Wertowaliœśmy, odurzeni œświatłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której

wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia

miąższ złotych gruszek. Adela wracała w œświetliste poranki, jak Pomona z

ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca -

lœśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśœnie, tajemnicze, czarne

wiśœnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w

których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej

poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnoœścią płaty mięsa z

klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i

meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i

jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim

i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku

przechodziło co dzień na wskrośœ całe wielkie lato: cisza drgających

słojów powietrznych, kwadraty blasku œśniące żarliwy swój sen na

podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,

trzy takty refrenu, granego gdzieœ na fortepianie, wciąż na nowo,

mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia

głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając

płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał

się cieniem, jakby pogrążony w śœwiatło głębi morskiej, jeszcze mętniej

odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,

lekko falujących od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudnia

wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w

słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy

zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga

odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym

mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i

tę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli

dziœś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,

pozdrawiali się w przejœściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na

twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskę

kultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu

gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z

pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami

szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych

gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając

teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać

wytwornośœć wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra

szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały

się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,

rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje

dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśœni

tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień

wyraźŸniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które

formowało je od wewnątrz. Teraz okna, ośœlepione blaskiem pustego placu,

spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały

chłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną

miotłą upału, oblegała kawałek muru, dośœwiadczając go wciąż na nowo

rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążków

odczytać można było prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami

rys i pęknięć. Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień

sklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj

osiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze

troskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych

schodach wnieśœć ostrożnie na pachnące szabasem piętro. Tak wędrowaliœśmy

z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie

po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli

pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóra

ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na

słońcu, jak jakieœ twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,

do błogiej nicośœci. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliœśmy w

cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym

symbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam

ukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal

decorum miasta, jak chłop, który wracając do wsi rodzimej, rozdziewa się

po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniając się powoli, w miarę

zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęły

wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małych

ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho

wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześœnić mogły

za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromny

słonecznik, wydźŸwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,

czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod

przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i

perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych

nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla

wielkiej tragedii słonecznika.

2

Sklepy cynamonowe · 第 9 / 145 题