IX.

=Szakale.=

Przez dziedziniec zajazdu jak strzała przemknął numerowy, siejąc po

drodze świeże deszczułki, które przywiązywał do kluczy.

Wpadł do mieszkania właścicielki, i prawie bez tchu zatrzymał się

w progu saloniku.

-- Z pod siedemnastego „sie” powiesiła! -- zawołał, łapiąc

z wysiłkiem powietrze.

Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana w swej włóczkowej halce,

która wydymała się jej na brzuchu i biodrach a zapadała pod

kolanami, otworzyła szeroko oczy.

-- Co to za paskudne gadanie! Po co się miała powiesić, kiedy

jeszcze rachunku nie zapłaciła!

Lecz kelner powtarzał uparcie:

-- „Sie” powiesiła!

Żydówka cmoknęła niecierpliwie:

-- Zkąd Marciński wie?

-- Widać ją „bez” okno. Ma nogi o deskę oparte!

-- Może sobie tylko tak w oknie stoi?

-- Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły, ot nogi się jej zgięły

w kolanach a ręce dyndają po bokach. Wedle głowy już dojrzeć nie

mogłem, bo bez okiennice wszeteczne ciemności w numerze.

Żydówka pod boki się ujęła i stała chwilkę zamyślona.

-- Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów kelner -- może jeszcze dycha.

-- Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie nie śpieszy. Po co to

głosić takie rzeczy? To interes psuje... Goście się odstraszą.

Żydówka podreptała do sypialni.

Za chwilę wyszła w perkalowym szlafroku, który się jej roztwierał

na brzuchu i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę chustkę.

Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia dziewczyna, chuda

i czarna, w opiętej bardzo sukience. Włosy miała ściągnięte po

chińsku i przepasane żółtą tasiemką.

Podeszła do matki.

-- Gdzie mama idziesz?

-- Do numerów. Kanapa się zawaliła w piętnastym! aj, co ja z tem

mam!... Ty sobie Salcia pograj trochę gamy.

Roztwierała fortepian, ścierając pył połą szlafroka.

-- Nie chcę gamy! -- grymasiła Salcia.

-- Aj Salcia! co z tobą!... ty gorzej „kaprysujesz”, niż te całe

numera i wszystkie goście! Graj sobie gamy, albo jakie kawałki.

Graj głośno a okna otwórz, niech goście słuchają!

Znów do okien dreptała, lecz kelner jej drogę zastąpił.

-- Chodźmy pod siedemnasty!

-- Chodźmy!

Na dziedziniec wyszli i okrążali furę z sianem, która na środku

drogę barykadowała. Kilka kur kręciło się pod wozem, dziobiąc

w żółtawej, lepkiej cieczy, co cuchnącym wężem pod kołami się

kręciła. Przez otwartą wjazdową bramę widać było szary bruk uliczny

i nagłe podniesienie się ścian kamienic przeciętych ciemnemi jamami

otwartych okien. Z góry płynęło szarawe światło chmurnego dnia

letniego, deszcz mżył od świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi

podłużnemi nitki. Pomiędzy kamieniami tworzyły się czarniawe

strumyki, które zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone robaki.

W środkowym korpusie hotelu, cofniętym w tył, pomalowanym na

jasnoróżowy kolor, prawie wszystkie okna były otwarte. Tylko na

dole jedno okno miało przymknięte szaro brudne okiennice, krzywe

i popaczone. Okiennice te były od wewnątrz śrubą ujęte.

Kelner palcem na okno wskazał:

-- O!

Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością.

-- Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj! Ty mi policyę jeszcze

naprowadzisz tym palcem!

Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz stanęła nagle jak wryta, na

widok myszurysa drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych wiórów.

-- Jojne! Jojne!

Jojne, rudy, mały, pokręcony, z sześcioma palcami u lewej ręki,

prawdziwy „rarytas” hotelowy, porwał się na równe nogi.

-- Schlufst du?

-- Naaa! schlaf i nit!...

Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc gradem obelżywych wyrazów.

Leniwiec, próżniak, drogę gościom zawala i nie wie nigdy co się

w numerach dzieje.

Kelner zniecierpliwiony wszedł do sieni.

-- Niech pani idzie.

-- Zaraz! zaraz!

Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała się zsypanym w kąt

dachówkom, któremi miano kryć oficynę. Nagle z lewego skrzydła

zajazdu wypłynęła tryumfalnie „Ostatnia myśl” Webera, kaleczona

przez Salcię.

Żydówka chwilkę jeszcze słuchała, uśmiechając się radośnie:

-- O!

Poczem dopiero z trudnością na trzy wschodki wlazłszy, w ciemną

szyję sionki zagłębiła się.

Cały zaduch źle utrzymywanych numerów zacieśniał się tu, w tej

ciemnej przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały się być przesiąkłe

wonią potu, brudnej bielizny i piwniczej wilgoci. W kącie bielały

skorupy rozbitej miski, przed drzwiami numerów porzucono buty,

z których jeden w niepewnem świetle płynącem z wysoko umieszczonego

okienka, miał świeżą zelówkę jasno na czarnem tle podłogi się

znaczącą. Cały ten zakąt, w którym nędza, występek, rozpusta,

często wykwintne nawet cudzołóztwo, odwiedzało w przelocie, całe to

schronienie dla smutnych, wydziedziczonych, bezimiennych, czasem

jeszcze wilgoć więzienia w swem ubraniu ze sobą wnoszących,

koncentrował się głównie w tym pawilonie, w dolnych numerach, gdzie

stawali najczęściej ludzie wybladli, wychudli, mówiący cicho, nie

domagający się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu na buty, lub

wody do karafki. Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż tych

ścian rzędem drzwiczek przeciętych, jakiś podejrzany handel,

przywodzący na myśl połączenia potworne, kurcze głodu przed światem

tajone, łzy dziewczyny schańbionej i oczy starca powleczone mgłą

rozpusty.

Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego numeru, dzwoniąc

kluczami.

Żydówka doń dopadła.

-- Cicho! cicho! niechaj nie słyszą!

Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno było zupełnie, wyjęła

z peruki szpilkę podwójną i zanurzyła w głębię.

-- Nie ma klucza! -- wyszeptała.

Numerowy od pasa kółko odpiął, na którem brzęczały klucze.

-- Poszukam!

Z wielką wprawą klucz znalazł, w zamek go włożył i dwa razy

przekręcił.

Drzwi otwarły się, skrzypiąc.

* * * * *

Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające swe brudno czerwone

fałdy kołdry i biały kwadrat poduszki w półcieniu, jaki panował

dokoła.

Od okna płynęły jaśniejsze smugi a przez wycięty otwór

w okiennicach padał snop światła przecinający brutalnie ciasną

przestrzeń numeru. Snop ten, biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty

różową bawełnianą serwetą, na której stała szklanka do połowy

wypitej wody, karafka, kawałek sznura ciemno czerwonego,

odpalonego na jednym końcu i trochę kwiatów sztucznych,

pogniecionych i zwiniętych w kłębek. Bliżej okna leżało przewrócone

krzesełko, z którego materac wypadł na środek pokoju.

Reszta przedmiotów tonęła po kątach w cieniu.

I tylko jeszcze piec występował masą ciężką, białą, jak zwierz

uśpiony w kącie ciasnej klatki z paszczą szeroko otwartą, z której

jak język czarny wisiały na jednej złamanej zawiasie zardzewiałe

drzwiczki.

Lecz u okna jakaś czarna, nieruchoma zwieszała się postać, smutna

i nędzna. Źle dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały szeroką

szparą światło. W szparze tej najdokładniej dostrzedz można było

ciemną głowę kobiety, obramowaną jaśniejszym paskiem światła

i dalej korpus zwieszający się ciężko z rękami opuszczonemi

i wykręconemi konwulsyjnie ku ciału, z nogami podkurczonemi na desce

okna.

Marciński rękę wyciągnął.

-- Wisi! o tam w oknie!

Żydówka oczy zmrużyła.

-- Niechno Marciński poczeka! Może to takie udawanie, bo to z...

takiemi to różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna z okna!...

zleź zaraz!...

Lecz postać czarna nie drgnęła nawet, wciąż nieruchoma w swej

strudze jasnej w ramę ją obejmującej.

Żydówka podsunęła się bliżej.

-- Niech Marciński okiennicę jedną uchyli, a ostrożnie coby

z „dworza” widać jej nie było.

Marciński szybko podstąpił, na okno się wspiął i rękę po za trupa

wyciągnął. Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka szczerba światła

doskonale teraz oblała straszną, zsiniałą twarz samobójczyni.

Numerowy w pierwszej chwili oczy przymknął, znalazłszy się tak

blizko z trupem w ciasnej niszy okna. Powoli jednak powieki

podniósł i ręką policzka zmarłej dotknął.

-- Jak lód -- wyrzekł.

Z okna zeskoczył i stał teraz bezczynnie z opuszczonemi rękami,

patrząc ciągle w wiszącą.

Nagle żydówka wybuchnęła:

-- A niech ją dyabeł porwie! Pięć dni numer trzymała i teraz

jeszcze go zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu stanie! A

policya! a gwałty!... a stancya niezapłacona!

Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany widokiem martwej dziewczyny.

Była przecież ohydna; cała sina, z oczyma szeroko rozwartemi,

prawie czerwonemi od krwi nabiegu, z masą bezkształtną języka

wysuwającego się z jej ust granatowych i spuchniętych. Tylko od

tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe warkocze, czarne

i lśniące, na wpół splecione. Jeden z tych warkoczy zsunął się

naprzód i wisiał w przestrzeni a lekko przez wejście na okno

numerowego poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej brzozy,

z czarnej kolumny spadający.

-- To ci włosy -- wyrzekł nareszcie.

Lecz żydówka lamentowała.

-- Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto? Co ja mam za moje dobre serce,

żeby taką włóczęgę z końca świata do numeru brać! A młoda jeszcze

była, zdrowa, po co jej było taki koniec ze sobą robić? aj! aj!...

Do stołu się zbliżyła.

-- Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się wtopiła, niech ją choroba

ciśnie!...

Na stole stał lichtarz mosiężny, cały zielony, ze stearyną świecy

szeroką po brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni pozostawiła na

stole płonącą świecę. Przepalony sznur, którego druga połowa

posłużyła za śmiertelny stryczek, należał kiedyś do szlafroka lub

bluzki. Na blasze przed piecem walały się popalone kawałki listów

i papierów.

-- Marciński! co ona jadła? -- spytała nagle żydówka.

-- Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem!

-- I bułki?

-- A jakże!...

-- Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę kawę zapłaci?

W kącie ciemnym dostrzegła małą skrzynkę.

-- Może tam co jest. Niech Marciński posunie!

-- Nie wolno ruszać!

-- Głupi Marciński jest! Mnie wszystko wolno, bo mnie się należy

i ja pierwsza do długu jestem!

Marciński kuferek pod światło przysunął.

* * * * *

A w kuferku tym był cały dramat ciężki i bolesny, cały dramat życia

kobiety wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem tętnem krwi

w falę życia straszną i nielitościwą.

Dziewczyna ta musiała być statystką w jakimś teatrzyku, bo jeszcze

„krakowianka” brudna i kawałkami glasy naszyta, mieniła się wśród

reszty szmat i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa jak dwa opadłe

i martwe motyle, różowiły się wśród fałd połatanych koszul. Trochę

paciorków brzęczało na dnie kufra, a pomiędzy niemi rozkładał się

nagle krawat męzki atłasowy, jasny-lila z czarną przetartą dziurą

od wkładania tombakowych szpilek.

Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę łatwą do zawiązania

w cieniu kulis, w tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn i kobiet, w tym

kodeksie moralności przenicowanym i ułatwiającym nieuprawnione

związki. Krawat ten był tani, podszyty perkalem, kupiony z wystawy

ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej uliczce. Mężczyzna, który go

nosił, był biedny i był bezwątpienia aktorem, bo na atłasowym węzie

świeciły się żółtawo-różowo plamy szminki. Był trywialny

i niewybredny w swych gustach, dowodził tego kolor krawatu

a brutalny i pełen namiętności, gdyż tkanina cała porwana była

gwałtownie wyszarpywaną szpilką.

Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła dalej rękę. Z powodzi

lichych szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych, dużych,

ordynarnemi nićmi widocznie na wsi uszytych. Na jednym z nich

wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu zeschła i zczerniała.

Inny miał na sobie kilka uczepionych bodiaków. Nagle coś

zaszumiało. Z jednej kieszonki wysypało się trochę pośladu dla kur.

Widocznie dziewczyna, zerwawszy z życiem teatralnem, przyjęła

służbę w jakimś wiejskim domu. Lecz niedługo tam była, może

dowiedziano się, że dawniej „pokazywała komedyę” i wypędzono ją

od razu. Tak często bywa. Panie ze wsi nie lubią aktorek...

Jeszcze kilka par pończoch sztucznie pocerowanych wyrzuciła

z kuferka żydówka, jakiś stanik ciemno granatowy przerobiony pod

szyję, ze śladami huzarskich galonów na plecach i na piersiach,

wreszcie waporyzator rozbity z pękniętą gumą i zerwaną siatką,

obrazek Matki Boskiej oprawny w blaszane ramki, kłębuszek włóczki

z zaczętą szydełkową rozetką, patelkę całą czarną i spaloną od

ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną portmonetkę. To było wszystko,

lecz z tych smutnych gałganów trup cały odżywał i opowiadał gorzkie

dzieje kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie z jednym ze swych

kolegów, była pracowitą i oszczędną. Pełniła przy mężczyźnie

obowiązki kucharki i posługaczki.

Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano wpoić w nią w domu. Była

nerwową i lubiła denerwować się sztucznemi zapachami. Miała grunt

najuczciwszy i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem,

wywalczyć sobie jakieś stanowisko wśród ludzi. Pracowała i musiała

czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona, wpadła w nędzę i rozpacz

bezdenną. Głód, opuszczenie, smutek, pchnęły ją w otchłań

zwątpienia, które kończy jedynie... śmierć.

Młoda, lecz z ciałem zniszczonem nędzą i przedwczesną miłością --

nie umiała iść dalej.

Wśród nocy, w zaduchu i ochydzie żydowskiego zajazdu postanowiła

skończyć to, co się nazywało życiem.

Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem nie miała, i bez łzy, bez

żalu, z ustami nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie na szyję.

Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w dal ciemną uniosła, był żółty,

drgający płomień dogasającej na środku izby świecy.

* * * * *

Żydówka kopnęła nogą kuferek.

-- Ani gałgana nawet wybrać! Tego nawet handlarz za dwa grosze nie

zechce!...

Powstała powoli i do trupa się zbliżyła, oglądając zniszczoną

sukienkę, w jaką dziewczyna była ubrana.

-- Może ona w kieszeni co ma?

Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją i po za plecy ukryła.

-- Niech Marciński zobaczy!

-- Nie wolno!

-- Głupi Marciński jest.. jak się co znajdzie, to i Marcińskiemu

się dostanie za usługę. Przecież Marciński na piwo nic nie dostał.

Kelner pokręcił głową.

-- A no racya jest, zobaczę!

Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą była prawie zupełnie. Trup

się zakołysał. Żydówka z rękami złożonemi na brzuchu przyglądała

się niecierpliwie.

-- A nie „stłuknij ją”, Marciński.

-- Wisi mocno! niech się pani nie stracha!

Oswajali się powoli z tym trupem smutnym i stygnącym w zaduchu źle

utrzymanej izby.

-- Niema nic?

-- Nie.. ino blaszany naparstek.

Żydówka znów zaklęła.

-- Daj pan Marciński naparstek! Salcia swój zgubiła, nie potrzeba

kupić.

Nagle zamilkła i bliżej do okna postąpiła.

Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.

Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki, ukazały się oczom

właścicielki hotelu.

-- Niech pan Marciński zlezie!

Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza i mlaskał językiem.

-- Aj! aj! co za włosy!

-- Marciński musi zleść!...

Kelner warkocz z żalem z ręki wypuścił.

-- Niech pan Marciński pójdzie cicho do mojego mieszkania

i przyniesie duże nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze żyje, to

się ją potrze!

Kelner spojrzał w oczy żydówki.

Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem, a oboje mieli w źrenicach

jakieś płowe, migocące światełka.

Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował i, skrzypiąc drzwiami,

znikł w głębi sieni.

Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała się kilkakrotnie, poczem

wyciągnąwszy jaknajdalej ręce, na palcach do trupa podeszła

i szybko guziki bucików rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził ze

strachu, usta zagięły się w półkole. Na czoło pot wystąpił. Ona,

sapiąc, przechylona, ciągnęła dalej swą pracę, zdzierając ze

zmarłej obówie, szarpiąc trupa, nie czując prawie chłodu nóg

zesztywniałych, które pozbawione osłony, zabielały nagle jasną

barwą szarych, pocerowanych ciemną bawełną -- pończoch.

Dokonawszy swego dzieła, właścicielka cofnęła się szybko, otworzyła

drzwi i z siłą cisnęła daleko, w głąb korytarza buciki. Stuknęły

o podłogę, jak uderzenie młotka o wieko trumny. Czas jednak był już

wielki. Marciński powracał, kryjąc pod połami kartki duże nożyce.

Żydówka pot z czoła otarła.

-- Panna Salcia gra?

-- Panna się bije z kucharką!

Weszli znów do numeru i teraz już sam Marciński podszedł do okna.

-- Niech się pani nie zbliża, ja ją sam obetnę.

Wlazł na okno, posunął trupa i zasłonił sobą prawie całą postać

zmarłej.

Żydówka o drzwi oparta nie patrzyła, cała zajęta myślą, czy buciki

samobójczyni będą dobre na nogi jej córki.

Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z cichym chrzęstem obsunął się

wzdłuż pleców trupa obcięty warkocz. Marciński zwinął go zręcznie

i schował do kieszeni kurtki.

I znów niby chrzęst -- i głowa dziewczyny ukazała się teraz

ostatecznie zeszpecona, z krótką nierówną linią rozsypujących się

na karku włosów.

Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił.

-- Lepiej nie ruszać, policya się wda i będzie kram, że my ją

poruszyli. Jaką naszli, taką zostawmy!

Żydówka skinęła głową.

-- Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi iść po strażnika! Aj aj!...

jakie to zmartwienie!...

Kelner z okna zeskoczył i ku drzwiom podążył.

Wyszli oboje na korytarz i Marciński zaczął dobierać klacze.

Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy, za chustkę ukryła.

-- Czego Marciński ją zamyka? -- zapytała kierując się do wyjścia.

-- Prawda! -- odrzekł kelner -- przecież nie ucieknie!

Menazerya ludzka · 第 15 / 23 题