zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze
stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,
prowadzące do nich z jakiego podestu tylnych schodów, mogą być tak
długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która
zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -
mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach
nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem
wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich
gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze
migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś
cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej
wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się
kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w
fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu
rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały
w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,
bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc
płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szczęśliwy -
mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił
powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak
kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drgania
powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje
to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych
oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich,
różowych kici kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie
było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była
tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa
się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,
spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.