VII.

=Lewek.=

Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych nogach osadzone, z głową

kudłatą i z bezczelnem spojrzeniem w zielonawych, świdrowatych

oczach, których usiłowaniem najgorętszem było rzucać piekielne

podbójcze błyski.

„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając się w wypukłe piersi, okryte

wykrochmaloną koszulą, „demoniczny bestya, jak chyba nikt na

świecie”. I pakował gałkę od laski w szerokie usta, które oblizywał

ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi obute w płytkie lakierowane

pantofle wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny, śmieszny pod

jasnym blaskiem porannego słońca filtrującego złotawe światło

przez liście kasztanów nad ławkami się zwieszających.

Spoglądał na przechodzące kobiety z lekceważeniem pozornem

a z utajoną lubieżnością. Kiwaniem nogi, wydęciem ust, zdawał

się mówić jak sułtan rozparty na sofie w haremie.

„No! któraż tam!... Pan czeka!...”

Lecz w myśli powtarzał sobie:

„Ach!... żeby też która!...”

Lecz kobiety mijały go szybko, nie zwracając nań najmniejszej

uwagi. Czasem zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć jego

natrętnego i bezczelnego spojrzenia, które on uważał za szczyt

demoniczności. Często -- gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony,

wstawał z ławki i z arogancyą zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek

pilnujących dzieci, lub następował na pięty dziewcząt

uśmiechających się w promieniach słonecznych -- ta i owa mruknęła

przez zaciśnięte zęby:

-- Błazen!

On wtedy zaciskał zęby z wściekłością, przybierając pozornie

rozpromieniony wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie przyjaciele

śledzili go z uwielbieniem, patrząc, jak „zachodzi” -- i jak

kobiety rzucają mu w przelocie jakieś słowa, które on,

szczęśliwiec! z uśmiechem niedbałym przyjmuje. Gdy powracał do

ławki, kołysząc się na swych krótkich, kaczych nogach, gołowąsy

młodzieniaszek w świat podbojów wchodzący, zapytywał:

-- I cóż? i cóż? co one powiedziały?...

Ireneusz wydymał dolną wargę:

-- Ha! lecą na mnie!

Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.

Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy do tych wybrańców, którzy mają

szczęście do kobiet! Już w czwartej klasie miał taką reputacyę, gdy

za brązowemi spódniczkami pensyonarek gonił, spocony, czerwony,

kroplami potu na krótkiej, niekształtnej szyi okryty.

Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały go rozmaitemi epitetami,

on to wszystko ze stoicyzmem znosił -- wiedząc, że w oczach kolegów

rośnie na zjadacza serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza!

Podtrzymując reputacyę swoją, pracował i nadal w tym kierunku,

zamieniwszy tylko teren swych manewrów, wiecznie w pogoni za

kobietą, zawsze głodny a udający przesyconego, drżący na szelest

krochmalnej spódnicy pokojówki a ziewający na widok koronek

wyłaniających się z pod sukni szykownej strojnisi.

Szlachectwo zobowiązuje!

Reputacya Irka była ustalona.

Demoniczny i szczęśliwy do kobiet!...

Tylko tyle.

Godność tę trzeba było dźwigać na swej kwadratowej głowie pod grozą

śmieszności i odstąpienia podbójczego berła komu innemu.

Tego Irek byłby nie przeżył.

Chował więc „błazna” -- do kieszeni i mówił zapalając papierosa:

-- Lecą na mnie!

Lecą! och!...

* * * * *

Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała w dwie minuty po urodzeniu

się tego rozkosznego dziwotworu w następujących wyrazach:

-- Chłoptaś szelma śliczny jak lalka, do mamy podobny jak dwie

krople wody. Będzie miał szczęście do kobiet!

Ojciec -- suchy, biedny, zawiędły urzędnik -- stojący pod piecem

z pieluszkami w ręku, uśmiechnął się blado.

-- Jak Boga szczerze kocham -- przyświadczała akuszerka, wodę na

kąpiel szykując -- będą za nim hrabiny latały, już ja się znam na

tem!

Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane często w obecności już

podrastającego Irka, głębokie nań wywarły wrażenie.

-- Powiedziała -- o! powiedziała!... musiała coś przecież wiedzieć,

z palca sobie tego nie wyssała.

Uczył się, ale za to był bezustannie w fałdach kobiecych spódnic,

wcześnie roznamiętniony i ofiarowujący się z miną znudzonej

przymusowem dziewictwem kobiety. Odpychano go jednak, tak był

wstrętny, z oczyma zielonawemi, powleczonemi mgłą namiętności,

z ustami wpół otwartemi o zaślimaczonych kącikach. Przez grzeczność,

w obecności rodziców dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając

dotknięcia jego rąk zimnych i wiecznie spoconych. On -- połykał

upokorzenia, znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz w słowach

obcych, widzących go w gronie dziewczyn.

-- Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!... zawsze jest pomiędzy

niemi!...

Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać, czem właściwie można

podbijać kobiety.

