U tej naprzykład buduar cały różowy ma na szezlongu rzuconą białą
niedźwiedzią skórę, u tamtej buduar w kształcie oryentalnego
namiotu, u innej znowu lustra, lustra i lustra.
Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała zwykle w saloniku,
w którym była zaciszna alkowa, wybita liliową draperyą. Aktorka miała
jasne złociste włosy, zwykle rozpuszczone i wielkie koronkowe
rękawy, któremi zamiatała ziemię.
Nawet na nim, na Irku robiło to pewien efekt, dlatego przesiadywał
tam często, powtarzając z „tą panią” -- jej role.
Ależ tak -- tylko role, a wreszcie...
Tu -- był już dyskretnym.
Dobra wiara, którą zaszczycano go od lat kilku, wyrobiła w nim
bezczelność, posuniętą do niemożliwych granic.
Opinia aktorek, szarpana zwykle przez wszystkich, dla tego lwa była
prawdziwym kęskiem królewskim, na który rzucał się s całą
zajadłością.
Aktorki!... fiu!.. wszystko -- kurtyzany!...
Rzecz ceny -- nic więcej!
Ramionami wzruszał, usta wydymał -- pełen szlachetnej pogardy dla
tych istot ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku gazu,
w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.
Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.
Jeśli nie był sam -- pociągał gwałtownie swego towarzysza
i przechodził na drugą stronę ulicy.
-- Dlaczego to robisz? -- pytał towarzysz -- patrz, idzie Morelka,
przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?
Irek brwi marszczył, głowę odwracając.
-- Dziwny jesteś -- odpowiadał -- nie wiesz, że oddawna nie znam
tej pani?
Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:
-- Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak
kompromitować!
Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi
pogardliwie, ironicznie -- pogwizdując jakąś urywaną melodyę.
Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej
stronie chodnika szedł człowiek -- rzucający na nią błotem, dający
jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:
-- Ta pani, to rzecz... ceny.
* * * * *
Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz
serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było
to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych
przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat
wycieczki.
Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać
lewka!...
Wiedenki -- hm... cóż! Wiedenki -- namiętne, rozmarzone,
wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.
Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie!
zapewne -- sensacye nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,
który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości
-- zanadto wstrząsające.
Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia
i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...
Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen
rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił
fałszywie i powtarzał jak papuga:
„T'amo!”
Raz -- w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św.
Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem --
w gondoli swej uwiozła.
Na Canale grande nauczyła go słowa -- „t'amo!”
W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został
w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl -- wracającą
z „Waschanstallt” -- a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym
kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny
posługującej w hotelu, grubej trywialnej włoszki, czeszącej
się raz na trzy tygodnie...
W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur
i kazał je zakuć na ręku.
Było to szczytem elegancyi i szyku.
Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki,
drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.
Gdy go pytano -- wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów
zastawiając...
Szczególniej w teatrze imponował bezustannie, bransoletkę na rękę
naciągał i pod oczy nią siedzącym w krzesłach kobietom świecił.
Niektóre mówiły:
-- Patrz! to monstrum ma bransoletkę!
Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze spojrzenia.
Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak żaba, porte bonheurem
o szpinki dzwonił i przeginał się z nonszalancyą przez baryerę
krzeseł.
W tym czasie przeczytał „Siostry Rondoli” i „Safo”. Mówił przeto
wiele o francuzkiej literaturze i o głębokości studyów nad kobietą,
dokonanych przez Maupassanta i Daudeta.
Rozmarzywszy się raz fałszowaną chartreuse'ą, ułożył nagle cały
romans o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie, która od dni
kilku przychodziła do niego o zmroku wieczornym.
Miało to być „coś z arystokracji” -- spowitego w batyst
i blondyny(!) i pragnącego u stóp Irka pozostać do śmierci.
Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią i przez kilka tygodni,
tajemnicza dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko po nad głowami
mężczyzn. Powoli -- zapomniano o niej. Irek -- przestał mówić,
znużony własnem kłamstwem.
Minęło kilka miesięcy.
Nagle przypomniano sobie tajemniczą damę i rzecz naturalna,
zapytano o nią Lewka. On przez chwilę stał osłupiały, niemogąc
przypomnieć sobie -- o co tu właściwie chodzi.
Wreszcie pamięć mu wróciła.
Do dyabła! cóż teraz zrobić z tą całą historyą! Plątać ją
dalej -- jak? -- konceptu mu zabrakło.
Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak gwiazda zbawienia.
Uśmierci ją!
Tajemnicza dama umrze...
I z ponurą twarzą, grubym głosem, opowiedział pochylony nad swoją
kawą -- że -- czarna dama umarła w Nicei... na suchoty, miesiąc
temu, a ostatnie jej słowo było „Ireneusz”...
Powiedziawszy to -- zamyślił się głęboko, smutny i znękany.
Słuchacze uszanowali jego boleść -- ogólnem milczeniem. Od tej
chwili, aureola cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął chodzić
zgarbiony, jakby smutkiem do ziemi przyciśnięty.
Pluł wzgardą na wszystkie kobiety tęskniąc do tej jednej, szacunku
i miłości godnej -- która „odeszła w dal ciemną -- pod błękitnem
niebem Italii”.
