Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem dokoła.
Tak mają mało spójni moralnej, że wszystkie jej wysiłki pozostają
bez skutku. Wreszcie on wstaje, ociera starannie wąsy i raz jeszcze
podchodzi do lustra.
Ona wie dobrze, co to znaczy.
Za chwilę koteczek wyjdzie a ona, ona, zostanie sama! na cały
wieczór, na długi, smutny wieczór!
Zapewne -- jest do tego przyzwyczajona. Ale dziś szczególnie jej
smutno. Wszak to dziś rocznica ich ślubu...
On o tem zapomniał zupełnie...
Lecz ona niezapomniała i chce mu to powiedzieć, wszak dzień taki to
prawie uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz i elegancką
laseczkę, teraz naciąga rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża
się ku niemu, przełykając z trudnością ślinę.
-- Wychodzisz -- pyta, patrząc mu błagalnie w oczy, jak pies świeżo
obity.
-- Naturalnie!...
Ona przestępuje z nogi na nogę, ręce jej machinalnie wyciągają
bryty szlafroka.
-- Zostań w domu! -- prosi cichutko.
On odwraca ze zdziwieniem głowę:
-- Poco?
Tem jednem pytaniem przybija ją do miejsca.
Tak! -- prawda! -- poco?
Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna, ma siedzieć w tych trzech
klatkach, których okna wychodzą na odludną ulicę...
Ona -- ach! ona to co innego!
Pragnie go jednak zatrzymać choćby chwilkę jeszcze.
-- A... co chcesz jutro na obiad? -- pyta śpiesznie, wciskając
głowę pomiędzy ramiona.
-- A!... co chcesz, byle tanie -- odpowiada koteczek, otwierając
drzwi do przedpokoju -- najlepiej barszczyk, bo może późno wrócę...
Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi na środku pokoju, smutna,
zgnębiona -- ujawniając w ostatnich blaskach zachodzącego słońca
swą nędzę opuszczonej i oszukiwanej kobiety.
Nagle -- porywa się i biegnie do okna.
On -- będzie przechodził przez dziedziniec, zobaczy go jeszcze,
może się uśmiechnie do niej, głowę odwróci...
-- Nie!
Przeszedł przez dziedziniec, pewnym i śmiałym krokiem, wywijając
laseczką i pogwizdując lekko.
Dwie dziewczyny stojące koło pompy, obejrzały się za nim ze
znaczącym uśmiechem. Zniknął w ciemnej bramie, nie myśląc wcale
o tem, że na drugiem piętrze z po za białych, pocerowanych firanek
śledzą go oczy pełne łez i miłości, biedne oczy schorowanej kobiety
a zżółkłe i spieczone usta, szepczą z dumą i niewysłowionem
uczuciem:
-- Koteczek! koteczek!
* * * * *
Siedziała tak w oknie z pół godziny. Była to jedyna chwila dnia,
w której oddawała się próżnowaniu.
Wciągała zgniłe powietrze podwórka pełnemi piersiami i wpatrywała
się w szmat nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy szczytami
dachów.
W trakcie robiła myślą rachunek wydatków dnia całego i układała
budżet na dzień następny.
A wszystkie jej myśli kręciły się tylko około jednego punktu.
Punktem tym był naturalnie... koteczek.
Od pierwszej chwili poznania, rosły ten blondyn zaimponował jej
i oczarował jej dziewiczą istotę.
Gdy się oświadczył o nią a właściwie o jej skromny posażek, nie
mogła szczęściu swemu dać wiary.
Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła na niego tym pokornym,
błagającym wzrokiem jak pies, którego po raz pierwszy na łańcuchu
prowadzą.
Oddała mu się z pokorą i wdzięcznością, kryjąc rumieniec w dłoniach
i szepcząc. „Kto się w opiekę”.
On -- wspaniale, jak dobry książę z bajki, przyjął klejnot jej
dziewictwa i pięć tysięcy rubli, które jako sierota złożone miała
w kasie oszczędności.
Od tej chwili Józia o pieniądzach tych nie wiedziała nic.
Należały do niego, rozporządzał niemi według upodobania.
Ona, welon oblubienicy zamieniła na fartuch ceratowy i rozpoczęła
swą domową krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz więcej z domu --
wracał późno w noc, często podpity, włócząc na drugi dzień po
kątach mieszkania ten „Katzenjammer”, w zamiejskich knajpach
nabyty. Ona -- kochała go ciągle, tem psiem przywiązaniem kobiety,
dla której pierwszy mężczyzna chwytający ją w objęcia jest zarazem
jedynym przedmiotem uwielbienia.
Koteczek nie miał błędów, koteczek był najlepszym, najmilszym,
najpiękniejszym... Dzień, w którym koteczek kładł nowy garnitur,
był dniem prawdziwego święta.
Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała go w kółko, patrząc na
niego z podziwem. Jakże piękny! jak zgrabny był jej koteczek! Ona
sama, mój Boże!... ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle co na
siebie włożyć. Zresztą, nigdzie przecież nie wychodziła
z koteczkiem nigdy -- gdzież znowu!... Zawsze jej coś do stroju
brakowało. To kapelusza, to bucika, to znów rękawiczki. I tak dzień
za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu, ani zdrowia. Ciągle
stękała, chorując już od lat czterech, zaraz po urodzeniu nieżywej
dziewczynki. Doktór mówił, że to anemia, ale ona nawet w części nie
powiedziała doktorowi, co i gdzie ją boli. Poco? -- lekarstwa
drogie a ledwo koniec z końcem ściągnąć można...
Wprawdzie koteczek jest niewybredny, je, co mu podadzą -- nawet ją
samą do oszczędności zachęca.
Ona nieraz dziwi się, jak mało jada w domu ten rosły, wielki
mężczyzna i frasuje się, że widocznie jadło mu nie smakuje.
Mój Boże! robi co można przecież. Ona i sługa jadają
„plecówkę”, dla koteczka bierze się na rosół pierwsza
krzyżowa, masło także kupuje dla niego osobno...
Mimo to, on je tak mało!
Byleby nie zachorował z tego braku apetytu... jutro trzeba upiec
parę kurczątek i zrobić trochę sałaty...
Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia ma jeszcze dwa
pierścioneczki z pozostałych po rodzicach drobiazgów.
Zastawi je u znajomej fanciarki i dociągnie w ten sposób do końca
miesiąca.
Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi spoczywa u tej fanciarki!...
i srebrne łyżeczki, i bransoletki po matce, i medalion z perełką,
ba, nawet medal od chrztu i srebrna maluchna portmonetka, złoty
zegarek! łańcuszek! wszystko! Wszystko wyniosła tak wieczorami,
gdyż mąż wyszedł z domu „przejść się trochę” -- jak mówił,
a wracał późno w noc, gwiżdżąc i śpiewając jakieś nieznane Józi
piosenki.
Z początku przykro jej było rozstawać się z temi drobiazgami,
później oswoiła się z tą myślą.
-- Wszak to dla... koteczka.
Kochała go bardzo, bardzo, miłością schorowanej i zamkniętej
w domu kobiety. Gdy słyszała jego kroki na schodach, serce jej biło
bardzo silnie -- w nocy, nie kładła się nigdy, dopóki nie wrócił.
Rozbierała się wprawdzie, ale bosa i w koszuli siedziała na oknie,
patrząc w ciemną jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej się
z ciemności eleganckiej postaci męża. Gdy nie powracał długo,
z najwyższym niepokojem śledziła godziny i przyciskając ręce do
piersi, szeptała:
-- Boże mój! niech on już wróci!...
Zdawaćby się mogło, że to namiętna kochanka oczekuje swego
wybranego na pierwszą schadzkę miłosną -- a jednak!... jakże
dalekie od namiętności było uczucie kładące w spieczone od gorączki
wargi tej kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.
-- Niech... koteczek wróci!...
A przecież ten powrót koteczka nie dawał jej żadnej pieszczoty
miłosnej, żadnej chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk prawie
z piersi kobiety wydziera.
Koteczek wchodził wolno, systematycznie, nakręcał zegarek, zapalał
papierosa, zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi pokoiku,
wyciągał z krawata elegancką szpilkę i chował ją w étui.
Wszystko to robił z właściwą sobie gracyą, nie spojrzawszy nawet na
żonę, która z po za przymkniętych powiek śledziła jego czynności,
cała w ciągłem wyczekiwaniu jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego
spojrzenia ze strony męża. Nic -- nic!
Koteczek zasypiał, uśmiechając się do wrażeń w ciągu wieczora
otrzymanych, do jakichś wspomnień... na myśl których -- przeciągał
się rozkosznie.
Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.
Słabe światełko lampki płonącej przed Matką Boską oświecało
w zupełności różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz ust, tęgą
szyję wychylającą się z pod ukraińskich haftów nocnej koszuli.
Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie o niej, nie o jej uległości
i zżółkłej twarzy myśli w tej chwili ten człowiek.
Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała w jego „małżeńską
uczciwość”, że myśl zdrady nie postała nigdy w jej głowie.
Myśli pewnie o gratyfikacyi a może... może o niej!
Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:
-- Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie dla ciebie? -- Biedny!
drogi koteczek!...
Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!
I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć, drętwiejąc w jednej
pozycyi, aby nie zbudzić koteczka, który w tej chwili uśmiechał się
tak, jak tylko nasyceni mężczyźni uśmiechać się umieją.
* * * * *
Kareta ruszyła wreszcie z miejsca.
Lecz pani Lena była dnia tego w złym humorze.
Napróżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował
umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z pąsowego tiulu, istne
pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Napróżno, zdjąwszy
jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki
powozu, napróżno chwalił jej nowy dolman, na który wyszło z pięćset
łokci koronki, ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami
ściągniętemi, z twarzą gniewnie wykrzywioną.
-- Dlaczego tak późno przyjechałeś? -- zapytała wreszcie, zwracając
się twarzą do swego towarzysza.
-- Nie mogłem! wierz mi! -- tłomaczył się mężczyzna.
-- Dlaczego?
-- Bo!... bo!... mieliśmy gości!... -- odparł, udając nonszalancyę
i oglądając sobie paznogcie.
Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała się na tem.
-- Kto był? -- nalegała już trochę udobruchana -- kobiety?
-- O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy z córką -- wiesz... ta
hrabina!
Ona potwierdziła śpiesznie.
-- Tak! tak! mówiłeś mi już o niej, a z mężczyzn?
-- Zwykli goście czwartkowi.
-- Więc to jour fixe?
-- Tak!... five o clook thea.
Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś ze sceny, w teatrze --
który zapamiętał i używał w razie potrzeby, co nigdy nie chybiało
efektu. I teraz dosięgnął celu.
Kobieta siedząca obok niego zdawała się na chwilę przybita
posłyszanem słowem.
Lecz prędko odzyskała równowagę.
-- Nie wiem czy to wygodne -- wyrzekła -- wolę już urządzać
„receptions matinales”...
Spojrzała na niego tryumfująco.
On wzruszył ramionami.
-- Zapewne, lecz już cały dzień jest zderanżowany...
Pochylił się teraz po nad podbitą już kobietą.
-- No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie? -- szeptał miękim
głosem -- wierz mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać
twego koteczka, wierzysz mi? no... Leno!...
I objął ją ostrożnie, cofając się w tył, gdyż kareta skręcała
w ciaśniejszą ulicę a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.
Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową. Dobrze! -- przebacza mu,
ale pod warunkiem, że to będzie raz ostatni... zapewne nie wie, że
i ona ma obowiązki światowe, które trzymają ją poniekąd na uwięzi;
jeśli on ma żonę prowadzącą dom otwarty, ona -- nawzajem ma męża,
który od niej pewnych ustępstw światowych wymaga, a przecież...
On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony tak blizką obecnością
tej kobiety, której pełny gors i błyszczące oczy działają na niego,
jak rozpalający trunek -- ostrożnie, delikatnie, szuka jej ręki
w całych falach koronek i rękę tę znalazłszy całuje długo,
wysysając paluszki o krogulczo zagiętych paznogciach...
Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta przyzwyczajona do
podobnego rodzaju objawów powstrzymywanej namiętności -- drugą ręką
zasłania tylko twarz, gdy kareta nadto się zbliży do chodników.
Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie
w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy,
pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna
okrywającego poduszki.
-- Gdzie dziś pojedziemy? -- pyta koteczek.
-- Gdzie chcesz... -- odpowiada Lena -- byle nie do Marcelina...
-- Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...
-- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...
I znów zaczyna grać ze sobą komedyę, tych dwoje ludzi, którzy się
poznali pod cieniem drzew Saskiego ogrodu i nic prawie nie
wiedzieli o sobie ani o swej pozycyi socyalnej.
Ona -- miała w sobie przewrotnie popsutą krew semitki, wiecznie
niezadowolonej ze swego otoczenia, obnoszącej w czarnych oczach
i pełnych kształtach trzydziestoletniej kobiety -- chęć nieprawych
rozkoszy i zakazanych wycieczek. Pozowała jednak przed nim na
„damę” -- wykwintną i wytworną -- pragnęła mu imponować koronkami
wziętemi na kredyt i francuzczyzną zapożyczoną z „Rozmówek” pani
Bocquel.
