VI.

=Kukułka.=

-- Tiens! tiens! c'est du propre! -- mruknął przez zęby pan

Seweryn, gdy rządca wyszedł już z pokoju.

-- Wyprowadzać się? tak! tout d'un coup... ni ztąd ni zowąd,

wyprowadzać się z tego mieszkanka, urządzonego z takiem staraniem,

opuścić te kąty, w których meble stoją jakby przyrośnięte do

lśniącej posadzki! Wyprowadzić się i to dla tej błahej przyczyny,

że gospodarz żeni się i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z sobą

lokale i sprowadzić się do nich z żoną!

Seweryn wzruszył ramionami.

Żenić się!

Także mądra instytucya! Żenić się? po co? na co? -- wszakże o wiele

wygodniej można urządzić życie en garçon wygodniej i weselej...

Żenić się!

Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała nigdy w głowie, choć

trzydzieści pięć lat skończył przed miesiącem. I dobrze mu w tym

brankonierskim stanie, w tej włóczędze po cudzych zagonach, które

zwiedza z ciekawością dobrze rozwiniętego samca, poszukującego

zaspokojenia swych chęci. Wstaje rano bez troski o życie całej

rodziny, bez pisku dzieci, swarów mamki z kucharką i braku guziczka

z tyłu koszuli. Wszystko jest w porządku, buty wyczyszczone, woda

przegotowana, zmieszana z tinkturą benzoesową do umycia twarzy,

mydło Houbigana odwinięte z obsłonek, krem migdałowy tuż obok

flakonu gliceryny a ocet Bully'ego świeżo przyniesiony ma już markę

oderwaną i koreczek lekko uchylony.

Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana filiżanka ziółek

Jambard; obok -- leży ręczne lusterko znacznie powiększające

i fiszbin do języka. Zmaczana w letniej wodzie i napojona esencją

werweny serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok pary jedwabnych

przewróconych na lewą stronę i opylonych lekko proszkiem Viguiera

skarpetek. W całym pokoju cisza i półcień dyskretny. Portyery

ciemne brązowe, łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu pokrytem

ciemnym dywanem.

W kącie tualetka, cała gra szczotek z kości słoniowej, wielkie

flaszki z ekstraktem cordalisu i bzu białego. Tychże zapachów woda

do włosów i niezliczona moc małych pudełeczek brylantowego proszku

do paznogci. Pomiędzy niemi -- pilniczki, siodełka, nożyczki

spiczaste i zagięte. W kącie -- tuż przy poduszeczce pełnej

szpilek, pudełko z velontiną ambrę, puszek łabędzi i jakby ze

wstydem wciśnięte kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do spinania

greckich fryzur. Oprócz tych „wideł” -- wszystko zresztą

w najwyższym porządku poukładane, świecące, błyszczące jak samowary

żydówki. Wielka lampa w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami

zwiesza się od sufitu, nadając tej sypialni fałszywy ton kaplicy.

W lustrzanej szybie szafy odbija się stojący pod ścianą nizki

szezląg Marie Antoinette -- pokryty aksamitną draperyą. Na

aksamicie, jak wąż mikroskopijny, leży w łuk skręcony kawałek

błękitnego, jedwabnego sznurowadła, zerwanego silną a nerwową

ręką...

Opodal -- na dywanie, niedojedzone maluchne ciasteczko z wygryzioną

konfiturą i zlizanym lukrem...

Seweryn podniósł się na łóżku i sięgnąwszy ręką po filiżankę

ziółek, zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą

nadawał alabastrowy ton rękom.

Był zdenerwowany i silnie podrażniony przez tę niespodziewaną

wizytę rządcy, wypowiadającego mu mieszkanie.

Trzeba szukać nowego lokalu.

Hm! ale czy to tak łatwo....

Wreszcie tu -- kamienica dyskretna, lokatorowie nie zajmują się

plotkami, zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi drzwiami

głównego wejścia. Kto wie -- na co trafi Seweryn i czy nie

wyniknie z tego cały szereg przykrych zajść i kolizyj.

Sięgnął ręką po skarpetki i wolno wstawać zaczął.

Spojrzał w okno.

Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale trochę pochmurny. Jakieś

szare, smutne światło płynęło przez szyby przysłonięte japońską

siatką, po której latały z podniesionemi skrzydłami dziwaczne

ptaki.

Seweryn skrzywił się i trochę przygasłemi oczami powlókł dokoła.

Jakkolwiek szarawe cienie włóczyły się po kątach, mieszkanie to

wydało mu się po prosta rajem. Taka cisza, taki spokój panujący

nawet po za oknami! Nieledwie słychać było kroki rzadkiego

przechodnia idącego wzdłuż domów.

Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga siedząca na balkonie

przeciwległego domu.

To było wszystko.

Seweryn kładł teraz na siebie komplet z białej flaneli w niebieskie

paski. Stanął przed lustrem i włożywszy ręce w kieszenie od kurtki,

przyglądać się sobie począł.

Pomimo lekkiego znużenia w oczach, miał cerę zdrową i świeżą.

Wyciągnął język, potem przyjrzał się uważnie gałkom ocznym,

wreszcie, wyciągnąwszy muskularne ramiona, stał tak chwilę, patrząc

zmrużonemi oczami w lustro. W tej białej, puszystej flaneli wydawał

się o wiele tęższym i bardziej rozrośniętym niż był

w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach rękami i klatkę naprzód

wysunął w niezwykły sposób.. Poczem kurtkę na sznury zapiął

i obróciwszy się profilem, wygiął się jak panna na wydaniu.

Przyglądał się rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną flaneli

wyraźnie się zaznaczały. Pomacał się po udach, syknął lekko

i poruszając torsem począł próbować solidności bioder...

Tak! tak -- był w całym rozwoju siły i zdrowia. Herbata Jambart

utrzymywała mu żołądek wybornie, a brak wszelkich ekscesów nie

wyczerpywał go ani na jotę. Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł

zużyć bez naruszenia zdrowia... Używał bez wstrząśnień i wzruszeń

niepotrzebnych, a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami przy

opisie wyczerpujących walk miłosnych.

-- C'est idiot! -- decydował, zamykając książkę. On systematycznie

wypijał rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą herbatę.

Gdy nadchodziła chwila miłosnej schadzki, wyjmował z szafy

koszyczek z drobnemi ciasteczkami i butelkę, przygotowywał ocet

Bully'ego, szpilki, puder i najspokojniej usiadłszy w saloniku,

oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy spóźniła się cokolwiek

i wpadała zdyszana, zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia, on

spokojny, uśmiechnięty, zdejmował z jej twarzy woalkę, którą się

szczelnie osłaniała i mówił trochę ironicznym głosem:

-- Cóż wielkiego! spóźniłaś się -- to rzecz bardzo naturalna.

Poczem szedł ku drzwiom i uchyliwszy je, rzucał do przedpokoju

zawsze jedno i to samo zdanie:

-- Karol! niema mnie w domu!

Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny głos:

-- Dobrze, jaśnie panie! -- i zasówka drzwi wchodowych opadała

z suchym łoskotem.

W ten spokojny sposób rozpoczynała się każda schadzka, w równie

spokojny kończyła się cała miłostka.

Seweryn bowiem zawiązywał stosunki jedynie z... mężatkami, mając

w tem stały system, od którego nigdy nie odstępował. Były to

najczęściej żony przyjaciół, dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni

chartreuse'ą lub koniakiem w czarnej kawie, z łokciami opartemi na

stole, roztaczali tajemnice alkowy małżeńskiej na wzór króla

Candaula, i w zamian za swą wiarę otrzymywali, wprawdzie nie

pchnięcie śmiertelne, lecz szczerbę w honorze i miłości żony.

Seweryn bowiem skwapliwie chwytał za włosy każdą okazyę

i umiejętnie czynił legion kochanek z tych mężatek spragnionych

nowości, ciekawych występku a kryjących dyskretnie łzy i rozpacz

w chwili zerwania. Wybór jego padał zwykle na kobiety dbające

o pozycyę zajmowaną w świecie i miejsce w domu męża; wiedział, że

tego rodzaju kochanka nie odważy się na sceny, na ucieczki, na

opowiedzenie w chwili podrażnienia wszystkiego mężowi... Wiedział,

że gdy chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego zerwania,

po chwilowej burzy przywitają się znów z uśmiechem i spokojem,

wobec zwróconych na nich czujnych oczów towarzystwa.

Wspaniałomyślnie -- podczas trwania miłostki -- pozostawiał wolność

kobiecie, nie kontrolując jej stosunków z mężem -- owszem,

popychając ją nieledwie w objęcia smutnego rywala.

-- Trzeba mieć furtkę w razie wypadku...

Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się deską ocalenia. Kobiety

z uśmiechem wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność, dziecko

miało nazwisko i prawo do majątku, matka nie traciła względów

i szacunku świata a prawdziwy ojciec usuwał się w cień, zacierając

ręce!...

Jedna tylko żona urzędnika kolejowego stawiła mu się opornie

i wprawiła go przez pewien czas w kłopot niemały swem głupiem

sentymentalnem postępowaniem. Ale była też to kobieta nie

z towarzystwa, spotkana przez Seweryna w Alejach, w chwili nerwowego

rozdrażnienia. Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem bladych

błękitnych oczów i twarzyczką Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi,

poszedł za nią, i przemówił przyciszonym głosem -- stanęła,

spojrzała mu w oczy i wyciągnęła doń rękę obnażoną, na której

błyszczała obrączka.

Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc zrozumieć, co go ciągnęło

w ten wieczór wiosenny do tej źle ubranej i trochę pochylonej

kobiety, narzucającej mu się nieledwie pod cieniem szumiących

drzew.

Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn nie był nigdy w domu

Anny, znał tylko jej życie z opowiadań kochanki. Wprędce znudziła

go brakiem elegancyi i cienkiej bielizny a zraziła zbytkiem

uczucia, w którem dopatrywał się przesady.

Ona, zakochana do szaleństwa w tym wspaniałym mężczyźnie, którego

każde zbliżenie mieszało ją i słodką rozkoszą przejmowało, była

niezręczną jak każda zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem

z grubej szarej dymy pęki fiołków, lub skrapiała włosy olejkiem

peruwiańskim. Nosiła nizkie buciki z powyciąganą gumą i podwiązki

pod kolanami.

W dodatku uparła się być mu wierną, wierną do głupoty i mówiła mu

o tem bezustannie, kładąc głowę na piersi.

On, zdenerwowany, powtarzał słowo „furtka” po raz setny

i przemyślał o sposobie zerwania z tą niewygodną kochanką, cichą

i uległą, przysięgając sobie nigdy nie wykraczać z przepisanych

granic postępowania. Pewnego letniego wieczora, Anna, rumieniąc się

i jąkając, wyszeptała Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją

radością przejmowała.

On drgnął cały i porwał się z miejsca.

-- Co teraz zrobisz?

Ona spojrzała na niego słodko i uśmiechnęła się spokojnie.

-- Będę twoją do śmierci. Jutro dom męża opuszczę!

Na czoło Seweryna wystąpiły krople potu.

-- Dla czego?

-- Przecież teraz, jako matka twego dziecka, mieszkać z nim nie

mogę...

-- Dla czego?

Nastąpiła chwila milczenia.

Głos nagle zamarł w piersiach kobiety, klęczała ciągle obok

szezlągu, na którym leżały porozrzucane szpilki wypadłe z jej

włosów, kapelusz i rękawiczki; twarz nagle pobladłą zwróciła ku

Sewerynowi, który przebiegał pokój wzdłuż i wszerz, potrącając

meble.

-- A mówiłem o furtce, mówiłem tyle razy -- ale cóż, pani chciałaś

się bawić w sentymentalizm, w wierność! Tiens... c'est du propre!

c'est mignon!...

Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi nagle porządek swego życia

zakłócony niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał z siebie Seweryn cały

potok słów, które jak chłosta spadały na pochyloną głowę kobiety.

-- Czyż to nie czyste szaleństwo było z mej strony -- mówił dalej

tonem, na jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć się może -- czyż

to nie była demencya brnąć dalej i nie przewidzieć do czego mnie

pani doprowadzić możesz! Teraz jesteśmy w ładnej sytuacyi! Ale ja

umywam od wszystkiego ręce... to nie moja wina!... Tirez vous de

cette affaire vous méme!... Voila!...

Stał tuż przed nią, pochylając nad nią swą maskę rozłoszczonego

„viveura”, mając wielką ochotę kopnięcia tej kobiety, która,

dawszy mu tak słabą i niewyraźną rozkosz, miała śmiałość

wkraczania w wygodnie urządzone życie, z dzieckiem w dodatku!

Nie, tego było za wiele! -- wszystkie inne, te, które miał

poprzednio, oznajmiały mu podobny wypadek z dyskretnym uśmieszkiem,

a on -- przybierał minę rozczulonego papy, wiedząc że nic nie

ryzykuje, i szeroko otwartą furtką może wyjechać, nietylko wyjść

najspokojniej; ta jedna! -- ta -- głupia mieszczka uparła się przy

swej wierności, jakby on tego wymagał!...

Bizantyjska lampa zawieszona u sufitu rzucała różnokolorowe,

pokrajane światła. Przez zielone kamienie trupie prawie padały

blaski.

W blaskach tych podniosła się nagle Anna, blada, z szeroko

rozwartemi oczyma. I z włosami rozwianemi, z rękami naprzód

wyciągniętemu, ku drzwiom kierować się poczęła.

Seweryn postąpił za nią kilka kroków.

-- Tirez vous de l'affaire!... -- powtórzył, lecz ona, nie

odwracając nawet głowy, otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnej głębi

salonu.

Po chwili trzask zamykającej się bramy doleciał przez wpół uchylone

okno.

Seweryn chciał biedz za tą kobietą, której bladość i milczenie

dziwnie nań podziałały, lecz... egoizm przemógł.

Z uczuciem niewysłowionej błogości usiadł na fotelu, oddychając

ciężko.

Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa, kobieta wykręci się

z tej matni, a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić się

w sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze w cudzych a dobrze

znajomych mu gniazdach...

Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna powróci, lub parę słów

napisze.

Nic -- milczenie zupełne.

Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią. Uczuł się ocalonym

rzeczywiście i na dobre.

Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem. Przez te lata Seweryn miał

znów kilka intryg, a przechodząc przez ogród Saski, uśmiechał się

na widok małej dziewczynki bawiącej się kamyczkami i kasztanami

zbieranemi wśród żwiru.

Dziewczynka miała ciemne oczy i kręcone włosy Seweryna a linia jej

łydek, ubranych w jedwabne pończoszki, wyginała się

w charakterystyczny sposób.

Niańka, zapytywana o nazwisko rodziców malutkiej, odpowiadała

uprzejmie:

-- Państwo Wanderkraft -- a dziewczynka uśmiechała się do

przechodniów uśmiechem, który przypominał chwile najwyższej

kokieteryi podbójczej Seweryna.

Czasem sama pani Wanderkraft siadała obok niańki i prezentując swe

silnie rozwinięte biodra w obcisłej fularowej sukni, dozorowała

zabawy dziewczynki.

Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta uśmiechała się

przyjaźnie, pod purpurową osłoną rozpiętej parasolki, i głośno

przywoływała córeczkę.

-- Sewerciu! przywitaj się z... panem!

Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę a kobieta spoglądała

pogodnie w twarz mężczyzny, który odpowiadał jej również tym

spokojnym, prawdziwie męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i jej

wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie, załatwili całą sprawę!

Furtka była otwarta.

Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę do obcego gniazda.

Ainsi va le monde!

Pani Wanderkraft postąpiła w tym wypadku jak każda światowa

i dobrze wychowana kobieta postąpić powinna. Dała dowód taktu

i uszanowania własnej godności.

Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek i czuł się zupełnie

zadowolnionym.

I dziś -- dziś -- właśnie, kiedy wczorajsza schadzka powiodła mu

się znakomicie, żołądek funkcyonuje wybornie, a żółte plamki pod

lewem okiem znikają pod działaniem „Anti-Bolbosu” -- dziś właśnie,

wymówiono mu mieszkanie...

-- Nie! -- c'est du guignon! rien de plus.

I nachmurzony odrywa się Seweryn od kontemplacyi własnej osoby

a przegiąwszy się w tył woła:

-- Paul!

Z po za przymkniętych drzwi salonu, odzywa się ochrypły głos:

-- Słucham, jaśnie panie!

I oto na progu, w szarawem oświetleniu, ukazuje się

Paweł -- w pantoflach i białym fartuchu sięgającym mu

aż pod brodę.

Jest to mężczyzna lat trzydziestu, wybladły i wychudły, obnoszący

swą, twarz zniszczonego rozpustą ulicznika w obramowaniu rudych

rzadkich faworytów.

Seweryn w tej chwili przegląda się w lustrze, wyszczerzając zęby.

Paweł czeka na progu, zimny, spokojny, utkwiwszy wzrok przygasły

w przeciwległą ścianę.

Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę

czerwieniącą się pod lewem uchem.

-- Nic innego, tylko to Klara... a prosiłem... prosiłem. -- Paul!

-- Słucham, jaśnie panie.

-- Zobacz! co ja mam pod lewem uchem?

-- Plamkę, jaśnie panie.

-- Plamkę?

-- Plamkę.

-- Pewnie mnie... coś ukąsiło!

-- Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło?

-- Daj kremu ogórkowego, może zniknie!

-- Może zniknie, jaśnie panie.

Nastąpiła chwila milczenia.

Seweryn wycierał szyję białą, tłustą masą, odchyliwszy dobrze

kołnierz kartki i flanelowej bleu de France koszuli.

Blady promień słońca przebił się w tej chwili przez chmury

i przyciemniony gazą rozpiętą w oknach, oblał żółtawym blaskiem

tęgi i potężny kark Seweryna, kark niezwalczony, prawdziwy kark

zwycięzcy, tryumfatora w zapasach miłosnych.

-- Paul!

-- Słucham, jaśnie panie.

-- Musimy się wynosić!

-- Musimy, jaśnie panie.

-- Trzeba szukać mieszkania!

-- Trzeba, jaśnie panie.

Seweryn ujął powiększające lusterko i, postąpiwszy do okna, bacznie

się szyi przyglądał.

-- Znika? -- co?

Paweł zbliżył się także.

-- Znika, jaśnie panie.

-- Przygotuj wodę!

-- Dobrze, jaśnie panie.

Seweryn położył lusterko i rozpinać począł kurtkę.

Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem rozwinął i ustawił

gumową balię a przy niej rodzaj polewaczki z kauczukowym wężem.

-- Peniuar wygrzany?

-- Wygrzany, jaśnie panie!

Seweryn powoli zdjął kurtkę i za chwilę tors jego muskularny,

wspaniały, lśniący zabłysnął w półcieniu pokoju.

Promień słońca ślizgał się po tem różowem ciele o ciemnawych,

sinawych tonach.

Wąska ścieżka kręconych włosów przecinała tors na równe dwie

połowy.

Wtedy oczy Seweryna padły na leżące na ziemi i na wpół rozgniecione

ciastko. Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego.

-- Paul!

-- Słucham, jaśnie panie.

-- Patrz!

Nagiem ramieniem wskazywał dywan klęczącemu na ceracie sługusowi.

-- Sprzątnij!

Paweł na klęczkach posunął się po dywanie i podniósłszy ciastko,

drugą ręką sięgnął po zostawione na sofie błękitne sznurowadło.

Poczem wstał i ciągle spokojny i niewzruszony, plecionkę dyskretnie

położył obok szyldkretowych szpilek w kącie tualety, a ciastko

cisnął zręcznie skrzeczącej na balkonie papudze.

* * * * *

Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn mieszkania.

Zrobił pięćset osiemnaście pięter i -- nie mógł zdecydować się na

wybór.

Wszędzie bramy były zanadto widne, za wiele drzwi wychodziło na

klatkę wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto ruchliwi.

W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn sobie w życiu obrał -- były to

rzeczy nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował szczęśliwie

w pośród znieważanych mężów, którym ściskał uprzejmie ręce

i oddawał drobne przysługi.

Nie miał ochoty poznać tragicznej strony medalu.

Wesoła wystarczała mu zupełnie.

To też szukał i szukał odpowiedniej bramy, w której cieniu mogłaby

jak w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.

Paul ze swej strony dokładał starań niemało. Obadwaj wieczorem

schodzili się w sypialni, zniechęceni, pożółkli, ze skórą dziwnie

na twarzy wyciągniętą.

Snać podobne forsowne przechadzki obu tym viveurom nie dodawały

zdrowia.

I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał głowę fularem, twarz nacierał

magnoliną a ręce pastą kardynalską, spoglądał żałośnie na Paula

skraplającego mieszaniną octu tualetowego i wody kolońskiej firanki

otaczające łóżko.

-- Nic nie znalazłem -- mówił jęczącym głosem.

-- I ja także, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.

-- Rozpacz!

-- Rozpacz, jaśnie panie.

I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz rodzaj maski irszanej,

napojonej coldcreamem, a faworyty podwiązywał długim kawałkiem

fularu, skropionym wodą portugalską.

-- Może... jutro -- bełkotał przez wązki otwór, wykrajany w szmacie

irchowej.

-- Może... jutro, jaśnie panie. -- odpowiadał lokaj.

Tymczasem przechodziło jutro bez żadnego rezultatu i tak samo dni

następne.

Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn, zdenerwowany, wlókł się

wzdłuż kamienic, zatrzymując się przed każdą wywieszoną kartą.

Wstąpił już do dwóch domów, pomimo że ulica nie przypadała mu do

gustu.

Ruchliwa była, co chwila przeleciała przez nią dorożka, to znów

o kilka kroków grała katarynka wyjątki z „Carmen”.

Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze i wył, podnosząc do góry

spiczastą mordkę.

Seweryn dnia tego czuł się w dziwnem usposobieniu.

Obudził się z niesmakiem w ustach i w duszy.

Cała skóra go bolała na ciele i czuł nieledwie każdy włosek swych

faworytów, które dziś sterczały suche i bez żadnego połysku.

Usposobienie jego wewnętrzne było szare i znużone. Czuł mimowoli

jakiś przesyt i wspomnienie ciała Klary, które go prześladowało,

było mu wstrętne nad wyraz wszelki.

Spotkał ją w Saskim ogrodzie przechodzącą z córeczką. Nie rozumiał

dla czego coś go popchnęło ku dziecku, które było krwią jego krwi,

jego własnym płodem.

Lecz -- mała -- rozkapryszona, zdenerwowana, odwróciła się, nie

chcąc się przywitać z „panem”. Chciał nalegać, schylił się, aby

ją ująć za rączkę, pragnąc dotknięciem się tego świeżego,

dziecięcego ramienia -- obronić przeciw jakiejś tęsknocie,

która go trawiła.

Lecz niańka ujęła dziecko, wołając:

-- Sewerciu! patrz... Tata idzie!...

Dziecko odwróciło główkę i wyciągnęło ręce w stronę

nadchodzącego mężczyzny.

Seweryn cofnął się i przeszedł szybko, zamieniając lekki

ukłon z przyjacielem.

Zaczął znów szukać mieszkania.

Szedł, prostując się z całej siły woli i przybierając obojętną

minę.

Lecz piosenka „Carmeny” i wycie psa -- wstrząsnęły nim do głębi.

-- Ach, te nerwy! -- pomyślał.

Szybko wszedł do bramy, przy której widniała karta.

Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych, przed któremi leżała zużyta

słomianka.

Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej lat sześciu, dobrze

rozwinięty, szeroki w ramionach, z karkiem doskonale osadzonym.

Otworzywszy drzwi, przechylił główkę, jakby oczekując

wytłomaczenia.

-- O mieszkanie... -- wycedził Seweryn.

Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami, zniknął w ciemni

przedpokoju.

Za chwilę słychać było donośny głos dziecięcy:

-- Mamo!... jakiś o mieszkanie!

-- To pokaż! -- odezwał się głos kobiecy z głębi mieszkania

wychodzący.

Seweryn wszedł do przedpokoju i zamknął za sobą drzwi wchodowe.

Zapach gotującej się brukwi i topionego masła uderzył go na

wstępie.

-- Kuchnia musi być blisko -- wyszeptał z niezadowoleniem.

Lecz nie miał już czasu oddawać się dłuższym uwagom nad rozkładem

mieszkania, bo drzwi prowadzące do saloniku otworzyły się

z impetem -- i w jednej smudze światła ukazał się chłopiec

a potrząsając energicznie głową, zawołał:

-- Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana a tatki niema. Dzieci mają

lekcyę i nie ma nikogo starszego tylko ja jeden.

Mówiąc to, wydymał w dziwny sposób klatkę piersiową i uderzał się

po niej z zadowoleniem.

-- Salon! o! -- wyrzekł, wyciągając szyję -- niech pan wejdzie,

choć pan zabłoci, nic nie szkodzi, jutro będą froterować!

Seweryn spojrzał dokoła.

Dziwnym mu się wydawał ten „salon”, pełen szydełkowych kap

i serwetek. Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych czepków

mieszczanki, opadłych na ciemną wełnę mebli; na jesionowe

stoliczki, na trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu. Przed

kanapą, na płaszczyźnie stołu pokrytego siatkową szarą serwetą,

sterczała lampa, której podstawa tonęła w patarafce ze strzyżonej

włóczki i szklanych owoców.

Mała czworograniasta czapeczka okrywała szkiełko.

Chłopiec stał teraz na środku pokoju, rozstawiając nogi. Małe,

szare oczy o stalowych błyskach utkwił w twarzy Seweryna, który

z pustych ścian saloniku wzrok swój mimowoli przeniósł na źrenice

dziecka. I przez krótką chwilę te dwie pary oczu o jednakowym,

ciemnym a przejmującym połysku tonęły w sobie, jakby zlewając swe

stalowe promienie, w jedną chłodną, szarawą smugę.

Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy.

-- Czy jest jeszcze co więcej? -- zapytał.

-- Jest proszę pana, pokój mamy i taty, dziecinny, jadalny,

kuchnia, pasaż i schowanko -- recytował mały.

Przez uchylone drzwi prowadzące do dalszych pokojów, wyjrzała mała

dziewczynka.

Chłopiec przybrał poważną minę.

-- Niech Maryś idzie do kuchni, do Magdaleny -- wyrzekł mrużąc

oczy, a odwróciwszy się w stronę Seweryna, dodał ze śmiechem: --

moja siostrzyczka!

Malutka schowała się czemprędzej, nie omieszkawszy pokazać

nieznajomemu końca różowego języka.

Chłopiec wzruszył ramionami.

-- Pan daruje, ale to jeszcze małe! -- wyrzekł, otwierając drzwi na

rozcierz -- proszę pana, jadalnia!...

Seweryn przestąpił próg i stanął koło ściany, opierając się o nią

plecami.

Przed nim, na sosnowym dość dużym stole, okrytym ceratą, stały

talerze z grubego fajansu o żółtawych, gliniastych cieniach, grube

szklanki zieleniły się w odstępach, serwetki starannie

wyprostowane i pozwijane, wsunięte były w czarne, blaszane kółka.

Pod ścianą kredens, na wpół otwarty, z wysuniętym blatem, ukazywał

ubogie wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami cukru, kawy

i herbaty. Wielki bochenek chleba świeżo napoczęty, rozkładał wśród

masy okruchów swe ciemnawe wnętrze, okolone brunatną spieczoną

skórą.

