się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień
cały po kątach, w szafach, pod pierzyną... Widziałem go nieraz, jak w
zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na
których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień
opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja
uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle
świecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony
czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym
rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,
opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych
dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem
dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału
karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do
karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się
w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz
rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -
przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym
niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzie jeszcze w
jakiej szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery
karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co
rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze
wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem
zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na
mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że
ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w
nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.