-- Cóż znowu! -- pocieszali go przyjaciele -- trudno ginąć
z tęsknoty dla trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!
Lecz Irek pozował teraz coraz więcej, drapując się w szatę
tragiczną. Fikcyjna kochanka zaczęła dlań przybierać kształty. Po
upływie pewnego czasu nabrał przekonania, że -- -- czarna dama,
rzeczywiście istniała.
Teraz w węzeł krawatu wpinał szpilki w formie trupich główek,
ubierał się ciemno, cały żałobny jak karawaniarz.
Chwilami miał chęć sprawienia sobie krepy przy kapeluszu.
Słowem, był to wdowiec, wdowiec opłakujący istotę, która, nie
istniejąc, śmiercią swą pogrążyła go w bezmiarze boleści.
I często z zamglonemi oczyma siadał w gronie swych przyjaciół, aby
wywnętrzyć ból swój drżącym od wzruszenia głosem.
Jeśli go kto w życiu kochał, o! to pewno ta jedna!... Była mu cała
oddana, pomimo odpychającego chłodu, z jakim miłość jej przyjmował!
Uderzał się w czoło z rozpaczą.
-- Byłem względem niej niegodziwy -- wołał -- lecz czyż to była
moja wina! Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły, bo trzysta
czterdzieści siedem razy musiałem grać z niemi komedyę miłości. A
czy która z nich była warta tego?...
-- Przecież adwokatowa... -- przerywano mu półgłosem.
-- Och!... ona!... -- i tu Irek mścił się za lekceważenie okazywane
mu przez amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!... głupia, zła,
gadatliwa, narzucająca się, nudna i chuda!... o tak, chuda
w przerażający sposób. Stanikiem dobrze zrobionym okłamywała ludzi...
lecz, on -- Irek, wiedział czego się ma trzymać...
Nie krępował się już teraz w słowach, rozbierając brutalnie
kobiety, o których istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,
wściekły -- mścił się za każdą obelgę, każde odepchnięcie,
wyrzuceniem z siebie całej masy kłamliwych szczegółów piętnujących
kobietę jak rozpalonem żelazem, na dowód przytaczając tajemnice
alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub wdzięki.
I tylko dla nadania sobie pozy i uroku powracał ciągle do zmarłej,
wysławiając ją jako ideał piękności i wdzięku.
-- Włosy miała czarne jak kruk i do pięt sięgające -- mówił,
potrząsając głową -- oczy szafirowe, twarz bladą... nie! -- opisać
jej niepodobna, a wreszcie, chcecie? -- pokażę wam jej fotografię?
Radość w tłumie powstała ogólna.
-- Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż nigdy żaden nie da poznać po
sobie, że widział ten portret w rękach moich!
Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.
* * * * *
Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot niemały.
Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej -- hm!... dobrze, ale zkąd
fotografię tę dostać?
Niewypada nic innego tylko kupić jakiś „gabinet” -- i przyjaciołom
przed oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym rankiem, pobiegł Irek do
ateliers fotograficznych.
Podał się za heliominiaturzystę amatora, chcącego nabyć kilka
fotografij, celem robienia studyów.
Podano mu całe stosy wybiórków, portretów osób, które nie
zastrzegły sobie sprzedaży publicznej.
Irek szukał długo, wreszcie -- wybór jego padł na silną brunetkę,
o wielkich ciemnych oczach, owiniętą masą białej gazy.
Wydała mu się nadziemską w tym jasnym obłoku. A -- zjawisko, widmo
zmarłej a nieznanej kochanki.
-- Kto jest ta dama? -- zapytał.
Fotograf pokręcił głową.
-- Nie pamiętam prawdziwie -- odparł -- fotografia ta zdejmowana
już lat kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś z prowincyi.
-- Nietutejsza?
-- O! za to ręczyć mogę!
-- Tem lepiej!
Zapłacił, fotografię zabrał i cały przejęty ważnością chwili,
dzień spędził w gorączce i oczekiwaniu.
Co chwila fotografię wyjmował i przyglądał się rysom brunetki.
Była przystojną, choć cokolwiek mało miała dystynkcyi. Jakiś
uśmieszek w kącikach ust się błąkał, za wiele widać było piersi.
Gaza ratowała jednak wszystko.
Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni pędził -- i pomiędzy
zebranych już mężczyzn wpadł.
Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak stare baby, wyciągając ręce.
-- Fotografia? o! pokaż! pokaż!
On -- stał teraz boleśnie wykrzywiony i powoli kopertę odchylał.
Portret wyjąwszy, spojrzał i westchnął.
-- Tak!... to ona!... moja święta -- jakby przemówić miała!
I fotografię najbliżej stojącemu podał a sam, jakby boleścią
przybity, na krzesło się usunął.
Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech rozległ się w powietrzu.
Jeden z grona mężczyzn, świeżo z Łodzi przybyły, machał w ręku
trzymaną fotografią „świętej -- zmarłej”, zanosząc się ze
śmiechu.
-- Ależ to Wikcia! -- wołał -- Wikcia z Grand hotelu w Łodzi --
ta... co się tu w Warszawie teraz puszcza!
Lewek głowę podniósł i ogłupiałym wzrokiem na śmiejącego się
patrzał.