Czytał wiele, zatrzymując się zawsze nad opisami bohaterów, którzy,

szczególnie obdarzeni od natury, uwodzili po sześć kobiet dziennie,

porzucając je później na pastwę tęsknoty i rozpaczy...

Bohaterowie ci mieli przeważnie -- „czoło wyniosłe, otoczone

kruczemi kędziorami, twarze pociągłe, blade -- nozdrza namiętne,

rozdęte”. Jeden z bohaterów Balzaka, uwodziciel urzędowy, miał

wargę dolną lekko obwisłą „świadczącą o zmysłowości”...

Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.

Włosy smażyły się i piekły na żelazku od rurkowania spódnic,

nieruchome i mięsiste nozdrza rozciągane palcami, nabrały pewnych

ruchów przy wciąganiu powietrza, warga zaś dolna -- ta nieszczęsna

warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości „szalonej”.

-- Irek, co robisz z ustami? -- wołała matka, cicha, potulna

kobiecina, niemogąca pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć ma jej

syn w społeczeństwie.

Projekt na „lwa” -- tymczasem wargę ciągnął i nozdrzami ruszał,

tworząc sobie w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...

Wzrósłszy w lata i ciało, krępy i nabity, rozsadzający pełnością

kształtów jasne garnitury, aplikował u jednego z adwokatów,

zapełniając ciasną kancelaryę trywialną, ostrą wonią chypru.

Lokował się przy drzwiach salonu, aby za każdem ich otwarciem,

rzucić w głębię przenikliwe spojrzenie, samą adwokatowę mające na

względzie.

Pani ta jednak -- jakkolwiek w niebezpieczną trzydziestkę wkroczyła

i miała lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała tylko jedną

namiętność, to jest... rurki czekoladowe napełnione kremem.

Pochłaniała ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze na bok odkładając,

namiętne przeto drżenie nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet

nieździwioną w jej łakomem, kremowem rozleniwieniu.

Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany, popychany przez

kolegów, widząc, iż nic nie zyska, przybrał... minę zwycięzcy

i często w pustą głębię salonu rzucał porozumiewawcze spojrzenia

i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej rzeszy.

-- Wzięła się! wzięła! -- szeptali do siebie, głowy z plik papierów

wyściubiając.

Irek brwi marszczył i rękę patetycznie wyciągał.

-- Proszę was -- mówił -- zaprzestańcie tych żartów. Podobnemi

podejrzeniami obrażacie mnie i kobietę, która obdarza mnie sercem

zaufanem!

Milknął na chwilę, poczem dodawał z wysiłkiem:

-- ...I której honor jest mi drogim!

Było w tym głosie to „coś”, które drga zawsze w głosie

mężczyzny, ile razy zapiera się miłostek z jakąś kobietą. Mówi

„nie!” -- a słyszy się najwyraźniej „tak!”

Wreszcie -- następował teraz -- bukiet, wieńczący zwykłe podobnego

rodzaju rozmowy.

-- Daję wam na to... słowo honoru!

Wszystko tam było -- i honor (och ten nieszczęsny!), i ręka na

kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem -- cała lira.

Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego -- dependenci mówili w kilka

dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:

-- Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie -- on

ma dziwne szczęście do kobiet!...

A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatowę, odpowiadali:

-- Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek...

i to nie sam!... nie on jeden!

Adwokatowa tymczasem kremem cała ubielona, ani przypuszczała jak

czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej

córek -- których matka, niedługo w opinii całego miasta zostanie

„taką, co przez całą kancelaryę męża przeszła!”

Powoli -- Irek rozzuchwalał się coraz więcej.

Tu i owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub

dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń -- zsuwała mu się

w objęcia. On -- wygłodzony, miłostki te skwapliwie przyjmował,

dekorując je później w wytworne barwy, w opowiadaniach swych, wśród

kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami,

była w tych opowieściach -- panną „z bardzo przyzwoitej rodziny” --

odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo!

przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo

a teraz on -- z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który,

nawiasem mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem do czego

to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza -- lecz

on, Ircio -- bynajmniej tego nie pragnie!

Tembardziej -- że... niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość

z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypalnych

ulic, o!... wiecie! -- sklep wspaniały -- jubilerski, pełen

brylantów, turkusów, rubinów...

On -- uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością

wdowy, lecz teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego

człowieka przystoi.

Wdową tą tymczasem -- była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce,

którą przekroczyła, żółta i nędzna za skromnym kontuarem ubogiego

sklepiku, na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.

Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej

łatwowierności, jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych blag

patentowanego przez nich samych bezczelnika.

-- Irek!... Irek!... powiedz -- jak się nazywa?

Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.

-- Nie wymagajcie! honor kobiety!...

Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.

-- Czy znamy ją? powiedz?

Irek ramionami ruszał.

-- Może... -- rzucał z niechcenią.

-- Pani Strzelecka?

-- A... cóż znowu!

-- Pani Jacksohn?

-- Ależ...

Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.

