IV.

=Kundel.=

-- Cóż u dyabła starego? Dlaczegóż nie mam i ja zrobić

karyery? -- zawołała Resia, ciskając obszarpaną książkę na ziemię.

Zerwała się z obdartej sofy a pociągnąwszy falbaną szlafroka kawał

sprężyny i pęk siana, poskoczyła ku oknu.

Ładnie tam było na dworze, choć trochę jeszcze chłodno. Resia

nieuczesaną głowę wytknęła przez okno a wiatr wiosenny rozwiewał

jej kręte, czarne włosy. Ona od czasu do czasu dmucha silnie, chcąc

odpędzić natrętne kosmyki, które kręciły się koło jej wybladłych

warg lub czepiały się długich rzęs i wzrok zasłaniały.

Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie zbudowana, brudna

i pokryta piegami. Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych cór

miasta -- i odznaczała się szczytną głupotą, dobrem sercem

i zamiłowaniem do pieczonej gęsi.

Lubiła przytem pieniądze (była żydówką), nowe buciki, karmelki

i zwykle w zimie, o szarej godzinie, piekła sobie na trzech

patyczkach jabłka, kiwając się i mrucząc jakąś monotonną piosenkę.

Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać, jadła chleb ze szmalcem

na obiad a potem, nie umywszy rąk, nacierała się „chyprem”.

Paliła papierosy i czesała się raz na tydzień, była antisemitką

w całem słowa znaczeniu a na kwestyę emancypacyi kobiet nie

zapatrywała się wcale.

Dnie całe leżała na swej sofie, paląc papierosy, dopiero

z nadejściem zmroku budziła się ze swej bezczynności.

Wstawała wtedy, mrucząc i plując po kątach i szczoteczką od

zębów czyściła buciki a bieliła twarz kredą w braku pudru.

Potem -- usiadłszy przy oknie, czekała na... Kundla.

* * * * *

Kundel ten był obecnie jej wielką miłością. Był to mały, potwornej

brzydoty chłopak, syn jednego ze znaczniejszych urzędników miasta.

Przysłowiowo brzydki, był dziwnym okazem jakiejś brutalnej

zuchwałości i bezczelnej arogancyi, któremi w domowem zaciszu

uzyskał słodkie miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta

rozwichrzoną, olbrzymią czupryną, miała kształt prawie

czworograniasty; wyraz małych oczek i ust wydętych, obrosłych

sterczącym, rudawym włosem, znamionował upór, przewrotny spryt

i jakieś niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał zwykle ręce

w kieszeniach od spodni i nosił małoruskie koszule, najczęściej

rozpięte na piersiach. Mówił powoli, zacinając się na syczących

spółgłoskach i miał zupełnie odrębny sposób wyrażania się, który

trwogą przejmował słuchaczów.

W domu był postrachem matki i sióstr, dwóch młodych dziewczynek

słodkich i nieśmiałych, tulących się do kątów, gdy Kundel --

podczas nieobecności ojca -- zjawiał się w salonie lub jadalni.

Matka sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy, w których nierzadko

przewijała się łza..

Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił że jest „wyższy nad świat

cały” i rozwalając się na kanapie przetrawiał, ziewając, resztę

nocnych pochulanek i pochłoniętego piwa. Zrodzony z rodziców

szczytnie „bürgerskich” -- według jego słów własnych, niewiadomo

zkąd rozwinął w sobie naturę nocnego włóczęgi i junakieryę bursza.

Całe dnie włóczył się w przydeptanych pantoflach po czyściuchnych

pokojach, wytrząsając popiół z fajki na dywany lub fotele. Gdy mu

ktokolwiek zrobił jaką uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:

-- Odsuń się, bo cię psom oddam na pożarcie a krwią twoją drzwi

mego przedpokoju pomalować każę!

Miał lat dwadzieścia i skończył dwie klasy. Nie było siły

ludzkiej, któraby go skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się

„prywatnie” -- doprowadzając zwykle nauczycieli do rozpaczy, lub do

dzielenia z nim nocnej rozpusty.

Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic, zakosztował wszystkiego

i od lat pięciu czepiał się spódnic kobiecych, pełen przewrotnej

żądzy, z której sobie doskonałą zdawał sprawę.

Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym i znudzonym starcem, gdy

wracał do domu nad ranem, twarz jego miała odcień ziemisty a oczy

czerwone i spuchłe.

Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie zaślinione. Gdy siadał do

obiadu, nieumyty, nieuczesany i wyciągał trzęsące się palce po wino

lub cytrynę, cieszył się widocznie z nerwowego drżenia, które mu

ramię targało.

-- Łapcie mi się trzęsą! co? -- pytał, spoglądając tryumfalnie po

obecnych, którzy, wzruszając ramionami, zdawali się zapominać

o jego obecności.

Przyzwyczajono się bowiem w domu do tego Kundla -- na wpół

pijanego, uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie lokalu

knajpowego. Jeden tylko ojciec umiał poskromić tę ohydną

zuchwałość. Przy nim Kundel zapinał na piersiach koszulę, schodził

do obiadu o właściwej porze i zamieniał tradycyonalne pantofle na

głębokie kalosze. Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał

paznogcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach.

Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym suchym

głosem.

Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo

i pozornie.

-- Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!

A „nabierania” tego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości bała się

szczególniej matka.

Kundel bowiem, znając słabą stronę ojca, gdy zbyt wiele narobił

długów i za często był proszony do cyrkułu -- stawał się nagle

melancholijny i uczuwał potrzebę poprawy. Pragnął wtedy czystej

bielizny, mydła, książek naukowych i trochę szacunku ludzkiego.

Wchodził do pokoju ojca na palcach, ucierał nos chustką, sługom

pozwalał przejść spokojnie a siostry głaskał po głowach, nazywając

je pieszczotliwie „małpiszonami”.

Dozwalał sprzątać w swoim pokoju i przewracać materace na drugą

stronę, fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku i palił damskie

papierosy, mówił cieniuchnym głosem, dobierając słów a oglądając

lampę, deklarował, że „już się wszystko skończyło i on, Dyńdzio,

zabiera się do pracy...”

Ojciec zwykle, z początku, sceptycznym wzrokiem śledził zmianę

w postępowaniu syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei. Kto

wie -- może wreszcie coś się zbudziło w tej głowie mózgu pozbawionej,

w tem sercu zda się zatopionem w kale rozpustnych uciech.

-- Patrz, duszko -- mówił do żony, która z robótką w ręku

dozorowała zabawy dwóch dziewczynek, -- ot zdaje się, że tam na

górze jakiś porządek panować zaczyna...

Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone na drugiem piętrze,

i domowi, chcąc unikać wymówienia imienia najstarszego z rodu,

nazywali locum Kundla „górą”.

Matka jednak wzruszała ramionami.

-- Pewnie coś nabroił lub chce coś uzyskać -- mówiła smutnym

głosem.

-- No!... kto wie! kto wie! -- protestował ojciec, -- może się

wreszcie upamięta i przestanie zatruwać nam życie.

Matce łzy stawały w oczach.

-- Daj Boże! -- odpowiadała wzdychając.

Lecz nie łudziła się wcale.

Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”. Wszakże i ona

niejednokrotnie została w ten sposób przez syna zwiedziona.

Nawskróś religijna, mająca w sobie ślepą wiarę i poszanowanie

praktyk religijnych, konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć na

rozhukanego chłopca. Kundel odrazu zrozumiał, że z tej naiwnej

i pełnej adoracyi duszy -- może wyciągnąć dla siebie korzyści.

I powoli wprowadził system dziwny a przyjęty przez matkę, która

w żarliwości swojej stała się źródłem wyzysku.

Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź, otrzymane rozgrzeszenie,

odprawioną pokutę, każdą bytność na kazaniu -- opłacała pewną

umówioną kwotą pieniędzy.

Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany łeb w cienie konfesyonału,

biedna kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie o „oświecenie

nieszczęśliwego”.

Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu niestworzone brednie,

wyjawiając wątpliwości, od których włosy spowiednikowi stawały po

prostu na głowie, obliczał w myśli, ile to nocy bezsennych za

otrzymane od matki pieniądze w murach knajpy przepędzi.

I długo włóczył się tak po kościołach, będąc postrachem księży,

którzy zobaczywszy przystępującego do kratek Kundla, czuli krew

bijącą im do głowy. Na mszach porannych widzieć go można było

drzemiącego obok rozmodlonej matki z oczyma zaczerwienionemi jak

u królika, z rękami brudnemi i koszulą pomiętą.

Czasem, wpadłszy w dobry humor, „fiksował” jaką „zamodloną”

dewotkę, lub gasił świece defilującemu bractwu.

Wreszcie matka zrozumiała, że każda spowiedź Kundla, każda msza

jest tylko dla chłopca źródłem wyzysku a pieniądze otrzymywane dają

mu możność do pogrążania się w coraz większej rozpuście. Zamknęła

kieszeń i od tej chwili, gdy Kundel zapowiadał poprawę, wiedziała

czego się trzymać w takich razach.

Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio z wielką pompą wchodził do

jego kancelaryi i zabierał librę papieru, kilka piór i pakę bibuły,

ojciec pytał go, w jakim celu bierze te foliały.

-- Idę pracować -- będę robić notatki z „Naukowych podstaw

krytyki literackiej” Hennequina, lub ocenię którą z tragedyj

Sofoklesa -- odpowiadał Kundel, stawiając ostrożnie nogi obute w stare

kalosze, które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem tle dywanu.

-- Sofoklesa? -- pytał ojciec.

-- Hm!... tak, jeśli będą tego warte. Nie wiem jeszcze. Być może,

iż sam coś napiszę, bo coś mi się w głowie... kiełbasi! Zresztą,

pracować będę do rana. Dobranoc ojcu!

I wychodził powłócząc nogami, a zamknąwszy drzwi za sobą, uśmiechał

się złośliwie:

-- Stary jest wzięty... pojutrze można się lansować -- a beknie

i to dobrze!

* * * * *

Lecz Kundel miał także w głębi duszy swojej kącik poetyczny,

w którym rosła błękitna niezabudka sentymentalizmu. Kundel był

kochliwy i jak wszyscy „przeżyci” -- w miłościach swoich dążył do

ideału. Ideał to był zupełnie odrębny od ideału Danta i Petrarki,

lecz mimo to nie przestał być ideałem, w którym Dyńdzio czerpał

natchnienie i siłę do życia. Dyńdzio cieszył się takim wstrętem

mieszkanek miasteczka, że dość było dla kobiety ujrzeć na ulicy

Kundla, aby mieć humor popsuty na dzień cały.

Kundel nie martwił się tem wcale. Nienawidził kobiet dobrze

ubranych i jako tako wychowanych. W knajpie, po opiciu się

odpowiednią ilością piwa -- brutalnie zdzierał z każdej „damy”

kryjące obsłony i z cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami

pogardy i szyderstwa. Dla niego istniała tylko „natura” w postaci

rozczochranych dziewczyn, którym jego małoruska haftowana koszula

imponowała a plugawy żargon przypominał ciemne zaułki, wśród jakich

młodość spędziły.

Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał ody, maczając palec

w piwie i kreśląc słowa na marmurze stołu. Gdy blady świt kładł im

wszystkim na czoła zielonawe, trupie tony -- Kundel deklamował:

Niekiedy blada Wenus z mdławym blaskiem w oku

Schodzi tu na ziemię w latarnianym zmroku.

Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.

Ten Kundel! a niechże go! a to je wyzywał. Lecz on przygasłemi

oczami spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i sącząc z kufla

resztki piwa, bełkotał:

I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta,

Ukazując światu brudnych pończoch parę...

Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek z tych dziewczyn, kochał po

swojemu, tyranizując i maltretując bez litości. Gdy przyszła kolej

na Resię, Kundel odmienił swój system postępowania. Resia przypadła

mu do gustu i cygańska natura kobiety zlała się wybornie

z brutalnem usposobieniem chłopca. Podbita jego trywialną a chwilami

znów sentymentalną namiętnością, Resia zachwycała się Dyńdziem

i dozwalała mu na wszelkie wybryki.

Były chwile, w których Kundel nazywał Resię „nikczemną żydówką”

-- po to, aby po kwadransie nadawać jej miano Fryny i wycinać

z jej wykoszlawionych bucików greckie sandały. Poczem mówił jej

wiele o potrzebie kształcenia umysłu i obiecywał dać jej nauczyciela

angielskiego, gimnastyki i gry na cytrze. Najczęściej następowała

później mała nauczka moralna, w której „Kundel” wykładał

zdziwionej i drapiącej się w łydkę Resi, że są pewne warunki,

z któremi szanująca swą godność kobieta liczyć się powinna

a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu i w skutek tego

może doznać w przyszłości zmartwień i upokorzeń. On, Dyńdzio

-- jest wprawdzie wolny od przesądów i bez kwestyi „szanuje”

w niej kobietę, ale właśnie dla tego pragnie, aby cały świat

ją szanował. Gdy Resia opornie przyjmowała podobne słowa

i w trakcie podobnej perory oddawała się sportowi dłubania

szpilką w uchu, Kundel dla poparcia swych argumentów uderzał

ją pięścią w głowę, co wywoływało oczekiwany skutek.

Kundel obdarzał Resię prezentami i od czasu do czasu znosił do

mieszkania swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty pochwytane

na kredyt po sklepach, w których przez wzgląd na rodziców kupcy nie

śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić. W ten sposób Resia posiadała

siedem par szelek, cztery pary kaloszy, trzy spluwaczki, cztery

brzytwy, jedenaście pędzli do rozrabiania mydła i olbrzymi

teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami, rodzynkami, paloną

kawą, pieprzem tureckim i musztardą. Nauczyła się palić papierosy

a nawet żuła tytoń jak stary turkos.

Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie” zaczęło jednak powoli

niewystarczać Resi. Kundel imponował jej ciągle -- zapewne --

a nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie i opowiadał, że użyje

ją do „plein-air'u”, od którego świat „zdesenieje”, Resia

zapominała o pieczeniu jabłek i cała zasłuchana kucała u kolan

Dyńdzia wyciągniętego niedbale na koszlawem krzesełku. Ale...

Dyńdzio od pewnego czasu przynosił już same słoiki musztardy,

a w dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem siodłem, więc dziewczyna

powoli zaczynała się niecierpliwić. W dodatku Dyńdzio, w celu

rozświetlenia umysłu swej Fryne i uczynienia z niej Lais miasta --

przynosił znudzonej dziewczynie tłomaczenia rozmaitych francuzkich

romansów, w których imaginacya autorów wraz z potwornością fabuły

walczyła o lepsze. Resia czytała te opisy wonnych buduarów

wypikowanych atłasem, tonących w półcieniu sypialni, nocnych lamp

kryształowych migocących w przestrzeni.

Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem puszczał wodze swej

sentymentalności i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej wody,

połamanych grzebieni i dziurawych krzeseł, galopowali myślą w sferę

woni, połysku jedwabiu i bladych barw abażurów.

Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacyi, iż Resia, zjadłszy

dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną

przed pięcioma miesiącami -- zeskoczyła z sofy i stanąwszy

w lufciku powiedziała z mocą:

-- Muszę zrobić karyerę!...

* * * * *

Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy

i wydął wargi.

-- Tego ci się zachciewa? -- zapytał.

Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną do żartów.

Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane z odmrożenia ręce

w rozczochrane włosy i nie odpowiedziała ani słowa.

-- Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa w maśle? -- pytał Dyńdzio.

Milczenie.

Dyńdzio począł się niecierpliwić.

-- Chcesz zrobić karyerę, a cóż to... mała karyera, jaką masz

teraz?

Resia wykrzywiła usta.

-- O jej!... -- wyrzekła wreszcie, -- co mi z tego. Mieszkam jak

śledziarka... a czem żyję, to już wstyd powiedzieć...

Dyńdzio machnął ręką.

-- To wszystko marność, widzisz serce to grunt...

Resia zamilkła i znów kiwała się długą chwilę, wpatrzona w odrapane

ściany swego pokoju.

-- Chciałabym -- zaczęła znów powoli -- chciałabym mieć dywan na

podłodze i atłasową kołdrę, i samowar na szafie, i komodę,

i firanki, i taką lampę u sufitu z kolorowem szkiełkiem. Aj, aj!

o!... tobym chciała mieć!...

Cmoknęła ustami i znów zakołysała się, obejmując nagiemi ramiony

swe kolana ledwo okryte cienką spódnicą.

Słaby blask płonącej na stoliku świeczki żółtawą linią oznaczał

jej kontury. Miała w tej niedbałej pozie, w tym skurczu całej

postaci, coś z owych żydówek tkwiących w piasku pustynnym.

-- Och ty puchu marny! -- wyrzekł wreszcie z pogardą.

Resia wzruszyła ramionami.

-- Żebym ja puchem była -- to dawnobym z siebie pierzynę

zrobiła -- wyrzekła sentymentalnie.

-- Więc bogactw ci się zachciewa, ty kruku żydowski? -- ciągnął

Dyńdzio, -- bogactw? Wschodniego zbytku? Nie wystarcza ci skromny

dobrobyt, jakim cię otoczyłem? Dobrze -- poznasz więc udrękę

bogactwa! Pęknę w czternaście kawałków, jeśli od dziś za miesiąc,

ty cholero azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów... dzieł sztuki

i twego samowara bydlęcego na szafie!...

Resia spojrzała na Dyńdzia z niedowierzaniem.

-- Dyabeł wie czy to będzie, a tymczasem możebyś jutro mi coś

przysłał do zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem wyłazi!...

-- Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę trzy funty mydła, bo

ojciec mi kredę na mydło otwiera. Pojutrze u nas goście, więc

powiadają, że się umyć trzeba...

Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia, nie wstając z klęczek.

-- Ty i tak ładny, Kundlu! -- wyrzekła, mrużąc oczy i przeginając

się jak kotka.

-- To się wie! -- odparł Kundel, wyciągając swe brudne ręce

i kładąc je na wspaniałych ramionach klęczącej u stóp jego żydówki.

* * * * *

W miesiąc później rodzice Kundla wyjeżdżali na letnie mieszkanie.

W domu pozostawał Dyńdzio i stary stróż.

Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku miał powrócić do miasta

i objąć nadal swe zajęcia biurowe.

Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni nawet na pociąg przez Dyńdzia,

który od tygodnia zachowywał się przyzwoicie, prawie bez zarzutu.

Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością poprawy. Chciała mu na

samem wyjezdnem zaproponować spowiedź, ale cofnęła się

i postanowiła czekać.

Kto wie, co się w tej mózgownicy gnieździło.

Za to ojciec dał się unieść złudzeniu. Przestał nazywać syna

„Kundlem” a natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”! -- lub

„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy, otworzył kredyt u krawca na

dwa garnitury letnie i na wyraźne żądanie Dyńdzia sprawił mu

pół tuzina koszul z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie całego

domu dobiegło szczytu, gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek

do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi” Orgelbranda

i pasty do zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych przedmiotów

i Kundel ostentacyjnie wycierał teraz nos w olbrzymie kolorowe

fulary, które zawsze wyglądały mu ze wszystkich kieszeni ubrania.

