pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,
niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie
uformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kreta
rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Od
pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały
entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten
ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też
stare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak świetne
pomysły i przynoszą z przedmieścia - o całkiem wczesnej,
transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej
kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z
ciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,
niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez