przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w
dwójnasób, w trójnasób, w inny jaki, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,
w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja
ścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,
trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I
zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w
locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oślepiająco biały
trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących
się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejąc
się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony
po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w
brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,
siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego
dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się
pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z
jakim ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który
mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć
brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła
kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie
bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie
natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.
Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.