Pod oknem maszyna do szycia, na wpół przykryta sztywną merlą

zszywanej spódnicy, i krzesełko wyplatane odsunięte na środek

pokoju.

Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych i dwa wysokie foteliki

dziecinni: z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka czerwona

perkalowa i przewieszony przez poręcz śliniaczek szydełkowy,

nawleczony czerwoną tasiemką. Wszystko to jednym rzutem oka objął

Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie ogarniało go wśród tych ścian

pustych, przed tym ubogim stołem, pośród tej duszącej woni

kuchennej i stukotu tasaka o stolnicę, dolatującego z po za drzwi

źle przymkniętych.

Cała nędza rodzinnego życia, smutnego, pełnego poświęceń, prywacyj

i obowiązków -- zdawała się spływać tu z trywialnością trosk

codziennych. Tylko różowa i uśmiechnięta twarzyczka chłopca miała

w sobie świeżość małego egoisty, zabierającego w swe płuca

najzdrowsze cząstki powietrza, a w usta najlepszy kęs mięsa

i największy kawał chleba.

I znów oczy Seweryna spoczywały na drobnej a dobrze rozwiniętej

postaci dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało z bochenka

chleba kawałek ośrodka i, maczając go w solniczce, zajadało ze

smakiem.

Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem będąc, lubił namiętnie

chleb z solą i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej, aby

wyprosić u lokaja kawałek ośrodka.

Wspomnienie to sprawiło mu pewien rodzaj przyjemności.

Mimowoli uśmiechnął się do chłopca uśmiechem koleżeńskim,

przyjemnym, porozumiawczym.

Malec nie został mu dłużnym.

Jakby w zwierciadle odbił się na różanych ustach dziecka uśmiech

mężczyzny.

Te same zadrganie nerwowe kącików, te same zmarszczenie brody.

-- To dobre przed obiadem -- bełkotał chłopiec i uderzył się znów

po klatce piersiowej, smarując przód flanelowej białej bluzki

tłustemi rękami.

Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując dziecko. Poddał się

bezwiednie pociągowi ku tej małej, kędzierzawej główce, kręcącej

się przed nim w mgławem świetle dnia jesiennego. Chłopiec ten

zaciekawiał go i śledzić wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice

z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie, gdy skubał ośrodek

chleba... tęgi kark odsłaniał się z szeroko rozwartego kołnierza

bluzy, kark o zarysach wspaniałego w przyszłości samca,

podbijającego kobiety siłą sprawianej rozkoszy.

Na karku tym zatrzymał się dłużej wzrok Seweryna, zdawało mu się,

ze gdzieś już widział podobny szmat ciała, tylko większy, grubszy,

porosły krótkiemi włosami, majaczący we mgle zestawionych

umiejętnie luster... i osłonięty draperyą białej flaneli.

-- Teraz pokażę panu dziecinny pokój, później mamci i kuchnię!

Z łoskotem malec szarpnął drzwiami i przed oczyma Seweryna ukazał

się pokój podłużny, zastawiony pod ścianami małemi łóżeczkami,

okrytemi kołderkami z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży stół

zarzucony książkami i zabawkami czernił się na środku.

Koło pieca suszyło się prześcieradełko, na ziemi leżała naga lalka,

z której sypały się trociny.

Jakieś gorąco wilgotne panowało tu, wyziew mokrej bielizny

i rozlanych na podłodze mydlin.

Pod stołem siedziała malutka dziewczynka, wydzierająca kartki

z wielkiej książki.

Pod oknem, na obdartym skórzanym koniu huśtał się czteroletni

chłopczyk, chudy, anemiczny, wybladły.

Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak szalony rzucił się ku dziecku

kołyszącemu się na koniu.

-- Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!

I silny, z pasyą wyrytą na drobnej twarzyczce, strącał młodszego

brata, który z pokorą dziwną złaził z siodła, zaczepiając się

o powiązane sznurkami strzemiona.

Chłopiec, cały purpurowy, z krwią nabiegłą do oczów, rzucił się

teraz pod stół i wyrwał dziewczynce książkę.

-- Ty, oddaj, to moje!

Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy za łeb konia, wsunął go

w kąt tuż przy łóżku, które zapewne było jego miejscem spoczynku.

Dzieci -- milczące, przytuliły się do siebie, nędzne, drobne,

małe -- poddając się brutalnej przemocy, jaką wywierał nad niemi ten

chłopak, zdający się rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe

panowanie wszystko, co było jeszcze do wzięcia w tej nędzy

urzędniczej, w tych ubogich sprzętach powleczonych kurzem

trywialności.

