trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,
przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną
lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich
efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej
pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się
na wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem
wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i
hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej
intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich
dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej.