Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośœnie bez miary i rachuby na całej

przestrzeni, rośœnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w

dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiœ, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,

w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja

śœcigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,

trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I

zdarzyło się wówczas, że któraśœ z tych jaskrawych plamek rozpadła się w

locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oœślepiająco biały

trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących

się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śœmiejąc

się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony

po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w

brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,

siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego

dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się

pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z

jakimœ ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który

mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć

brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła

kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie

bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie

natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.

Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.

Sklepy cynamonowe · 第 73 / 145 题