I wróciła!

Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem, po ciemku dziedziniec i znajome

bramy obchodząc...

Tak! tak! nic się nie zmieniło!

Te same rynny, pod któremi w deszcz roztargany swój łeb moczyła,

włosami poplątanemi kamienie zamiatając.

Tu -- koło tego mostku, cała gromada jej przyjaciół robiła groble

z piasku i kamieni, tamując odpływ kolorowej wody, którą farbiarz

całemi cebrami nieraz wylewał.

Tu -- Wicek, pierwszy raz przez nią namówiony, ukradł makagigę

starej, może stuletniej żydówce, która drzemała nad deską, pełną

łakoci, w cieniu oddrzwi bramy.

A tu -- tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki wody z dziedzińca

sobie znosić i podawać. Nie było to rozkoszne, owe dźwiganie

ciężkich konewek w skwarne popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki

nie żałował, gdy się nie pośpieszyła.

Dźwigała też, dźwigała, przechylona na lewy bok z ręką

wygiętą -- mocząc spódnicę plączącą się jej wzdłuż nóg chudych

i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą ulicę polewał, rysując esy

floresy na szarych, półokrągłych grzbietach kamieni. Życie było

ciężkie -- prawda!... choć i teraz!... pożal się Boże!... ot!...

Olka stała teraz przed kamienicą, w której wraz z tatlem i Wickiem

tyle lat spędziła i pochyliwszy się do okienka suteryny zaglądać

zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali, inna pościel, inne łóżko stało

już w kącie, którego ściany nawpół pleśnią były zasnute.

Świeczka „centówka”, oprawna w blaszany lichtarz, słabo ćmiła się

na stole, do połowy garnkami zastawionym.

Koło komina kręciła się mała dziewczyna, bosa, podkasana, z długim

a cienkim warkoczem spadającym na wypukłe plecy.

W kolebce, koło łóżka -- dzieciak z brudnych łachmanów kostropatą

głowę wytykał i wyciągał rękę, w której tkwiła drewniana łyżka,

obmazana resztką przyschniętych kartofli.

Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła, a obie ręce o bruk

wsparłszy, ciągle w okno suteryny patrzyła.

Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana włócząca swe bose nogi po

ubitej ziemi izby -- to ona, ona sama, lat temu piętnaście!

A ten chłopak z kołyski łeb wytykający -- toć to czysty Wicek,

który krzykiem swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.

Biła go za to po łbie, po pysku -- ile się zmieściło, a czasem znów

porywała go i do piersi cisnąć zaczynała, z rozrzewnieniem nagłem.

Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki, która zmarła

w szpitalu bez uczciwego nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko, co

się w suterynach na Żółkiewskiem rozpanoszyło.

Olka -- w dziecko ruszające się wśród łachmanów wpatrywała się

upornie, jakby przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej

sierścią jasnych włosów. Dzieciak w kołysce się gmerał i łyżką

o brzeg kołyski uderzał.

Olka dzieciństwo swe całe, z nędzą i troską, przed oczami miała

teraz, objęte w ciasną ramę zaledwie przymkniętego okienka.

Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód piwniczny z wyziewami ciała

ludzkiego i gnijących odpadków połączony.

Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którem wzrosła, cała prawie

pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej.

Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka...

Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się

pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której

uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy „kanonierów” się

przebierając.

W naprężeniu nerwowem, w jakiem była, zaczęła nagle majaczyć;

zdawało się jej teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski a ona

uspakaja go i leżeć mu każe.

-- Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię uśmiercę!...

Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką nogą w gruby but zbrojną.

-- Ha frajla! wie gehts? -- zaśmiał się rozbawiony żołnierz,

błyskający w świetle latarni rzędem złotych guzików -- chodź panna

z nami, wypijemy paar śnaps zum andenken!

Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi.

-- Gut, Herr Leitnant! -- wyrzekła, rzędem białych zębów

błyskając -- ja na to jak na lato!

-- Fesches Mäderl...

Poklepał ją po ramieniu i oboje powlekli się w stronę szynku,

z którego dobywały się ostre, zawrotne tony katarynki.

..................................................................

Spotkała się pierwszy raz z Wickiem, nagle na zakręcie Piaskowej

uliczki.

Poznała go odrazu, choć urósł i zmienił się dla obcych ludzi.

Ona jednak -- siostra, poznała w nim brata, którego biła

i kołysała, targała za włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.

Szedł ubrany przyzwoicie, w wysokiej czapce z daszkiem, w długim

surducie i w butach dobrze wyszuwaksowanych.

W ręku pod chusteczką, niósł kilka świeżo zerwanych róż, a pod

pachą dużą harmonię; niebieski krawat związany w kokardę podnosił

świeżość jego cery.

Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny, jeszcze pracą ani rozpustą

niezniszczony.

Stolarzem bo był -- i to już czeladnikiem, a wiadomo, stolarka to

praca na Bożem powietrzu i najczęściej pod gołem niebem, więc soków

z krwi nie wyciąga i płucom rozróść się pozwala...

Dziś Wicek szedł w zaloty do córki Jana Burby, także stolarza,

który za panną Kazią daje trzysta papierków a po śmierci warsztat

cały na zięcia przeleje.

Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny, bo ojciec przyjmuje

i jego, i harmonię łaskawie w niedzielne popołudnie, a Kazia

czerwieni się jak burak i firanki siatkowe u okien „szalonu”

niemiłosiernie skręca.

Wicek idzie więc -- przez Piaskowy zaułek, pogwizdując lekko. Szary

bo już zapada zmrok z pogodnego nieba, nieszpór skończony. Pani

majstrowa kawę z babką na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć się

trzeba, bo panna Kazia pewnie już przy oknie stoi i przez siatkę

firanki patrzy a czeka...

Z małych okienek zaułka, tu i owdzie błyskają światełka, na progach

domów bawią się dzieci, na środku ulicy mały piesek w piasku się

kręci.

Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało za rękaw.

Ogląda się.

Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi tęga, wysoka dziewczyna

w kratkowanym kaftaniku i w spódnicy z falbanami.

Wicek odpycha ją łokciem.

-- Poszła, małpo!...

Lecz ona nie ustępuje.

Trzyma go mocno za rękaw surduta.

-- Wicek... taże spojrzyj! to ja!...

Chłopak szeroko oczy otwiera.

-- Olka!

Menazerya ludzka · 第 13 / 23 题