III.

=Kozioł ofiarny.=

Pan Wentzel zmarszczył brwi i położył kanciastą linię obok siebie.

-- Proszę o spokój! -- wyrzekł ochrypłym głosem.

-- Oko brandeburskie! -- odpowiedział natychmiast Julusiek.

-- Z perską źrenicą! -- dorzucił Maryan, pakując ręce w kieszenie

od spodni.

Pan Wentzel podniósł swą spiczastą głowę, pokrytą najeżonym włosem

i spojrzał na porozkładane na krzesłach dzieci.

-- Proszę o spokój! -- powtórzył a wargi wybladłych ust drżały mu

jak w febrze.

-- Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła z lewej strony

twarz -- zawołał Julusiek, mrużąc powieki.

-- To od tych papierosów, które pokryjemu pali a nam nawet

zaciągnąć się nie da -- odparł flegmatycznie Maryan, obserwując

z ironią wychudłe policzki nauczyciela.

Panu Wentzlowi krew uderzyła do głowy.

-- Nie palę papierosów -- wyrzekł energicznie -- nie wmawiajcie we

mnie złych czynów, które sami spełniacie.

Julusiek wzruszył ramionami. Maryan wpakował ręce jeszcze głębiej

w kieszenie.

-- Nie palisz pan? -- zapytał, wydymając czerwone i pełne

policzki -- phi!... to taka prawda, jak to, że pan atramentem

dziur w butach sobie nie czernisz... Zaprzecz pan temu!

-- Zaprzecz pan temu! -- zaskrzeczał jak mały psiak Julusiek

i w ekstazie tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem Maryan wciąż

kołysał się na krześle, patrząc z pod oka na nauczyciela.

Pan Wentzel był przybity.

Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj, smarował rano bielące się

wśród czarnej skóry butów skarpetki... smarował atramentem, aby nie

przeświecały zanadto, gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.

Milcząc, ujął w rękę jedną z ciemno oprawnych książek, których

stosy leżały na stole.

-- Zacznijmy wykłady od „Historyi świętej” -- wyrzekł cichym

głosem.

Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym tryumfem i cały wlazł na

stół, strącając zabłoconemi nogami książki i zeszyty na ziemię.

-- Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś pan w atramencie

i smarowałeś pan buty...

Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.

-- Proszę zleźć ze stołu i usiąść przyzwoicie, inaczej przerwę

lekcyę...

-- Wielka będzie szkoda... -- mruknął Maryan.

Julusiek odsunął się trochę i podwinął nogi pod siebie.

-- Jedź pan -- wyrzekł -- mnie to nie przeszkadza, ja i tak mogę

pańskiego bajdurzenia słuchać.

Pan Wentzel otworzył książkę i powoli zaczął przewracać kartki

ozdobione rycinami.

-- Skończyliśmy na Samsonie i ucięciu włosów -- zaczął połykając

ślinę -- wiecie, że uczyniła to Dalila i...

Na twarzach chłopców pojawił się dziwny wyraz.

-- Musiała to być szykowna kobieta -- mruknął Julusiek, uśmiechając

się rozkosznie. -- Prawda, Maryan?

Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu Wentzlowi i patrząc wprost na

twarz nauczyciela zapytał:

-- Jak pan sądzi? brunetka była? co?...

-- Nie wiem! -- odparł nauczyciel.

-- Daj pokój, Maryanie! -- wrzasnął Julusiek -- albo on się zna na

tem.

-- Hm!... -- odrzekł Maryan -- jest przecież mężczyzną.

-- E! taki tam! -- Boże się zmiłuj!....

Pan Wentzel zerwał się z miejsca.

-- Cicho! -- krzyknął, uderzając książką o stół -- cicho!... bo....

Głos mu uwiązł w gardle.

Maryan i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko.

Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie

rozwiniętych dzieci że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną

energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego

ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność

i milknął, połykając łzy i upokorzenie.

Tych dwóch malców w kraciastych kurtkach, nie dorastających mu do

pasa, tyranizowało go i kark mu do ziemi chyliło.

Cóż począć miał?

Podszedł do okna i machinalnie otworzył lufcik. Świeże, wiosenne

powietrze wpłynęło nagle do pokoju...

Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle upojony.

Przymknął oczy i stał tak blady, nędzny w smudze świetlanej, która

kładła żółte i białe tony na twarz jego znędzniałą.

-- Moźebyś pan kończył lekcyę!... -- odezwał się nagle Maryan,

znudzony milczeniem nauczyciela.

-- To się wie -- dorzucił Julusiek -- pan zbijasz bąki jak jaki

radca. Nic pan w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko spuchnie!

Pan Wentzel powoli odwrócił się i zbliżył do stołu. Na twarzy jego

malowała się smutna rezygnacya. Usiadł na krześle i unikając

spojrzenia w twarze chłopców, rozpoczął wykład:

-- Wiecie, że Samson był bardzo silny, wiecie, że gdy oparł się

o kolumny świątyni, ramionami wstrząsnął, kolumny w gruzy się

rozsypały i dach cały runął....

-- Albo to prawda -- przerwał Julusiek, uśmiechając się

sceptycznie.

Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu ramionami.

Pan Wentzel ciągnął dalej:

-- Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób

więc nieprzyjaciele Samsona...

-- E! to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... -- przerwał

znów Julusiek.

-- Pokonani zostali... -- brzmiał głos nauczyciela.

Teraz Maryan poruszył się na krześle.

-- A Adam ogryzkiem się udławił.... -- wyrzekł śpiewającym głosem.

Menazerya ludzka · 第 5 / 23 题