makiem - głowy-grzechotki, ludzie-kołatki. Mój ojciec chodził
zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma, w jasno
oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał. Przez szyby wystawy i portalu
dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płynącej ciżby. Nad
ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego
sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i
zakamarków. Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tym
świetle wzdłuż i wszerz swe błyszczące kwadraty, szachownicę wielkich
tafli, które rozmawiały ze sobą w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie to
tu, to tam głośnym pęknięciem. Za to sukna leżały ciche, bez głosu, w
swej pilśniowej puszystości i podawały sobie wzdłuż ścian spojrzenia za
plecami ojca, wymieniały od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.