=Oślica.=
Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać kwilące cichutko dziecko.
A wyciągając długi -- na trzy łokcie powijak, mówiła ochrypłym
głosem:
-- Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy na wesele twojego
ojcaszka! Chodzi synulku, pójdziemy mu drużbować, ale nie ołtarz mu
sprawimy, ni jakie weselenie, jeno łaźnię gorącą, że aż mu
w piętach postygnie!
Stojąca obok barłogu, na którym leżało dziecko -- kuma Kazimierzowa
zaczęła nagle szlochać.
-- A bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka! taką ci uczciwą dziewczynę
z dobrej drogi sprowadził i teraz nijakiej pamięci o niej niema!...
Honorka szarpnęła silnie powijak.
-- On ci pamięci o mnie niema, ale ja go za to w pamięci mam
i niech mi Pan Jezus i Matka Najświętsza ręce i nogi poułamuje, jeśli
ja go do ołtarza dopuszczę!... Bezemnie i bez tę dziecinę przejść
musi!...
-- Prawdę masz! -- przytakiwała kuma, obcierając łzy płynące gradem
po tłustej i czerwonej twarzy -- już ci takiej krzywdeczki to
i Trójca Święta nie daruje. Ty się o swoje upomnij, Honorka, w twarz
mu napluj -- od młodej odciągnij a swego nie daruj!
-- I nie daruję! -- powtórzyła, zacinając zęby dziewczyna.
Wzięła duży szmat barchanowy, który się suszył koło pieca
i przytrzymawszy jeden koniec w zębach, dziecko nim owijać poczęła.
Obracane jak piłka chłopię, żałośnie płakać poczęło.
-- Cicho, psiakrew, chorobo jedna! a bodajżeś się zadławił własnym
ozorem, ty kundlu zatracony! A bodaj cię mór wydusił! -- wybuchnęła
Honorka, drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej rozpaczy. I
wstrząsnęła dzieckiem tak silnio, że aż jęknęło, jak dławione
szczenię.
Wówczas kobieta przypadła twarzą do barłogu i gryząc koc
w nadmiarze rozpaczy wołała:
-- A nie jęcz ty nad moją biedną głową -- sieroto nieszczęśliwa...
bo jeszcze mnie w zbrodnię jaką zepchniesz.
Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad klęczącą kobietą.
-- A dajże spokój, Honorko, dziecku i nie wydziwiaj się nad tym
robakiem!
-- Bez niego to wszystko, bez niego!
Kazimierzowa wzruszyła ramionami.
-- Oj ty oślico! -- wyrzekła z powagą -- jakto: bez niego te rzeczy
się dzieją? Czy to on ci się kazał z tym pędziwiatrem wdawać? A toć
jego robaka na świecie wtedy nie było, jakeście się złazili to
w piwnicy, to w komórkach!
I odebrawszy dziecko z rąk Honorki, sama je spowijać i ubierać
zaczęła.
-- Nie w tem rzecz, aby nad niewiniątkiem pomstować -- ciągnęła
nosowym, monotonnym głosem -- ale w tem, rzecz, ażeby na czas do
kościoła trafić i panu młodemu drogę mądrze zajść. -- Słyszysz?
Honorka klęczała wciąż koło tapczana, mnąc w wychudłych rękach
potargany i zniszczony kocyk. Z małego okienka umieszczonego wysoko
w ścianie, tuż po nad posłaniem, płynęła jasna struga światła
i biła wprost na twarz dziewczyny zniszczonej słabością i zgryzotą,
która jej duszę szarpała.
Nie odpowiedziała wprost na zapytanie kumy lecz ściągając brwi,
przez ściśnięte zęby wyszeptała:
-- Nie daruję! nie daruję!...
Kazimierzowa skończyła ubieranie dziecka i zdjąwszy z kołka ciemną
chustkę na plecy Honorki narzuciła.
-- Chodzi! -- wyrzekła -- chodzi, już czas!
Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby cień przestrachu. Przymknęła
oczy i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do tapczanu przykuta.
Kuma już stała owinięta w chustkę, gotowa do drogi, huśtając lekko
kwilące dziecko.
-- Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak chcesz szkandał zrobić -- to
duchem nam iść trza. Już czas!
-- Chwilę jeszcze, kumo! -- prosiła Honorka -- czegosić mnie teraz
lęk ogarnia!
Kazimierzowa żachnęła się z gniewu.
-- A ty oślico cholerna! -- zawołała, kładąc dziecko na tapczan --
ty nad tym robaczątkiem nijakiego „litosierdzia” niemasz! Toć na
całe już życie przepadła ci wszystko, boć „hunor” i cnotę
w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał a dzieciaka na rękę
ci rzucił i troskać się o niego kazał. Jak się „obżeni” tyle
już prawa do niego nie masz! Już ci ni Bóg, ni ksiądz żadnej
sprawiedliwości nie da. Jak żeniaty, to od wszystkiego ochronny!
Ale ty od pędraka byłaś oślicą i słusznie cię nieboszczka matka
tak przezwała! No! czy to nie oślica? -- kiedy jeszcze może co
na swą stronę wyciągnąć... to kuca i mówi, że boja ma! Oj oślica
ty! oślica!..
Honorka podniosła się z ziemi i, schwyciwszy dziecko na rękę, ku
drzwiom szybko posunęła.
-- Chodźmy! -- wyrzekła krótko, drzwi od stancyi kopnięciem nogi
otwierając.
Oczy jej się świeciły, usta miała znów zaciśnięte i zębami
przygryzione.
-- Nareszcie! -- zamruczała kuma, zamykając drzwi na kłódkę -- aby
go tylko dobrze po mordzie sprała i publikę zrobiła!...
* * * * *
Nieszpory się skończyły, lecz świece przy wielkim ołtarzu gorzały
wciąż, oblewając żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe płótno,
z którego bieliło się ciało Jezusa zawieszonego na krzyżu.
Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi lakierowane ławki, zapanował
ruch i ożywienie wielkie.
Jedna „siostra” -- zapytywała drugą -- dlaczego nie gaszą świec,
skoro już wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane.
-- Zdaje się ślub jeszcze będzie -- doszedł szept z ławek
zajmowanych przez mężczyzn.
Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy.
-- Dziękujemy! dziękujemy! -- a czyj!
-- Subiekta z cukierni i córki kolejnika!
Wszyscy zaszemrali zadowoleni.
Warto zostać, taki ślub, to już parada. Kolejarze wiadomo, lubią
wszystko z pompą -- a taki subiekt z cukierni to „osoba”.
Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki i przykląkłszy, układać
je począł na stopniach.
-- Poduszki! -- zaszemrano na ławkach.
Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj bliższych co do osoby pana
młodego.
Kobiety składają z westchnieniem książki i owijając na rękach
długie różańce, wyciągają szyje -- ciekawe, żądne wiadomości
o tych ludziach, którzy za chwil kilka, jak papugi, powtarzać
będą słowa sakramentalnej przysięgi.
-- Więc cóż? cóż -- pyta jedna przez drugą.
Pan młody -- tak! -- zapewne, człowiek bardzo uczciwy, porządny,
uczony nawet -- zdolny, ma jakieś oszczędności. Kto wie! może
niedługo założy i cukiernię. Z takiemi jak on „głowaczami” to
wszystkiego spodziewać się można.
Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe, jakby ta dobra opinia,
którą się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem i powagą.
Kościelny wnosi kropidło i naczynie z wodą święconą.
W ławkach powstaje znów szmer.
-- Kropidło!... patrzcie kropidło!..
Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają się wzdłuż ławek, tworząc
rodzaj alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od balustrady przeciąga
się aż ku drzwiom głównym, które zakrystyan w tej chwili na oścież
otwiera. Turkot powozów, hałas uliczny, cały szum letniego,
niedzielnego popołudnia wpada nagle w wilgotną ciszę kościoła.
Przez kolorowe szyby wpadające promienie słońca kładą kolorowe
plamy na głowach i grzbietach ludzi.
-- Przyjechali! przyjechali! -- dochodzi wołanie z tłumów
zalegających stopnie perystylu.
Jest to jednak fałszywy alarm.
W progu kościelnym ukazuje się drużba w świecącym cylindrze
i jasnem palcie narzuconem na ramiona. Dumny jest i wąsy ma
podfryzowane żelazkiem fryzyerskiem. Stojąc w progu kościoła
ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń. Mrużąc oczy, zda się
chce policzyć świece płonące na ołtarzu, poczem szybko,
zaaferowanym krokiem przebiega wązkie przejścia pozostawione wśród
tłumu.
-- Drużba! drużba! -- szemrze tłum, popychając się i wyciągając
szyje za znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną.
Znów nowy napływ ciekawych tłoczy się pomiędzy bocznemi filarami
kościelnej nawy. Pełno już jest i gwarno, kobiety półgłosem
powtarzają sobie plotki o rodzinie panny młodej. Plotki te
wyrastają z pod ziemi; służą do zabicia czasu i skracają nudy
oczekiwania.
Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone uśmiechy. Jakiś żartowniś
opowiada dziwy o samej pannie młodej. Ależ tak -- podobno jakiś
hrabia dołożył do posagu kilka tysięcy -- ot! z przyjaźni dla ojca.
-- Hrabia dla konduktora?
-- Co pan chcesz, dziś takie czasy...
I śmiechy zaczynają się w najlepsze, starsze kobiety sznurują usta
i spuszczają oczy.
Takie nieskromności w świętem miejscu, nie! -- ci mężczyźni już
żadnej wiary w sercach nie mają!
Lecz śmiechy milkną, bo w progu pojawia się nagle Honorka
z dzieckiem na ręku, w asystencyi Kazimierzowej.
Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby rzeczą niezwykłą, lecz
Honorka, z której głowy spadła chustka, z twarzą pokrytą
purpurowemi plamami z pasmami włosów potarganych nad czołem,
i z konwulsyjnie zaciśniętemi wargami, wnosi z sobą jakąś ponurą
grozę, która wydzielając się z jej całej postaci, każe zwrócić na
dziewczynę oczy tłumu.
Kazimierzowa oddała jej przed kościołem dziecko -- uznając za
stosowne, aby matka z dzieckiem pojawiła się przed wszystkimi,
i tak stoi teraz Honorka, cisnąc gorączkowo milczące dziecko do
piersi, stoi jak przykuta w progu, podniecając się w energii
i rozpaczy, która jej biedną duszę szarpie.
Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe i z osłabienia prawie zezem
patrzące.
Stoi i zda się niedostrzegać tłumu, który zbitą masą dokoła niej
szemrze, z zwierzęcą ciekawością rzucając się na nową zdobycz. Lecz
Kazimierzowa nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego ołtarza oczy
kumy nabiegają łzami. Poprawia chustkę i kiwa głową żałośnie.
-- Tak! tak! -- zaczyna z początku stłumionym głosem -- przyszliśmy
do Pana Jezusa po sprawiedliwość i sąd Jego najświętszy! A niechże
On naszą sprawę rozsądzi i nad sierotami zmiłowanie okaże!
Tłum węchem przeczuwa skandal.
Ten i ów przysuwa się do Honorki, stojącej ciągle w progu
z dzieckiem na ręku.
-- A cóż to się wam krzywda jaka stała?
Kazimierzowa znów głos zabiera:
-- Stała nam się krzywda ciężka, bo oto tę sierotę, co tu stoi, ten
dzisiejszy pan młody sposponował, cnotę jej wydarł, żenić się
przyrzekał i oto teraz z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!...
W tłumie zaszemrano i uciszono się nagle. Jakieś zimno smutku
i kobiecej niedoli powiało nagle nad głowami obecnych.
Mężczyźni instynktownie kurczyli się i pochylali głowy, kobiety
otwierały szeroko oczy, wpatrując się w dziewczynę i w dziecko,
które zdawało się być umarłem, tak leżało cicho wśród szmat
i fałd chustki matczynej.
Lecz kuma nabierała coraz większej śmiałości i pewności siebie.
-- A ino... nie po co my innego przyszły, ino po to, aby pannie
młodej się sprezentować, publikę zrobić i nie dopuścić, aby ten
wyrwipięta obżenił się na uczciwą wiarę.
-- Dobrze robicie! -- podparła jakaś podeszła jejmość -- dobrze
robicie, takiemu się przepuścić nie godzi.
-- Tak! tak! -- dorzucił siwy mieszczanin -- zasługuje lekkomyślny
człowiek na karę. Powinna go spotkać!
-- I spotka -- wołała kumcia, składając palce -- jako ta dziewczyna
przysięgała sobie, że go spierze i do ołtarza mu dostępu nie da.
Co, Honorka? nie darujesz?
-- Nie daruję! -- powtórzyła zdławionym głosem dziewczyna.
Lecz tu i owdzie przyciszone śmiechy odzywać się zaczęły. Już
i u ołtarza wiedziano, że będzie „publika” i jakaś dziewczyna
z dzieckiem ślub „aresztować” będzie.
Uciecha więc wśród tłumu wzrosła i objawiła się dość głośno.
Jakiś zmysłowy prąd przebiegł nagle zgromadzonych ludzi i usta
im do uśmiechu rozchylał. Kobiety patrzyły z pod oka, sznurując
usta, lecz na odsłoniętych karkach czuły wzrastającą w mężczyznach
gorączkę zmysłową. Rzec można, że od stojącej na progu dziewczyny
z owocem swych nieuświęconych miłostek na ręku, biegły prądy ciepła
i przenikały ciała cisnącego się tłumu. W ciszę i powagę
kościelnych murów, jak tony miłosnej pieśni, wpadła ta cała
gama cielesnych pożądań i zdała się burzyć spokój świątyni.
Siedzące w kruchcie baby pozwijały różańce w drżących dłoniach.
Święty Panie! taki „szkandał” w kościele! Tu i owdzie dowcipnisie
żartować zaczynają.
Tak! tak! orszak weselny już przybył. Nawet ten rak się troszkę
pośpieszył... niewiadomo czy go prosili -- ot! gość nieoczekiwany
dla pana młodego!
Kto wie! może młodzi będą kontenci, że przyszli ot tak -- do
gotowego, a może... i panna młoda ze swej strony chowa jaką
niespodziankę...
Ten i ów ciśnie się przyjrzeć bliżej Honorce. Hm!... wychudła, źle
zbudowana, głowa roztargana...
Kobiety szepczą między sobą:
-- Mogła się choć uczesać uczciwie, kiedy szła na publikę między
ludzi.
Jakiś pan podszedł do niej i zajrzawszy jej w oczy, wyjmuje
z kieszeni małą notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie zapytania, na
które ona nie odpowiada wcale, patrząc ciągle w przestrzeń z pod
brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony milczeniem,
nieodstępuje wszakże, tylko z kieszonki dobywszy ołówek, ślini go
i coś w książeczce zapisuje.
-- Gazetnik!... gazetnik! -- szemrze tłum dokoła.
Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić:
-- Nie w gazecie, ale tu na tablicy winna być wyryta opowieść
o takim włóczydrągu, co uczciwe dziewczyny z dobrej drogi zmania!
-- Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał -- wtrąca jakiś młody
chłopak.
Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach.
-- Za łeb! za łeb!... takie niewolenie słodką mową i przysięganiem
to gorsza, niż za łeb trzymanie!...
Chłopak mlasnął językiem.
-- Nie trza było wierzyć!
W tłumie powstał szmer.
Nie wierzyć przysięganiu? A to coś nowego! Odkąd świat światem --
Bóg przysięgania postanowił, a tych co krzywoprzysięgają ciężko
karze.
-- A jeszcze przysięganie sierocie? -- woła tryumfująco
Kazimierzowa -- sierotę ukrzywdzić, to jak obrus z ołtarza
ściągnąć!
Wymowa jej i łzy kapiące po twarzy podbijają powoli wszystkich.
Teraz -- miejsce przed wielkim ołtarzem opustoszało zupełnie,
wszyscy cisną się do drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni
tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem państwa młodych. Tu
i owdzie stają na ławkach, zwłóczą z kątów krzesła, czepiają
się chorągwi. Jasna, rozczochrana głowa Honorki stanowi teraz
punkt świetlany, ściągający oczy całego tłumu żądnego widowiska,
łaknącego skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić miała!
Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca, niezdając się zwracać uwagi
na zaciekawienie i wzruszenie, którego jest przyczyną. Wpatruje się
w świece migoczące na ołtarzu i jak błyskawica tak przed nią
przesuwa się rok ubiegły, w którym tyle bólu i smutku zaznała.
Widzi pana Teodora, jak z za kontuaru rzuca na nią spojrzenia które
niby ukrop w jej żyły wlewają. Gdy ją państwo, u których za młodszą
służyła, posyłali po sucharki do herbaty, biegła z radością a przed
drzwiami cukierni stała długo, nie mogąc ośmielić się wejść
i przemówić do pana Teodora, który jak święty z obrazka wydawał jej
się na tle błyszczących luster zdobiących półki bufetów. Imponował
jej niezmiernie, pomimo że Honorka do nieśmiałych dziewczyn nie
należała wcale i niejednego „chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na
udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec Teodora zapominała języka
w gębie i stała tak przed kontuarem, cała w płomieniach, bełkocząc
i siejąc po ziemi miedziaki trzymane w garści. On mrużył oczy,
uśmiechał się, żartował -- przyzwyczajony do dominowania nad
kobietami, z niedbałością pięknego samca. I nawet później, gdy już
posiadał ją o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy lub duszącej
atmosfery strychu, -- Honorka -- zawsze pozostawała nieśmiałą,
przerażoną jego pięknością, zdławioną -- z oczyma łez pełnemi, nie
śmiejąc poruszyć się, uczynić jednego giestu, odetchnąć głośniej.
A gdy wreszcie -- porzucona, zapomniana przez swego uwodziciela,
któremu oddała z jakąś pokorą klejnot swego dziewictwa, uczuła się
matką -- doznawała głuchej nienawiści, gniewu na samą myśl o tym
człowieku. Nie napastowała go, nie chodziła za nim, urodziła
dziecko, zacisnąwszy zęby -- i w duszy swej zaczęła gromadzić całe
morze jadu, które groziło lada chwila wylaniem.
Kuma zawiadomiła go przecież o urodzeniu dziecka, lecz piękny
subjekt mruknął coś tylko i wzruszył ramionami.
Gdy Kazimierzowa scenę tę przed barłogiem położnicy odtwarzała,
Honorka wlepiła w nią oczy od gorączki błyszczące.
-- Łajdak! -- wyrzekła przez zaciśnięte zęby.
Pierwszy to raz głośno wymówiła na niego obelgę.
Umilkła, przerażona.
Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową, dawała folgę swemu
żalowi. Zapominała jak wyglądał sprawca jej nieszczęścia, niewidząc
go tak dawno, nieodczuwała już przygniatającego wpływu, jaki
wyższością swą, elegancyą i całem obejściem na nią wywierał.
Rozpacz przepełniała jej serce i wstrząsała nią całą. Widok dziecka
podniecał ją. Chwilami zdawało jej się, że jest zdolna zamordować
mężczyznę, który rzucał ją brutalnie o ziemię, aby później na
wiadomość o jej nędzy i cierpieniu wzruszać ramionami z pogardą.
„Ścierwo sobacze!” -- mówiła, szarpiąc pazurami aż do krwi pierś
swoją od pokarmu wzdętą -- „zgiń! przepadnij! oślepnij! zgnij do
kości!” Zdawało się jej, że miłość, jaką miała dla Teodora,
wymarła w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu i nienawiści,
nic już w głębi swej duszy nie chowa.
Na wiadomość o ślubie subiekta, wybuchnęła wreszcie całą
wściekłością, na jaką tylko cierpliwe i nieśmiałe istoty zdobyć
się umieją.
Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania ślubu i zrobienia
publicznego skandalu. Uczepiła się tego projektu natychmiast,
gorączkując się, podniecając -- przeklinając bezustannie. Ani
jednej łzy nie miały jej oczy, chwilami zdawała się być obłąkaną.
Teodor, którego kontury w jej wyobraźni zatarły się zupełnie,
przedstawiał jej się jako zwierzę znienawidzone, wstrętne, plugawe,
któremu chciała skoczyć do oczów i zdeptać za krzywdę jej
uczynioną. Niewidząc go -- czuła się silną, mocną, jakkolwiek coś
w jej wnętrzu szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała jeszcze
w stancyi „już czas!...”
Lecz tu -- w kościele, przed ołtarzem oświetlonym jarząco,
w chłodnej atmosferze świątyni -- jakaś moc wstępuje w nią powoli,
lecz moc to jakaś dziwna, jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli
się a przecież zda jej się, że ktoś dokoła niej szepcze modlitwy,
pacierze...
Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła, tylko żarty, uwagi, słowa
ciekawości.
Tłum cały aż drży z pragnienia takiego „grubego skandalu”.
Taka rzecz nieczęsto się trafia.
Nareszcie turkot zajeżdżających kół oznajmia przybycie gości
weselnych.
Nie dorożki to -- ale karety przywożą państwa młodych i liczną
drużynę, karety z białemi lejcami, umyte i lśniące w promieniach
słońca.
-- Przyjechali! przyjechali!
W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś krzyk ciekawości ludzkiej.
Krzykiem tym publiczność zda się chce podniecić Honorkę do
zrobienia skandalu. Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę,
tak tłum ten chciwy wrażeń drży z radości i nieszczęśliwą do
ukazania swej zranionej duszy popycha.
Wolno -- z szumem jedwabiu wchodzi orszak weselny do kruchty.
Przodem idzie panna młoda, wysoka blondynka o płaskiej twarzy
i kręconych włosach. Z bezczelnością niemal dźwiga koronę dziewiczą
tonącą w obłokach białej iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta,
wysuwając naprzód watowany biust jedwabnego stanika. Prowadzą ją
drużbowie we frakach i glansowanych rękawiczkach. Przed tem białem
zjawiskiem, tłum usuwa się instynktownie, pozostawiając opartą
plecami o filar Honorkę. Panna młoda przechodzi próg i wolno,
poprzedzana przez dziadka kościelnego, sunie do ołtarza a tren jej
sukni wlokący się po ziemi pozostawia za sobą jakby smugę
świetlaną...
Lecz Honorka zda się niespostrzegać nawet przejścia panny młodej.
Teraz drży cała i blada jest jak opłatek. Gdy karety zajechały
przed kościół, doznała nagle jakby silnego uderzenia z tyłu głowy.
Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali...
Nagle -- wśród jasności słonecznej ukazuje się sam pan młody.
Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.
Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy zafryzowane, twarz starannie
wygolona, spinki u koszuli złote i wielkie jak złotówki.
Z tryumfem spogląda w głąb kościoła na ołtarz jasno oświetlony
i bawi się brelokami u zegarka.
Dwie drużki, w lekkich sukniach, z wachlarzami i włóczkowemi
pelerynkami, prowadzą go, śmiejąc się ochotnie.
Oczy wszystkich zwracają się teraz w stronę Honorki...
Co to będzie! co to będzie!... czy da mu w papę? Czy po prostu
nawymyśla i w oczy napluje!
Lecz -- o dziwo... dziewczyna na sam widok Teodora blednie jeszcze
więcej i oczy przymyka. On -- nie widzi jej wcale, zajęty teraz
jedną z drużek, która upuściła na ziemię koronkową chusteczkę.
I nagle -- Honorka, kurcząc się i starając zniknąć z przed oczu
wszystkich, zasuwa się powoli za filar -- wybuchając cichym,
zdławionym płaczem.
