Trzęsąc się ze złośœci, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o

co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała

się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w

paroksyzmie złości rozgestykuluje się na czꜶci, że rozpadnie się,

podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,

migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła

raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca się

przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni,

gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowo

przebierać wśœród dźŸwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte

drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do

nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych

żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem

wzdłuż skoœśnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła

na ławkę jodłową, kuœtykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z

talerzami, dźŸwięczną, drewnianą półkę obiegającą śœciany kuchni, i biegła

po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieśœ w kącie,

malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalony

papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicośœć.

Sklepy cynamonowe · 第 135 / 145 题