Skarpetki nosił także -- wprawdzie w kieszeni, ale był to już

stanowczy zwrot ku lepszemu, i gdy pociąg ruszył, ojciec wychylił

się raz jeszcze, aby spojrzeć na Kundla stojącego przykładnie na

peronie pomiędzy posługaczami i urzędnikami kolejowymi.

-- Stoi a nawet zdjął kapelusz i ku nam powiewał... O!... teraz,

wyciągnął chustkę i ciągle macha!... -- mówił biedny ojciec do

cisnącej się gromadki, -- doprawdy, wygląda jak porządny człowiek.

-- Kto wie! -- szepnęła matka, -- może Bóg go wreszcie

raczy... -- i ręką opiętą w ciemną rękawiczkę, kreśliła

w powietrzu znak krzyża... ot... matka!

Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze chwilę na dworcu, schował

płachtę do kieszeni i szybko skierował się ku domowi.

Wszedłszy do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaczął

systematycznie zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte składał na ziemi

jedne na drugich, nie zważając, że ramy wpijają się kantami swemi

w płótna i kaleczą, cenne oryginały i dobre kopie skrzętnie przez

ojca zbierane.

Potem przyszła kolej na dywany.

W gabinecie ojca było kilka wschodnich makat, miękich, o wytwornych

gustownych odcieniach. Makaty te Dyńdzio zerwał ze ścian i nie

składając zwalił na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom. Oberwał

je wraz ze strzałami, na których były zawieszone. Jedna ze strzał,

spadając, uderzyła go boleśnie w głowę, lecz on potarł tylko

czuprynę i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i poduszki.

Z tualetki matki porwał dwa kryształowe flakony, weneckie lustro,

z małego saloniku japońskie maski, sztylety i dwa wypchane ibisy. Z

kuchni zwlókł durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar

olbrzymi, mogący pomieścić do czterdziestu filiżanek, worek do

piasku, kawał wosku od podłóg i dwie żelazne dusze. Pomieszał to

wszystko z fajkami ojca, poduszką haftowaną, dziełem rąk sióstr,

z koszykiem do robót matki, gustowną szyfonierką, zerwaną ze ściany

i malowaną paterą na bilety wizytowe.

Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy jeszcze na całą kupę tych

przedmiotów cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie lustro, dwa pufy

fortepianowe, prześliczną lampę, biuścik śmiejącego się dziecka,

świecznik mosiężny żydowski i kilkanaście sztuk srebra stołowego,

usiadł Dyńdzio na tem wszystkiem i pogwizdując oczekiwał zmroku.

* * * * *

Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych posłańców przeniosło na

tragach wszystkie te przedmioty do mieszkania Resi. Tragi

eskortował Kundel, kroczący z dumą i spoglądający z góry na

przechodzących. Wszyscy usuwali mu się z drogi, tylko stary stróż

mruczał, otwierając bramę, lecz przed podniesioną laską panicza

schował się czemprędzej do swej izdebki.

Posłańcy śmieli się, dochodząc do mieszkania żydówki. Znali oni

dobrze Kundla i wiedzieli, że „panicz znów coś ukuł”.

Zapłaceni z góry, wrzucili wszystkie sprzęty do pokoju i życząc

„dobrej nocy” -- odeszli, śmiejąc się bezustannie.

Kundel zabrał się teraz do urządzenia pokoju Resi, która

otworzywszy szeroko oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona

widokiem tylu nieznanych dla niej przedmiotów.

Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła z pomiędzy portyer

poduszki i oszalała z radości, poczęła je ciskać po pokoju.

-- Z puchu! aj, aj!... z puchu! -- wołała, gniotąc je w ręku

i zanurzając twarz w szeleszczącą jedwabiem pościel.

Na widok samowaru chwilę zamilkła, poczem podszedłszy ku niemu,

z szacunkiem przyklękła i twarz swą rozpaloną do chłodnej blachy

przykładać poczęła.

-- Same księżne takiego nie mają! -- szeptała drżącym ze wzruszenia

głosem.

Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych ścianach rozwieszał

obrazy, wbijając z energią przyniesione w kieszeni haki. W braku

młotka posługiwał się marmurowym przyciskiem przedstawiającym

uśpioną Dyanę. W mdłym blasku świecy zamajaczyła „Elegia”

Siemiradzkiego, energiczna „Głowa starca” Kotsisa i zabieliło się

ciało „Najady” Hennera.

Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.

-- Goła! -- wyszeptała, chichocząc się cicho.

Lecz Dyńdzio pracował ciągle.

Portyery wisiały krzywo, zakrywając drzwi wejściowe. Połowa tkaniny

leżała na ziemi, maczając się w strudze wody, płynącej z rozbitego

dzbanka.

Na podłodze Kundel porozrzucał makaty, a rozsypane pod niemi

węgle trzeszczały za każdym krokiem. Stara sofa została nakryta

gobelinem, przedstawiającym Pallas Atenę, a złocone krzesełka

stanęły dokoła stołu pokrytego batystową kapą ściągniętą

z łóżka jednej z siostrzyczek.

Durszlak, patelnię, wałek do ciasta -- Resia poustawiała na

komodzie wraz z flakonami kryształowemi i weneckiem lustrem.

Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza” poszło dla braku miejsca pod

szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera i śliczną

broń gallo-romańską.

Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą

koronką i na ciemnem z brudu prześcieradle rozłożono atlasową

pąsową kołdrę -- jeszcze wyprawną matczyną.

Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, zasiadł z nogami

na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.

-- Masz... coś chciała -- wyrzekł dobywając z kieszeni fajkę

i zapalając ją ze smakiem.

A Resia, leżąc na ziemi, z włosami rozczochranemi, z policzkami

rozpalonemi tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką

samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił

w szaleństwo.

-- Aj! aj!... takie bogactwa!... -- mruczała cmokając.

* * * * *

W trzy tygodnie później, inna odbywała się scena.

Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższem przerażeniem

dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej -- Kundel

od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana

telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych

posłańców odkryła miejsce, w którem mieściły się wyniesione

z mieszkania przedmioty. Również domyślono się, że tam a nie

gdzieindziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego

zuchwalstwa.

Rozpoczęło się parlamentowanie.

Kundel, zaatakowany listem ojca, zagroził w razie użycia środków

represyjnych, strzeleniem sobie w łeb.

Serce rodziców zadygotało, postanowiono obniżyć kamerton i matka

zaproponowała listownie ugodę pokojową.

Kundel odpowiedział zimno i spokojnie, że po głębokim namyśle

przychodzi do przekonania, iż rodzice nigdy nie zechcą go uważać za

dojrzałego mężczyznę, który wie co robi i za każdy swój krok przed

Bogiem i honorem odpowie. Że znudzony bezczynnością, powróciłby

może na łono rodziny, ale tylko w tym razie, jeśli zapewniona mu

zostanie stała miesięczna renta i za zwrócenie zabranych

przedmiotów pewna suma pieniężna.

Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye pokojowe, a w miarę czasu

rosły pretensye i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała po kątach

a ojciec targał wąsy, patrząc na opustoszałe ściany, w których

tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały się porwane liny.

Wreszcie dnia jednego zajechała z hukiem przed dom dorożka

i wysiadł z niej Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. Na samym

wstępie uderzył w głowę stróża, który go zdradził i wyjąwszy

z dorożki „Elegię”, niebieską, szklaną miednicę i potrząsając

włosami, które w przeciągu tych tygodni paru doszły do potwornych

rozmiarów, wyrzekł:

-- Jestem! zrobiłem co mi nakazano. Ponieważ jednak na tem

wszystkiem ucierpiała najwięcej szacunku godna kobieta -- muszę

wynagrodzić jej krzywdę i prawdopodobnie się z nią... ożenię!

A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych temi słowy rodziców,

wyszedł, powłócząc nogami i pakując ręce w kieszenie.

Menazerya ludzka · 第 7 / 23 题