wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo
dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do
pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i
ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,
wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem
śmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem z
potężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z
rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące
blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się w
popłochu do swych ojczystych kniei.