Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego
samego. Dzieci podbudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę
odrzucały sobie wzajemnie, legendy podawane im przez nauczycieli za
fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów nie
istniał już żaden urok naiwnej wiary -- ze śmiechem i drwinami
szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni.
Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne dziecięce usta, które
zda się stworzone były do szeptania modlitwy -- pan Wentzel
siedział przybity, bezsilny -- z głową na piersi zwieszoną.
Codziennie powtarzało się to samo.
Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw,
żartów i śmiechu.
Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając z radości nogami,
Maryan napawał się spokojnym tryumfem i pełen nieopisanej błogości
wydymał usta do niebywałych rozmiarów.
-- Jak tam było z tym Noem? Opowiedz pan, panie Wentzel!
-- Albo z tym Dawidem!
-- A Zuzanna? co?...
Płomienie przebiegły zmysłową twarz Maryana.
-- Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny kawał!...
I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy
śpiew:
„Hopsztynder!.. Madaliński
Fiuta!... Z kopyta!...
Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie
Z Barabaszem mazura!...”
-- Proszę o spokój!... -- jęczy błagalnie pan Wentzel.
„Hej kolęda!... kolęda!...
Podobał się Jewie! jeździ na cholewie
A boso go znać!... znać!... znać!...”
Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie.
„A boso go znać!...”
Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się
w progu.
-- Co się to dzieje? -- pyta pani domu, chuda, płaska
blondynka -- nosząca na schylonych ramionach fałdziste
szaty wdowie.
-- C'est atroce! -- odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki
zniszczonego płaszczyka.
-- Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?!
Pan Wentzel powstał już z krzesła i w milczeniu układa książki
i zeszyty. Czuje, że wszystko, co powie na swoje usprawiedliwienie,
na nic się nie przyda.
W przekonaniu matki -- „dzieci” są trochę rozpuszczone... ale
ostatecznie można na nich lekarstwo znaleźć i do posłuszeństwa
doprowadzić.
Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej sztuki nie mogła, ale...
przecież... pan Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć nakazać
szacunek dla swoich słów i osoby.
Więc -- słodko-kwaśnym głosem mówi to wszystko a słowa jej jak
uderzenia bicza smagają zbolałą głowę nauczyciela.
Tak! tak!... pani ma zapewne racyę -- każdy inny na jego miejscu
poradziłby sobie z pewnością, tylko on! on! nie wie, nie umie
poskromić swych uczniów, nakazać ciszę i potrzebny spokój.
-- Uważasz pan... -- ciągnie dalej pani Szymczyńska a głos jej
płynie łagodnie, jak szmer strumyka -- Julusiek i Maryan są dzieci
wyjątkowe, należy więc z niemi postępować w wyjątkowy sposób.
Tymczasem pan!
Wyjątkowe dzieci z niezrównaną ironią spoglądają na pana Wentzla,
który zmieszany, drżący, spłoniony -- szorując nogami po podłodze,
ustępuje przy stole miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk
ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy, przystępuje do krzesła
z bardzo wojowniczą miną.
Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem ogarnia pełne policzki
Maryana i żółtą głowę Juluśka, który zdecydował się wreszcie
zsunąć ze stołu i usiąść na poręczy krzesła.
-- Tak! tak! wyjątkowe dzieci! -- powtarza machinalnie a po
bladych jej ustach przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej
próżności.
Pan Wentzel pochyla pokornie głowę i odwróciwszy się, drżącemi
rękami szuka w pudełku zastępującem mu szafę, czystej chustki
i swej wytartej portmonetki. Pudełko to stoi pod jego łóżkiem,
biednem, smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika, narzuconem dla
decorum szafirową kapą, stanowiącą własność pani domu, którą
skromny kocyk biednego chłopca raził i harmonię przyzwoitego
umeblowania dziecinnego pokoju psuł zupełnie.
W pudełku, pan Wentzel -- nie znajduje chustki, ale za to
wydostaje zdechłą mysz, uczepioną przy zameczku portmonetki,
w której kilka miedziaków się kołacze. Jest to sprawka
„wyjątkowych” dzieci, które duszą się ze śmiechu na widok
bladości, pokrywającej nagle twarz pana Wentzla.