Napróżno kuma stara się ją popchnąć naprzód, napróżno osoby
otaczające ją dokoła pochylają się ku niej i szepczą słowa zachęty.
Ona jedną ręką ciśnie do piersi dziecko, drugą czepia się filaru,
a z oczów jej płyną dwa strumienie łez gorących.
-- Niemogę! niemogę! -- szepcze, łkając cicho.
Organy tymczasem huczą przeraźliwie, pan młody przechodzi kruchtę
i idzie pewnym, śmiałym krokiem, kłaniając się lekko znajomym, wśród
tłumu.
Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć Honorkę.
-- Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt sobie robisz
nadaremny!... wstań, leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!...
Honorka, nie bądźże oślicą!...
Lecz Honorka nie rusza się z miejsca. Na widok Teodora dawny lęk ją
ogarnął.
Gdy stanął tak teraz przed nią piękny, uśmiechnięty, zdrów,
wystrojony -- gdy go poczuła znów od siebie o kilka kroków -- nie!
-- ona nie mogła rzucić się na niego, krzycząc tak, jak to sobie
ułożyła i pluć mu w twarz i dziecko pokazać. Nie! nie! raczej woli
umrzeć, niż taką rzecz zrobić.
Tłum, zawiedziony w swych nadziejach, szybko zwrócił się do
ołtarza, gdzie już ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista kapa
księdza migała po nad głowami ludzi. Głuchy szmer niechęci i gniewu
przebiegał szeregi. Jakto? nie będzie skandalu? cóż sobie myśli ta
głupia dziewczyna, zwodząc ludzi w ten sposób?... e! -- kto wie --
to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko, kto wie, czy to pana
młodego, skoro ona nie śmie do oczów mu stanąć...
Tak! tak!... taki porządny mężczyzna wie, co robi, jeśli porzuca.
Już musiał mieć wtem swoją racyę...
Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę.
-- Stchórzyła!
-- Rozbeczała się!
-- A to głupia!
-- Idyotka!
-- Oślica!
-- Wszystko jedno, dość, że stanąć do oczów nie śmiała. Chodźmy
lepiej do ołtarza.
-- Ślub szykantny!
Teraz wszyscy cisną się do ołtarza, przed którym ksiądz zamienia
młodej parze obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać skrzeczący
głos panny młodej i basowy głos księdza, mówiących na przemiany
przysięgę małżeńską:
-- Ja -- ja, Stanisława, Stanisława, biorę -- sobie -- sobie...
Koło filara, po za który ukryła się Honorka, zrobiła się pustka.
Dziewczyna klęczała sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa,
czując się obrażoną, wyszła z kościoła, czerwona z doznanego
wstydu.
Schodząc ze wschodów, poprzysięgła sobie szmaty Honorki wyrzucić na
cztery wiatry.
O! nie -- mogła mieć litość nad nędzą tej idyotki, ale tolerować
jej głupotę i brak odwagi w dopominaniu się o swoje prawa,
a wreszcie na narażenie Kazimierzowej na pośmiewisko i podejrzenia
ludzkie, że broniła nieczystej sprawy -- na to Kazimierzowa
przystać nie chce i nie może.
Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej nieprzerwanie. Pan młody
przysięgał czystym, dźwięcznym głosem i z podniesionem czołem
odpowiadał wyraźnie na zapytanie księdza:
-- Nie ślubowałeś komu innemu wiary małżeńskiej?
-- Nie.
Powoli zaczął podbijać i ujmować tłum cały i przeciągać na swoją
stronę. Jego jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty, frak wpadający
do stanu -- imponowały ciżbie. W ogóle ślub cały, orszak weselny
szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina sukni panny młodej i jej
biust obciągnięty materyą -- wszystko to podbijało zgromadzenie
i sprawiało jak najlepsze wrażenie.
Honorka ze swą rozczochraną głową, obtarganą chustką i dzieciakiem
spowitym w szmaty, traciła sympatyę, i ci, którzy usiłowali przez
chwilę trzymać jej stronę, umilkli -- zwyciężeni.
