I purpura oblewa twarz młodą, wesołego i zdrowego chłopca.

Słyszał często o siostrze, lecz powoli zaczęła być dlań po prostu

mityczną postacią. Wiedział, że się „puściła” -- ale co robi,

jak wygląda, czy jeszcze istnieje -- nie przeszło mu to nawet po

głowie.

Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą okryta, niosąca na swem czole

widmo jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.

Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek cenę, drżąc, aby go

z dworku Burbów nie zobaczyli z „ładacznicą”, rozmawiającego

pośrodku ulicy.

Wyrywa jej rękaw i uciekać szybko zaczyna, nieoglądając się nawet

po za siebie.

Olka stoi jak przykuta na środku ulicy, nie śmiejąc gonić niknącego

w cieniu brata. U stóp jej, mały piesek szczeka teraz groźnie,

poszczuty przez dzieci które z przekorną ciekawością przypatrują

się ulicznej włóczędze, w zmroku się słaniającej.

..................................................................

Czatowała na niego teraz po nocy, pod parkanami, gdy wracał

z roboty lub od Burbów, z czapką przechyloną na bakier i miną junacką

rozwiniętego prawidłowo mężczyzny.

Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc wśród stosu desek

przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym

wzrokiem.

Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli.

Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do

niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta.

I myśląc o niej, czuł jakąś litość nad jej osamotnieniem, litość,

do której przyznać się sam przed sobą wstydził, cały przejęty

pogardą dla rozpusty ulicznej, dla sprzedaży ciała i targu

o miłosną pieszczotę.

Ona tymczasem, gryzła się i truła tą pogardą brata i jego ucieczką

w chwili gdy w niej serce kołatało jak dzwon i piersi mało nie

rozsadziło...

Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą, lecz on, brat jej --

powinien mieć dla niej więcej pobłażania, aniżeli inni.

Nieraz w szynku biła pięściami w stół krzycząc, iż dożyje chwili,

w której ci, co jej znać nie chcą, do nóg upadną!... lub kułakiem

groziła w stronę miasta spowitego w ciszę, jakby zaprzysięgając

zemstę tym, którzy ją pierwsi w kał ten wepchnęli.

Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać jakieś wyraźniejsze

kształty.

Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna i obszarpana.

Gdyby miała dobrze nabity worek, kto wie, coby było!...

I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną, ceniąc każdą

chwilę, słaniając się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane

pieniądze.

Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył i w kościele Panny

Maryi Śnieżnej, wypomadowany, wyświeżony wieczną „uczciwość

małżeńską” -- spoconej i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.

W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni do swego kawalerskiego

mieszkanka wracał, rozmarzony libacyami swych przyjaciół

i towarzyszy, potknął się o jakąś masę do desek przytuloną.

-- Ki dyabeł?

Olka głos brata poznała, lecz, drżąc cała, nie odpowiadała nic.

On pochylił się nad nią, sądząc, że to ktoś zemdlony.

-- Któż to?

Dziewczyna zebrała się na odwagę.

-- Ja... Olka!...

Krew uderzyła do głowy Wiekowi.

-- Czego ty się tu przywłóczysz? -- zasyczał wściekły

i groźny -- czego?

Ona dźwignęła się na klęczki i za rękę go pochwycić pragnęła.

-- Wicek!... ta my rodzeni!

-- Nijaki ja tobie rodzony, małpo jedna!

Popchnął ją silnie, aż głową o parkan uderzyła.

-- Ta za co ty mnie walisz? Wicek, za co?

-- Za twoje łajdactwo!

-- Ta cóż robić?... kiedy już tak jest! teraz już nikt tego nie

odmieni!

Milczeli chwilę oboje.

Wiatr drzewami za parkanem kołysał.

Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku

uliczki się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta.

-- Ty się jutro żenisz? -- zapytała wreszcie dziewczyna.

-- Żenię, abo co?

-- Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!

Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka.

-- A w którym ty kościele ślub będziesz brał?

Wicek ramionami wzruszył.

-- U Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty mi czasem do kościoła

nie przychodź! Słyszysz?

Dziewczyna głowę podniosła.

-- Bo to... widzisz Wicek, ja sobie pieniędzy trochę

złożyłam -- zaczęła prędko -- mogłabym porządną jaką kieckę

przywdziać i wstydu byś ty nie miał!...

Wicek cały się wstrząsnął.

-- Nie o kieckę tu chodzi -- krzyknął -- ale o ciebie samą,

słyszysz!

Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze niżej.

-- Słyszę, Wicku, słyszę!...

Pokora drgała wielka w jej głosie.

Małą i nędzną zdawała się, klęcząc tak u stóp brata, do desek

parkanu przytulona.

Wicek chwilę stał niezdecydowany, czując znów litość budzącą się

w sercu.

-- Bądź zdrowa! -- wyrzekł nieco łagodniejszym głosem i odwróciwszy

się szybko iść zaczął.

Lecz ona wyciągnęła ręce i powlekła się za nim na środek ulicy,

w żółtą strugę światła z latarni płynącego.

-- Wicku!

Chłopiec stanął.

-- Co?

-- Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie mieć... -- podjęła gorączkowo

-- to choć ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy mam, ale

to co jest!... weź!.. zda ci się na jutro!... weź!...

Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną linią wśród światła

się znacząc.

Wicek uczuł w piersiach dziwne ściśnienie.

-- Nie! -- odpowiedział -- nie... pieniędzy twoich nie chcę!

Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.

-- A!... tak!... masz recht!... łajdackie pieniądze...

Lecz w nim, w tym brutalnym chłopie, zbudził się cień delikatności.

-- Nie, nie dlatego! -- odparł szybko -- lecz ja mam dosyć, schowaj

je dla siebie!

Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.

-- Schowam je dla... ciebie, Wicek!

On, oddalając się i malejąc coraz więcej w przestrzeni, powtórzył

prawie bezwiednie:

-- Schowaj, Olka!

..................................................................

Trzy lata upłynęło, a Olka ciągle włóczyła się po przedmieściu

zdobywszy sobie powoli nawet sympatyę ogółu.

Nazywano ją ogólnem mianem „małpy” -- lecz, że zachowywała się

względnie przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły o niej:

-- Choć małpa, ale porządna dziewczyna!

Zaokrągliła się, wypełniała i tylko twarz miała niezdrową bladość

strawionej bezsennością i trunkami kobiety.

Ręce jej drżały, a oczy często mgła zasłaniała.

Zrobiła się dumną i nieraz w szynku chwaliła się „uczciwą”

rodziną, z której pochodziła.

Pieniądze Wicka chowała święcie i od czasu do czasu drogę bratu

zabiegała, zapytując, czy oddać ma złożone w kącie swej izby

papierki?

On, według usposobienia, usuwał ją przekleństwem lub dobrem słowem,

cały teraz przejęty ważnością swego stanowiska -- ważnością zięcia

Burby, który, choć w grosze nie tak bardzo zasobny, cieszył się

poważaniem całego cechu stolarzy.

Olka nie podchodziła nigdy w stronę ulicy Piaskowej, gdzie teraz

mieszkał Wicek wraz z żoną i teściem.

Znów spotykała go ukradkiem, czyhając nieraz miesiącami całemi,

zanim go w bramie lub w jakiem przejściu spotkała.

Powoli dowiedziała się z boku, że trzysta papierków posagu Wickowej

były bajką i tylko przynętą na lep dla złapania męża.

Wicek więc pracował teraz na troje, bo stary Burba, odpoczywając na

respekcie ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia się

oglądając.

Nareszcie Wickowa, chodząca w ciąży -- porodziła córkę, lecz ciężko

zaniemogła i akuszerka doktorów wezwać kazała.

Zaczęły się ciężkie dni we dworku na Piaskowej ulicy.

Olka wszelkiemi siłami teraz brata spotkać chciała.

Wychodził często, biegał bez pamięci, do aptek, do doktorów, ale po

ludnych ulicach i w dzień, kiedy ona po świetle doń przystępu mieć

nie mogła.

Nareszcie Kazia podniosła się z łóżka i do sił wracać poczęła,

dziecko chowało się zdrowo, Wicek odetchnął i roboty się chwycił.

Czas bo był niemały.

Wszystkie zasoby wyczerpały się i poszły na lekarstwa i doktorów.

Dziecko chrztu się domagało.

Znajomi o sute chrzciny się domawiali, stary Burba pragnął ludzi

fetą zadziwić i zły stan swoich interesów w ten sposób ozłocić.

Pieniędzy ani centa nie było.

Wicek nie sypiał nocami, drażniony przez teścia, przez żonę, która

także chciała sąsiadkom proch w oczy rzucić i dać im powód do

zazdrości najmniej na tydzień.