Wiedzą o tem, że p. Wentzel boi się konwulsyjnie myszy i udanie się
rozkosznego figla -- uczuciem błogości napełnia ich serduszka.
Lecz siedząca przy stole francuzka marszczy brwi i groźnie
podniósłszy rękę do góry, woła ochrypłym głosem:
-- Attention, sales gamins! ou je vais vous ficher des claques!
Chłopcy milkną i kołyszą się na krzesłach z mniejszym niż zwykle
zapałem. Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech w stronę
francuzki, która prześlicznym żargonem z Montmartre -- rozpoczyna
wykład greckiej mitologii.
I powoli fałdzista suknia matki -- wdowy znika we drzwiach, z po za
których dolatuje wystukiwane na fortepianie jakieś „Réverie”
Aschera.
Pan Wentzel tymczasem szamocze się ze zdechłą myszą, starając się
odczepić ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie, wyraz wstrętu
maluje się w jego smutnych, wielkich oczach.
Trwa to długą chwilę -- dzieci ciągle z pod oka obserwują
nauczyciela, tryumfując wewnętrznie.
Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie jest w stanie.
-- To ci pan Wentzel zdeseniał!... -- woła, podrywając się na
krześle.
-- Jak karaluch w tataraku!... -- dorzuca śpiewająco Maryan.
Lecz francuzka uderzeniem pięści w stół, przerywa wybuchy radości
miłych chłopczyków.
-- Taisez vous tas des salauds! -- I nagle, sięgając do bocznej
kieszeni sukni, wydobywa dość duży rewolwer, którego otwory
pozaklejane są umiejętnie kulkami z chleba.
-- Na! -- mówi, kładąc rewolwer na stole -- j'espère, que vous
allez vous tenir tranquilles... autrement -- je tire!...
I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej ciszy ze strony obu chłopców,
po których twarzach przemknął nawet cień szacunku.
Pan Wentzel tymczasem uporał się z myszą i wziąwszy ze stolika
wytarty i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia. Z rodzajem
zazdrości spojrzał na zniszczoną twarz francuzki i na leżący na
stole rewolwer.
Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar wpływania dodatnio na
te... wyjątkowe dzieci -- on, jeden tylko nie, on jeden!...
Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za klamkę i wysunął się
z pokoju.
-- Junon dévorée par la jalousie, épiait Jupiter... -- mówiła
francuzka, wykrzywiając przytem swą twarz nakształt maski
klowna -- et Jupiter aimait Jo... -- ochrypłym głosem.
Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością
bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech
a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę.
Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami migające po suficie
słoneczne plamy i usiłował zwinąć język w łuk, zwany „klops”.
Tylko Maryan, zasłuchany w słowa francuzki, ślizgał się wzrokiem
po jej piersi rysującej się dość wyraźnie pod opiętym stanikiem.
Patrzył, oczy mrużył i usta wydymał...
* * * * *
-- Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko o krótką chwilkę!...
I Ewelinka, powstawszy od fortepianu, potrząsnęła głową ubraną
w całe pęki loków.
-- Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz czasu... a ja tu sama tak
siedzę!...
Ostatnie słowa podkreśliła znacząco powłóczystem spojrzeniem.
Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej,
niż na widok myszy.
O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie „marzy” w salonie
i fortepian... „gniecie”, jak mówił Julusiek -- byłby z pewnością
umknął przez kuchnię, choć i tam kucharka witała go niedwuznacznem
mruczeniem i dowodzeniem, że „rosół się jej utrzęsie w garnku,
skoro choroba pana Wentzla _bez_ kuchnię niesie”...
Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już narazić się na gniew kucharki,
niż poddać się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki, dopełniającej
w ten sposób pensyjnej edukacyi i probującej siły swych wdzięków na
nieszczęsnym nauczycielu swych braci.
-- Zagram panu Aschera... -- wyrzekła, sznurując dość duże
usta -- przewracaj mi pan kartki...
Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować z nogi na nogę.
-- Chcę iść... na pocztę -- wyjąkał cichym głosem.