Tymczasem ona klęczała ciągle kolo filara, płacząc i płacząc bez
końca. Zdawało się, że jakiś strumień nieprzebrany z oczów jej
spływa. Cała jej rozpacz, gniew, uraza, boleść w łzach tych
topniała i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc szmaty, któremi
owinięte było. Organy jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi. Jak
robak zdeptany, wiła się na zimnych flizach świątyni, cała drżąca
od bólu, którego określić nie była w stanie. Czuła dobrze swą
krzywdę, ale kryła się z nią w cieniu, i choć on tam był, o kilka
kroków -- nie chciała mu się już narzucać z nędzą swoją.
Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy bezsennych znów stała się
ciałem, stanęła przed jej oczami w pełni życia i majestatu
wszechpotęgi męzkiej -- ona upadła na kolana, zwyciężona, bezsilna,
drżąc z bólu i w poczuciu swej nędzy.
-- A was wszystkich tu obecnych biorę za świadków, jako to
małżeństwo zostało prawnie i przykładnie zawarte.
Poczem ksiądz zaczął żegnać i kropić obecnych, którzy czynili znaki
krzyża i obcierali z nosów i policzków krople święconej wody.
Organy zabrzmiały wesołym marszem.
Koło ołtarza ruch się zrobił niemały, poczęto znów się tłoczyć,
zaglądać w oczy pannie młodej i drużkom. Wreszcie cały orszak
z szumem, szelestem i śmiechem posunął ku wyjściu.
Karety jedna po drugiej podjeżdżać zaczęły. Przechodnie
zatrzymywali się na chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do
drzwiczek powozów.
Tren panny młodej pokrył się cały kurzem i szare smugi ciemniały na
fałdach jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze złości pod obłokami
dziewiczego welonu.
-- Psiakrew cholera! -- wymówiła wsiadając z furyą do karety.
Za nią wskoczył Teodor, naciągając na plecy zielonkawe, króciutkie
palto, podbite żółtawym jedwabiem.
* * * * *
W kościele Honorka pozostała sama. Kościelny sprzątał poduszki,
zaginał rogi dywanu.
Honorka płakała ciągle, czując jakby ogień pod czaszką. Piersi
i plecy bolały ją jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła dobrze,
iż wszystko się dla niej skończyło, że teraz już nawet żyć nie
może nadzieją jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie miała
dość odwagi, aby stanąć przed człowiekiem, któremu wszakże oddawała
się z uległością suki i powiedzieć mu w oczy:
-- Uczyń cokolwiek dla mnie, którą zaprzepaściłeś i dla dziecka,
które spłodziłeś!...
Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło niej, dzwoniąc kluczami.
Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła, dostrzegł ją wśród tłumu
jeszcze przed ślubem, gdy stała groźna u progu i mówiła przez
zaciśnięte zęby:
-- Nie daruję!
Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając się z miejsca, podszedł do
niej i potrącił ją lekko.
-- Wstawać i iść do domu... nic tu już nie wyklęczycie.
Ona podniosła głowę i przez łzy zalewające jej oczy, spojrzała
w ciemną przestrzeń kościoła. Spojrzała i naraz cała przyszłość
stanęła jej przed oczami.
Dziecko drzemiące u jej piersi zaciężyło jej bez miary.
-- O Jezu! -- szepnęła, przymykając oczy.
Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę.
-- Idźcie sobie -- cóż to, myślicie tu nocować?
Powoli, z wysiłkiem, dziewczyna podniosła się z klęczek i ku
drzwiom kierować się poczęła. Łzy dwiema strugami płynęły jej znowu
z oczu zbolałych.
Potknęła się o krzesło, wreszcie odnalazła drzwi i wysunęła się na
ulicę.
Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny chwilkę się zamyślił, cień
smutku przemknął po jego starej, zawiędłej twarzy.
Nagle ramionami wzruszył i podnosząc przewrócone krzesło, wyrzekł
krótko:
-- Oślica!
Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno w ulicę, po której sunęły
świątecznie przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko kwilące cicho
dziecko i idąc ocierała łzy płynące z oczu strumieniem.