Nareszcie w bramie domu, gdzie Wicek blejtramy zamówione odnosił,

spotkała go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem na brata od samego

świtu.

-- Wicek -- szepnęła, w kąt bramy go pociągając -- powiedzże, co

się tam u was dzieje?

On oparł się o ścianę, znękany, przybity walką o byt.

-- A cóż ma być. Córkę mam!

Olka ręce na piersiach złożyła.

-- Córkę?

-- A jakże!

-- Ładna?

-- E!... czerwona jak rak... Gadają, że ładna!

-- Do ciebie podobna?

-- Albo ja wiem?

-- Ale przecieć!...

Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku,

o dziecku śpiącem w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.

-- Najgorsze... że chrzciny wyprawić trza -- podjął Wicek --

a ja...

Urwał nagle, przypomniawszy sobie do kogo mówi.

Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco

prosić zaczęła:

-- Taże ja właśnie o to za tobą łażę... weźże ty odemnie te

_swoje_ pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.

On bronił się mięko:

-- Nie mogę, Olka, nie mogę!...

Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.

-- Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je

kazałeś...

-- Bogać tam!

-- Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz jeno!

Z za pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt

papierków.

-- Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść

nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!...

On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten

sposób zarobionych pieniędzy.

Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata.

-- Weź, Wicek, weź!... to pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga

kocham! Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie z „tego”!...

Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego.

Wreszcie, udało się jej pieniądze w rękę brata wcisnąć.

-- A! Nareszcie!

Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła.

Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę

z pieniędzmi.

Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że

powinien siostrę przychodzącą mu z pomocą na owe chrzciny

zaprosić.

-- Olka!... możeby ty... -- wykrztusił wreszcie przez nerwowo

ściśnięte gardło -- możeby... ty... przyszła....

Lecz ona otworzyła szeroko oczy.

To, co zdawało się jej naturalnem lat temu kilka, teraz wydało się

jej po prostu... potwornem. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo

dokoła szyi zacisnęła.

-- Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!... a widząc niepokój

drgający na twarzy brata, dodała stanowczo:

-- Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej kiecki!

..................................................................

Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe.

W wieczór majowy, przy nawpół otwartych okienkach weselili się

dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów.

Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym,

kawa, babka i tort z cyfrą nowonarodzonej.

Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła,

uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku.

Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach

kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten

częstunek jaknajprędzej załatwić.

Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi

przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do

swych legowisk i do snu się kładli.

W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc

wyrzucały, szumiąc zlekka.

Zdaleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego

bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się

i odskakując co chwila.

Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek,

siedzący teraz na stole, z którego nawpół ściągnięty obrus opadał

na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki a stary

Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał.

Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki.

Pod jednem z nich, wychodzącem na ogród siedziała Kazia, trzymająca

w poduszce kokardami upstrzone dziecko.

Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką,

z której długa, lekka spadała sukienka.

Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nieporuszyła się

nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących

się gości.

Tymczasem za oknem uczepiona prawie o ramę stała Olka, z oczyma

szeroko rozwartemi, z których dwie strugi płynęły.

Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej,

widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi.

Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy -- z piersi

wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące.

Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż

ona -- wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem,

a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła

w niej samicę.

Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet

ucałować nie miała prawa.

Westchnęła!...

Od okna porwała się Kazia i szybko podjęła firankę.

Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa przeszyła ją oczami.

-- Wicek! -- zawołała -- Wicek a pójdzi tu ino!

Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać, do okna poszedł.

-- Co chcesz? -- zapytał.

-- Odpędź-no jakąś małpę, co się pod oknami słania!

Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą odkręciła rygiel

i otworzywszy na oścież okno, miejsca mężowi ustąpiła.

On, grając ciągle, bokiem przez parapet się przechylił i wśród

smugi światła dojrzał w oddaleniu bladą i spłakaną twarz siostry.

Przez chwilę milczał, grając machinalnie polkę, nie mogąc słów

znaleźć dla oddalenia tej, za której pieniądze zdołał ochrzcić swe

dziecko i uraczyć gości.

Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.

-- Zamknij okno, dziecko się zaziębi!

Teraz on przechylił się jeszcze silniej i nizkim, wzruszonym głosem

rzucił:

-- Odejdź... siostro!...

Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące, jakby rzucając pocałunek

i odwróciwszy się wolno, odeszła w głąb ciemnej ulicy, po której

kłęby woni jaśminów płynęły.

Menazerya ludzka · 第 14 / 23 题