VIII.

=Małpa.=

Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało

nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za

rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik

w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.

Szczególniej wieczorami, o zmroku -- pełno jej było po wązkich

uliczkach przedmieścia.

Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko

pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem

wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:

-- Małpa! idzie małpa!...

Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin

od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.

Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka

stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie

uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie

zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na

dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,

przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał

ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi

wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie

Olki.

Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone

wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic,

spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po

kątach ciemnych czatującej.

Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją

Węgliński lasek, cały w zieleń aksamitu spowity; -- powoli całe

terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe

posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną

i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro

najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.

Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem

Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy

i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami

zapchanemi żydostwem, płynące.

Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych

purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych

dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac

mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych.

Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie

żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów,

płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których

wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych

liniach.

Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy

zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i,

skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników,

cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której

płynął wązki srebrny bicz wody.

Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona,

zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.

Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.

A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez

łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które

spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się

znacząc.

Olka chwile te pamiętała dokładnie.

Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami

spieczonemi, wracała do swej nory -- cieplejszy powiew wiatru

budził w niej myśl jedną.

A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!

Ba -- lecz ojciec!

Ojca bała się jak ognia.

Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz -- gdyby mu pod oczy

podlazła!...

Snuła się więc znów po „Rurach” -- omijając starannie czerniącą

się sylwetkę policyanta.

Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.

Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie,

mknącej wzdłuż kamienic.

Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:

„Spadła małpa z pudła

Stłukła sobie łeb”.

Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które

jej napływały wciąż do ust -- prześladowana jedną i tą samą

myślą:

A gdyby wrócić na Żółkiewskie!

..................................................................

Menazerya ludzka · 第 12 / 23 题