Seweryn znów oparł się o ścianę i śledził wzrokiem drobną postać

chłopca, który z wysiłkiem pakował konia na łóżko.

I zdawało mu się, że dziecko to jest mu doskonale znajome, że

widywał je codziennie dawniej i teraz odnalazł nagle wraz ze

wszystkiemi ruchami, tonacyą głosu, karnacyą skóry...

Wreszcie -- rzecz dziwna, Seweryn odczuwał jakby z jego wnętrza coś

się oderwało i poruszało się teraz w małych a silnych członkach tej

istoty, nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało się w suchych,

urywanych zdaniach, wyrzuconych z tej klatki dziwnie wydętej pod

cienką tkaniną białej flaneli.

Nagle -- drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się na rozcierz

i stanęła w nich kobieta okryta ciemnym, flanelowym szlafrokiem,

wiszącym luźno na wychudłem jej ciele.

Stanąwszy w ramie drzwi, które po za nią rozwarły się szeroko,

ukazując profil łóżek okrytych brązowemi kapami i przedzielonych

małą ciemną szafką, wyciągnęła rękę ku hałasującemu dziecku.

-- Maniek! -- wyrzekła suchym, bezdźwięcznym głosem -- nie hałasuj,

wiesz że mnie głowa bo...

Reszta słów uwięzła jej w gardle.

Dostrzegła Seweryna i obiema rękami schwyciła się za piersi.

Pobladła jak ściana i na chwilę oczy przymknąwszy, oparcia ciałem

szukała.

On -- poznał ją także, poznał odrazu, jakkolwiek straszną zmianą te

lat siedem naznaczyły się na jej twarzy.

Był to szkielet Anny -- tej Anny, która podniosła się wśród blasków

bizantyjskiej lampy, milcząca i blada -- i odeszła z płodem

cudzołożnym w łonie, nie wymówiwszy ani słowa do swego wspólnika.

Teraz stali przed sobą, oboje bledzi -- mając pomiędzy swemi

ciałami całą przeszłość pieszczot, zmysłowych porywów i chwilę

rozstania gorzką i gwałtowną, z początkiem brzemienności kobiety.

Wreszcie -- ona odzyskała przytomność i podniosła głowę.

W wyblakłych jej oczach, otoczonych sinawemi cieniami, zadrgała

cała gama nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy bezsennych, na

szafocie małżeńskiego łoża, wśród których do krwi gryząc wargi,

taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta w porywie bezdennej

rozpaczy i cielesnego obrzydzenia.

Wszystko to mignęło w jej oczach i padło na twarz Seweryna, jak

uderzenie biczem cienkim a wiązanym w silnie zadzierzgnięte węzły.

-- Czego? -- zapytała.

Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.

Ta kobieta wydała mu się w tej chwili straszną, tragiczną, wielką

w swym gniewie.

-- Czego? -- powtórzyła.

Czuł, że odezwać się musi.

-- O... mieszkanie -- wyjąkał, pocierając jedną łydkę o drugą.

Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.

-- To mieszkanie nieodpowiednie dla pana, wyjść proszę!...

Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku drzwi.

Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany, z oczyma spuszczonemi

w ziemię.

-- Wyjść proszę! -- powtórzyła kobieta.

Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój od ziemi oderwał i na chłopca

stojącego koło łóżeczka przeniósł.

-- To... on? -- zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem.

Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.

-- Wyjść... proszę! -- powtórzyła przyciszonym głosem.

Seweryn patrzał wprost już w twarz chłopca, który, odstąpiwszy

od łóżka, znalazł się pomiędzy nim i matką, a wsadziwszy ręce

w kieszenie od kurtki, łydki wygiąć pierś naprzód podał

i z uśmiechem na Seweryna spoglądał.

I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on -- egoista,

on -- samolub, on -- brutalny samiec tyranizujący wszystko!

Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się

w niem z zuchwałością bękarta...

W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi

i ponuro patrzyła przed siebie.

Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.

Sięgnął jak po swoją własność, zapominając, że w nikczemnym

egoizmie swoim stracił prawo do istoty spłodzonej przez siebie

i podrzuconej nieznanemu człowiekowi.

Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała się ode drzwi i schwyciwszy

dziecko jedną ręką, drugą chudą i drżącą wyciągnęła

z wspaniałym gestem silnej w swem prawie kobiety.

Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno jedyne słowo:

-- Precz!...

I słowo to było tak silne, tak tętniące obietnicą niecofnięcia

się przed niczem, iż Seweryn po raz pierwszy w życiu ustąpił

nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc się i cofając ku wyjściu,

jak znikczemniałe wypędzone z cudzego legowiska zwierzę...

Menazerya ludzka · 第 9 / 23 题