-- Ależ tak -- ona -- ona -- nikt inny!...

Lecz on porywał się nagle, godności pełen:

-- Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było...

honor milczeć mi nakazuje!

I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się

z jakimś dependentem”, istotą zgubioną, nieumiejącą nawet uszanować

pozorów... Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „pod Raka”,

gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są

z dziurawych desek -- mówiła:

-- Wszystko przecież można... ale zachować trzeba pozory!...

Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłomaczyć sobie nie

umiała i nie mogła -- a lewek Irek powtarzał tymczasem:

-- Gdyby nawet tak było -- honor mi milczeć nakazuje!

Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących czci kobiety, którą

sami zszargali, ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta --

„qu'allait-il faire donc, dans cette galère?”

Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.

Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą o kobietach w ogóle,

zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykoryą, pod

werendą dystyngowanej cukierni.

-- Kobiety!... hm -- wiedział on dobrze co znaczy to słowo! Trzysta

czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości... tak!... tak!...

trzysta czterdzieści siedem! ani mniej ani więcej! Zna więc do

gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na

zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho naprzykład, zupełnie

wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! a ileż

ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba!...

nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem

piękne i dobrze zbudowane... wszak tyle jest tego na świecie!...

mój Boże -- ręką tylko siegnąć... już jest i to nie byle co, szyk,

elegancya, inteligencya! wszystko!

Cóż? -- kobieta? -- istotnie słaba, bez woli -- lgnąca do trochę

przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych”

-- phii!... to okazy do wypchania, niema ich poprostu. Irek takich

nie znał, wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie ręczył!...

Podkreślał te słowa, przybijając tem słuchaczy. A wreszcie -- gdyby

oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł -- widzieli

kobiety napozór zacne, święte, nieskalane... szalejące w chwili

ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! -- a!... tak! tak,

jak proste kurtyzany!

Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” -- i szastał nim

na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.

-- Zresztą -- ciągnął dalej, paznogcie sobie oglądając -- życie

trzeba brać jak jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem rozkoszy

i miłą rozrywką. Tylko...

Tu składał ręce jak do modlitwy.

-- Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! nie chciejcie

widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten

sposób -- życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej...

wiedziałem coś o tem!

Pozował się melancholijnie, głowę na dłoni wspierając.

-- Tak!... tak!... -- kończył cichym, przytłumionym

głosem -- początkowo brałem komedyę miłości na seryo.

To mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam się kochać...

i czuję się o wiele szczęśliwszym.

Uśmiechał się, usta oblizując -- w kącikach mu kawa pomieszana ze

śliną czerniała.

-- Teraz, już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje

mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej

myślę. Ot -- spędzić wieczór z kobietą, jest dla mnie to samo,

co... filiżankę kawy wypić!

Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów

osiadłych na dnie filiżanki. Słuchano go z religijnem skupieniem.

Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.

Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznemi się stały,

rywalizując ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.

Przykład:

Jeden z młodzieży -- wkraczający dopiero w dziedzinę galanteryi,

zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje

dowodów szczerego przywiązania i miłości.

Dyskutowano trochę, ten i ów opozycyę zakładał, wreszcie zwrócono

się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym papierze

nabazgrany czytał.

-- Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?

Irek oczy zmrużył.

-- Szwaczki? -- odpowiedział po chwili z niezrównanem

roztargnieniem -- szwaczki?... je n'en sais rien?... nie znam!...

Od pewnego czasu używał francuzczyzny, ucząc się zdań pojedynczych

i rozmówek pani Bocquel.

-- Nieznasz pan szwaczek? -- pytano ze zdziwieniem. On, demoniczny

wzrok wokoło ciskał:

-- A, od czegóż... damy? -- zapytał.

* * * * *

Razem z latami, wzrosła w tym mężczyźnie dziwna zaciekłość udawania

kochanka każdej choć trochę wybitniejszej lub bardziej znanej

kobiety.

Zwrócił się przedewszystkiem do -- teatru.

Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę -- obarczoną kilkorgiem dzieci,

zaglądał często do jej biednego mieszkania, i teraz, nagle zaczął

pastwić się nad aktorkami.

Od owej chórzystki -- wyciągał niektóre szczegóły co do artystek

stojących na stanowisku i szargał je w błocie rozpusty, obmawiając

w najcyniczniejszy sposób.

Pisywały do niego! o! tak -- nawet bardzo często, cierpiąc po

prostu na manię listów! Lecz on -- jakkolwiek chwilami znajdował

pewne upodobanie w towarzystwie „tych pań” -- umiał postawić się na

odpowiedniej stopie. Mój Boże!... wiadomo bowiem jak przewrotną

jest kobieta -- a cóż dopiero aktorka! Tej ostatniej głównie chodzi

o świecidełka, błyskotki. Rzuca się więc jej ten okup i flirtuje

wesoło w jej buduarze. Co jeszcze mają najlepszego w sobie aktorki

-- to umiejętność urządzania buduarów.

Menazerya ludzka · 第 10 / 23 题