciżbą do sklepu,
ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły wysoko
nad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm.