dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje
wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w
falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,
szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami
kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian,
wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły się
jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,
drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły
ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: