niepomiernie i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i
dachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,
czarny labirynt, rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tego
labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem
skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się
zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał
się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.