=Małpa.=
Że Olka była małpą w całem słowa tego znaczeniu, o tem wiedziało
nietylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż po za
rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik
w kratki, wydarty na łokciach a aksamitem u szyi ubrany.
Szczególniej wieczorami, o zmroku -- pełno jej było po wązkich
uliczkach przedmieścia.
Wiadomo było po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko
pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem
wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:
-- Małpa! idzie małpa!...
Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin
od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.
Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka
stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie, podlotkiem zaledwie
uciekła, pozostawiając po za sobą ojca, młodszego brata, wiecznie
zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na
dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,
przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał
ciężko i do samego zgonu widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi
wązkich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie
Olki.
Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone
wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic,
spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całem stadem szarańczy po
kątach ciemnych czatującej.
Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, znał ją
Węgliński lasek, cały w zieleń aksamitu spowity; -- powoli całe
terytoryum miasta na wschód się pchającego Olka zajęła w swe
posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną
i z nosem zadartym, z wargami mięsistemi, w obramowaniu ostro
najeżonych włosów o rudawym, niepewnym połysku.
Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tem
Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy
i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki, pomiędzy domami
zapchanemi żydostwem, płynące.
Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych
purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych
dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac
mustry, lub cały szereg fortyfikacyj w mgłę błękitną spowitych.
Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie
żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów,
płynącą z bukietu drzew ogrodu Inwalidów, z pośród których
wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych
liniach.
Pod drzewami temi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy
zamiast iść do szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom i,
skomląc, wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników,
cała zamorusana, rzucała się w trawę, tuż około fontanny, z której
płynął wązki srebrny bicz wody.
Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno powieki, cała czerwona,
zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.
Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.
A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej przeświecające przez
łachmany spódnic wachlując swemi szerokiemi liśćmi, przez które
spływało słoneczne światło, wielkiemi zielonymi plamami się
znacząc.
Olka chwile te pamiętała dokładnie.
Gdy po nocy, spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami
spieczonemi, wracała do swej nory -- cieplejszy powiew wiatru
budził w niej myśl jedną.
A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!
Ba -- lecz ojciec!
Ojca bała się jak ognia.
Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz -- gdyby mu pod oczy
podlazła!...
Snuła się więc znów po „Rurach” -- omijając starannie czerniącą
się sylwetkę policyanta.
Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.
Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie,
mknącej wzdłuż kamienic.
Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:
„Spadła małpa z pudła
Stłukła sobie łeb”.
Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które
jej napływały wciąż do ust -- prześladowana jedną i tą samą
myślą:
A gdyby wrócić na Żółkiewskie!
..................................................................