-- Poczta nie ucieknie -- szeptała panna, przechylając się w łuk,
dla uwydatnienia wypukłości bioder -- a wreszcie, ja proszę!...
Ostatniemu słowu towarzyszyło znów wymowne spojrzenie.
W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło gwałtownie, krew uderzyła
mu do głowy i czerwonym płomieniem oczy zasłoniła.
Ewelinka uśmiechała się zadowolona. Chciała doświadczyć czy
„powłóczyste” spojrzenie „działa” i przekonała się, że
istotnie jest to dobry lep i niekosztujący zbyt wiele zachodu.
Lecz podbudzona w swych doświadczeniach kokieteryjnych, pragnie
dalej prowadzić rozpoczęte dzieło.
-- Pan mnie unika, panie Wentzel -- zaczyna znowu, grając dość
fałszywie „nokturno” -- pan mnie unika, o! ja to czuję!...
Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi jak słup soli, zaciskając
konwulsyjnie pięści. W gardle czuje dławienie, usta mu drżą
nerwowo.
Tymczasem dziewczyna przechyla głowę i mrużąc lekko oczy, wpatruje
się w swą ofiarę.
-- Pan odemnie ucieka, a ja cierpię!...
„Nokturn” rozpływa się w przyciszonym akordzie. Ewelinka
z wdziękiem opiera głowę o pulpit i pozostaje w tej pozie chwil
kilka, żałując, że nie może widzieć samej siebie i ocenić w całej
malowniczości sytuacyę, w której się znajduje.
Pan Wentzel tymczasem mieni się na twarzy wszystkiemi kolorami
tęczy.
Boże mój! ona... przez niego cierpi, a on stoi jak wkuty w dywan,
nie mając siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!...
Ewelinka obserwuje go z pod oka.
Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą na chudej twarzy chłopaka.
Cierpi! mężczyzna cierpi z jej powodu!
O radości!
Nie wie jednak jak wybrnąć z tej sytuacyi. Czy, podawszy rękę,
zmusić go do uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne zjawisko”,
pozostawiając po sobie „szmer jedwabnej szaty”...
Wybiera to drugie, odkładając tryumf zupełny na później i zerwawszy
się z wdziękiem z taburetu, przebiega salon z szelestem świeżych
spódniczek a odwróciwszy się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi
dwa słowa:
-- Do wieczora!...
Lecz scena ta ma świadka w osobie matki-wdowy, która suwa się jak
cień po całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie swych
obowiązków.
Przed wrytym w ziemię Wentzlem zjawia się teraz nagle surowa,
sztywna, pełna godności.
-- Co pan tu robisz, panie Wentzel? -- pyta majestatycznie --
proszę się nie zapominać! nie za-po-mi-nać!....
I odwraca się, jakby z jednej sztuki wykuta, owijając nogi
nieszczęsnego nauczyciela w fałdy swej długiej szaty.
Pan Wentzel skłania się nizko i cofa się tyłem w stronę
przedpokoju. Otwierając drzwi, słyszy brzęk szkła i odwróciwszy
się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą szczotką
pogruchotane kinkiety.
-- Wszystko przez pana -- mruczy pokojówka -- szarpnąłeś pan
drzwiami, że się we mnie wszystko zatrzęsło...
Pan Wentzel na palcach sunie przez przedpokój.
-- Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo milczkiem lezie...
Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących na schody podnosi zasuwkę
i ujmuje klamkę.
Justysia oparta na szczotce, patrzy z pogardą na jego wytarty
surducik i wązkie ramiona.
-- To ci mężczyzna! -- szepcze, pociągając nosem. -- Ni do Boga ni
do ludzi...
Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać po schodach.
Tymczasem w pokoju Ewelinki cicho odbywa się scena. Pani
Szymczyńska uznaje za stosowne przestrzedz córkę przed
niebezpieczeństwem, na jakie się naraża, pozostając sam na sam
z mężczyzną.
Lecz Ewelinka smaruje sobie nos kremem Simona i pogardliwie wzrusza
ramionami.
-- Z jakim mężczyzną mnie widziałaś? -- pyta, odymając usta.
-- Z panem Wentzlem!...
-- A!...
-- No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś z nim przed chwilą...
w salonie -- mówi, jąkając się matka, której zimna krew Ewelinki
i jej wzgardliwe miny prawie od chwili urodzenia córki imponują
i pewność siebie odbierają.
Ewelinka teraz pudrem Simona bieli się na potęgę.
-- Byłam... -- odpowiada wreszcie -- byłam, ale taki p. Wentzel
przecież się nie liczy...
-- Przecież jest mężczyzną...
Ewelinka spojrzała na matkę z litością.
-- Mężczyzną?... to nędzna imitacya -- nie żaden mężczyzna!...
I poszła odwijać z cienkich obsłonek mydło Simona, mające własność
„udelikatnienia naskórka”.
* * * * *
„I ftobie jednym czała nasza nadzieja, synu najmilszy, com cię
własnemi piersiami wy karmiła i sboleniem sercowem wyhodowała”...
Pan Wentzel rękę przesunął po oczach, bo jakaś mgła wilgotna
źrenice mu przysłaniać poczęła. Ten kawałek grubego, ordynarnego
papieru, zakreślony krzywem i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę
na kawałki.
Odebrał przed chwilą z poczty ten list od matki, ubogiej
sklepikarki w małej podgórskiej mieścinie, gdzie i on spędził swe
dziecinne lata. Gdy listy przychodziły dawniej do domu pani
Szymczyńskiej -- „wyjątkowe” dzieci na dobrze bawiły się
„koszlonami”, z jakich złożony był adres.
Od pewnego więc czasu pan Wentzel odbiera listy matki z biura
pocztowego i siada w małym ogródku, otaczającym gmach pocztowy, dla
odczytania i odcyfrowania hieroglifów, z jakich się zwykle listy te
składają.
I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż pod krzakiem bzu, który
dopiero pączki wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych drzewek
wznosi swe bezlistne gałęzie, pies jakiś błąka się po trawnikach,
grzebiąc łapami w czarnej ziemi, poprzecinanej wązkiemi paskami
zieloności.
W powietrzu unosi się ciepła wilgoć, która piersi smutkiem tłoczy
i moc wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz jeszcze powoli list
przeczytał, poczem pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł.
W nim jednym cała nadzieja!
Cała nadzieja tych dwojga starców zgiętych od pracy, nędzy
i smutku! Jak w tęczę, tak patrzą w niego ci rodzice, którzy,
odmawiając sobie kawałka mięsa, chwili spoczynku -- do szkół go
wysłali i teraz czekają plonów z tej mozolnej, ciężkiej pracy.
On wie, on to czuje, że jemu ustawać w pracy niewolno, że wszystko,
co znosi w domu pani Szymczyńskiej nadal znosić powinien, bo kąt,
w którym stoi łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka strawy,
która mu nieraz przez ściśnięte gardło przejść nie może -- trzyma
go przy życiu -- jego i tamtych dwoje!...
I widzi ich w czarnej jamie sklepika pomiędzy workami kartofli,
beczką nafty, pękami drzazg, widzi ich schylone postacie, słyszy
kaszel ojca, stękanie matki; woń stęchlizny i wilgoci owiewa do
koła...
Biedni! biedni starzy!...
Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż te upokorzenia, te tortury,
które codziennie z Julusiem i Maryanem przebywa, te noce spędzane
bezsennie nad książką, te ranki, wśród których znużone ciało domaga
się chwilki snu, te zaparcia się wszelkich uciech młodości,
uśmiechów, swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć daje?
Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy tak siedzi nędzny i blady,
w jasnych promieniach wiosennego słońca. Twarz ma żółtawą
z zielonawym, prawie trupim na skroniach odcieniem, piersi wklęsłe,
plecy wypukłe, nogi wychudłe.
Jest brzydki, nędzny, śmieszny -- wie o tem, czuje to i jest bardzo
nieszczęśliwym.
A jeszcze w dodatku serce mu bije gwałtownie i coś się przed nim
majaczy, jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord „nokturna”
zasłyszanego przed chwilą...
Wszystko to gnębi go i dręczy nad wyraz.
Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić tylu wrażeń, które razem
z ciepłą wonią wiosenną do jego piersi się cisną.
Coś go dławi w gardle, oddech mu tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona
istnieć powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!...
Pies, plączący się po trawniku, zbliżył się teraz do ławki i przed
nogami Wentzla przesuwać się począł.
Był tak jak i Wentzel nędzny, wychudły i oddychał ciężko.
Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem i brudne jego kudły
delikatnie gładzić począł.
Bezdomne zwierzę oparło łeb o kolana człowieka, wpatrzyło się
w bladą twarz, pochyloną nad niem i nagle, przeciągle zawyło.
Wówczas z ciemnych, smutnych oczów pana Wentzla stoczyły się dwie,
wielkie łzy...
* * * * *
Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu wraz ze swoim nauczycielem,
kilkanaście osób na wzór manekinów zapełniało fotele i kozetki. Był
to jour fixe i pani Szymczyńska uważałaby sobie za straszne
uchybienie, gdyby przynajmniej ze sześć brzydkich, jak noc, panien,
takaż ilość wychudłych mężczyzn i odpowiednia liczba mam, nie
wynudziła się wśród ścian jej salonu.
Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych uczniów, drżąc na myśl
wystawienia na światło licznych kandelabrów, wyplamionego tużurka
i gumowych kołnierzyków.
Była to dla niego najcięższa chwila w całym tygodniu.
Zwykle Maryan i Julusiek, ukłoniwszy się gościom, zwracali się
z dowcipnemi uwagami w stronę swego kozła ofiarnego.
Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej zmieszany niż zwykle.
List matki, poranne przejście z panią domu a wreszcie scena
z Ewelinką -- odbierały mu resztę przytomności.
Ewelinka w gronie panien rozpoczęła właśnie zajmującą rozmowę
o emancypacyi kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem nowym gruncie, bo
na darwinowskiej przemianie gatunków. Ewelinka lubiła popisywać się
ze swą „głęboką wiedzą”, nie zaniedbując przytem powłóczystych
spojrzeń.
Wypróbowała je rano na panu Wentzlu, była więc pewną swego i gradem
ognistych spojrzeń obsypywała młodziuchnego blondynka, który jak
wiśnia rumienił się i obrywał guziki u rękawiczek. Pan Wentzel,
wciśnięty w kąt, stał, opierając się plecami o ścianę.
Po nad nim, płonęły świece kinkietu i oblewały go złotawym blaskiem
i kroplami stearyny. Maryan zajął jedno z lepszych miejsc, tuż obok
dobrze wydekoltowanej mężatki i włożywszy ręce w kieszenie, patrzył
i usta wydymał.
Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem Wentzlem.
-- Cóż pan tak tkwi koło ściany? -- Niemoże pan usiąść?...
Pan Wentzel obejrzał się za fotelem, czując, że parę osób zwraca na
niego uwagę.
W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel obrzucony makatą.
Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie.
Julusiek wzruszył ramionami.
-- Na fotelu? -- zaskrzeczał, podskakując na jednej nodze -- jak
jaki obywatel?... niemożesz pan na krześle?...
Osoby siedzące bliżej zaczęły się uśmiechać.
Julusiek uczuł, że odnosi sukces i podniósł głowę z prawdziwym
tryumfem.
Pan Wentzel zacisnął usta i nie śmiał oczów oderwać od ziemi.
Wniesiono herbatę.
Julusiek porwał z tacy filiżankę i zbliżył się z nią do
nauczyciela.
-- Napij się pan herbaty! -- mówił, pakując się na kolana
Wentzlowi -- wyglądasz pan jak śmierć angielska... pij pan...
I potrącił filiżankę, wylewając gorący płyn na ręce i tużurek
Wentzla.
-- Potem powiedzą, żeś się pan u nas zagłodził... -- dodał,
wykrzywiając się jak stary pajac.
Pan Wentzel ujął filiżankę i oglądał się za łyżeczką.
-- Czego pan szuka?...
-- Łyżeczki!
-- A to po co?
-- Zamieszać!
-- A niemożesz pan palcem?...
I zlazłszy z kolan nauczyciela, „wyjątkowe” dziecię zmieszało się
z tłumem gości, depcząc po jedwabnych trenach dam i lakierkach
mężczyzn.
Pan Wentzel pozostał w swoim kąciku z filiżanką herbaty w ręku.
Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała swą pełną szyję
w oświetleniu płynącem z góry. Jej obnażone ramiona, fałda ciała na
karku, fałda pełna tajemniczego cienia, mieszała pana Wentzla
i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny i chudy lękał się dobrze
rozwiniętego kobiecego ciała.
Zapach, wydzielający się z sukien brunetki, odurzał go do reszty.
Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę nosowy, jej śmiech nerwowy,
nadto dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu serce.
Uczuł się blizkim zemdlenia.
Nagle, z tego pół snu zbudził go skrzeczący głos Juluśka.
-- Czyś się pan kiedy kochał?
To wyjątkowe chłopię w ten sposób interpelowało rumianego
blondynka, siedzącego obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy ucichły.
Julusiek miał własność śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano
więc na coś bardzo dowcipnego.
Malec uczuł się panem sytuacyi.
Potrząsnął żółtą czupryną i rozstawił szeroko nogi.
-- No! powiedz pan, czyś już się kochał?...
-- Nie... -- wybąknął blondynek -- jestem jeszcze zamłody...
Julusiek szeroko otworzył oczy.
-- Phi!... -- skrzeknął -- a pan Wentzel młodszy od pana a już się
kocha...
Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku nauczycielowi, który otworzył
usta, jakby chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu zabrakło.
-- Jabym panu powiedział w kim -- ciągnął dalej Julusiek -- ale
uprzedzam pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą, bo ja prawdę
powiem! O! Jewelinka i pan Wentzel, to się mają ku sobie...
Purpurą oblała się twarz Ewelinki.
-- Panie Wentzel! -- zawołała, drżąc cała ze złości -- proszę Julka
wyprowadzić i zamknąć się z nim w dziecinnym pokoju...
Pan Wentzel podniósł się, czepiając poręczy fotela.
Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał jak pijany.
Chciał podejść do Juluśka, lecz malec szedł już ku drzwiom, dumny,
zadowolony z uczynionego wrażenia, mrucząc ciągle:
-- A co? Niemówiłem, że gdy powiem prawdę, to mnie za drzwi
wyrzucą?!
* * * * *
W dziecinnym pokoju pali się niewielka lampa, przysłonięta zielonym
abażurem. Julusiek i Maryan zdaje się śpią spokojnie w swych
łóżkach, ponakrywani stosem kołder i kołderek.
Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc pod krzesło nogi
w zaplamionych atramentem skarpetkach. Przed nim leżą nożyczki, gruba
igła, motek nici i kilka guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania
swej codziennej kurtki i jakoś mu idzie niesporo. Kłuje się
w palce, ściegi daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar sprawić
sobie nową kurtkę na wiosnę, ale namyślił się -- zrobi inaczej.
Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka pisała, że sklepik nic
nie przynosi, ojciec coraz słabszy...
Pan Wentzel matce odpisał, guldeny w list włożył i teraz, szyjąc,
spogląda z rozrzewnieniem na kopertę, która za dni parę
w zczerniałych od pracy rękach matki będzie.
I wśród tej ciszy nocnej, w wyobraźni swej widzi pomarszczoną twarz
ojca, wybladłe lica matki, którzy z radością nad listem się pochylą
i sylabizować literę po literze będą.
Biedni! biedni starzy!...
Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna. Na chwilę zapomina o swej
nędzy, ciesząc się, że radość innym sprawia.
Nagle, jakby na komendę, z dziecinnych łóżek podnoszą się dwie
rozczochrane głowy i rozlega się wrzask, od którego pan Wentzel
drżeć i blednąć poczyna.
„Hopsatynder Madaliński
Fiuta! z kopyta.
Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie
Z Barabaszem mazura!
Ej kolęda!... kolęda!...”