On -- dokładał wszelkich usiłowań, aby ujść w oczach tej wykwintnej
damy za człowieka bogatego, prowadzącego dom na wielką skalę.
Olśniewał ją szpilkami u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami
i znajomością gabinetów restauracyjnych, po których włóczyli się
często, siedząc do późnej nocy i rozstając się pełni niesmaku
i chęci ponownego zejścia się, aby nawzajem udawać przed sobą
wytworne maniery i... namiętne porywy.
Kareta wjechała teraz w ulicę Mokotowską i powoli skręcała na lewo.
Wozy z beczkami zastąpiły jej drogę, woźnica wstrzymał konie na
chwilę.
Koteczek wychylił głowę.
-- Cóż tam? dlaczego stajesz?
Nagle cofnął się w głąb powozu.
Towarzyszka mimowoli spojrzała w otwarte okienko.
Na chodniku pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na
opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym
kapelusiku na pochylonej głowie.
W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy
wpatrywała się w okienko karety, a z nawpół otwartych ust zdawał
się ulatywać jakiś głos stłumiony.
Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:
-- Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?
Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety,
nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich
na widok zdradzanej kobiety.
-- Siedź spokojnie! -- wyrzekł -- to... szwaczka mojej żony!...
Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą wciąż
na chodniku kobietę.
Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona --
powtarzając cichutko:
-- Koteczek? koteczek?
* * * * *
Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał
o dolaniu oliwy.
Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obadwa łóżka małżeńskie były
próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze.
Józia, bosa i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na
powrót męża.
Była bardzo wzburzona, niespokojna, smutna. Wszakże to wracając od
fanciarki dostrzegła w karecie obok jakiejś ładnej kobiety
mężczyznę -- tak bardzo podobnego do koteczka!
Lecz cóżby jej koteczek robił w karecie, o tej porze, i to jeszcze
z jakąś damą?... A może to dyrektorowa biura spotkała go i wzięła
na przechadzkę...
Szukała teraz w swej biednej głowie rozmaitych kombinacyj,
potykając się co chwila o jakąś myśl zbyt trudną...
Nie -- stanowczo, zrozumieć tego nie mogła.
By mąż ją zdradzał -- nie przyszło jej nawet przez głowę, jej
koteczek, zkądże znowu?
Zanadto czystą, niewinną była w swym zastoju moralnym;
zdradzać? -- tak!... tak! to istnieje w książkach, na
scenie -- ale w życiu!...
Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę, pocerowała skarpetki,
zrobiła rachunek ze służącą, zadysponowała obiad, a teraz,
posławszy łóżka, usiadła w oknie, czekając na męża.
Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna, chłodna. Z zacienionego
dziedzińca, po zamknięciu bramy, wzbił się w górę silny zaduch
wylewanych przez dzień cały nieczystości.
Ona -- otworzyła lufcik i przechyliła swą biedną, znękaną głowę.
Smrodliwe powietrze owiało ją. Ona -- nie czuła tego zaduchu,
przyzwyczajona do tej atmosfery, którą wciągała w siebie nocami
całemi. Przechyliła głowę i patrzyła wciąż w czarną przepaść
podwórka.
Czekała.
Lecz on nie powracał, rozkoszując się w tej chwili wonią
rozkwitłego bzu w podmiejskim ogrodzie i ciepłemi wargami kochanki,
z których zbierał krople wina i słodycz kompotowego syropu.
Siedzącej w lufciku kobiecie wiatr rozwiewał rzadkie włosy i ziębił
plecy. Ona -- skurczyła się jeszcze bardziej, podsuwając pod siebie
chude, zżółkłe nogi.
Jeść się jej chciało, obejrzała się na kredensową szafkę
majaczącą w półcieniu. Była tam wprawdzie pieczeń pozostała
z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk na jutrzejszy obiad,
z pieczeni będą uszka... nie można więc poruszyć, nie można!...
Józia zwinęła się teraz prawie w kłębek i głowę smutnie zwiesiła.
Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo smutno, jak nigdy nie
było!
Dlaczego?
Wszak on wraca tak codziennie, wraca późno a ona czeka nań i zimą
i latem skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej chęci ujrzenia
go powracającego.
Zegary miejskie biją w pół do trzeciej.
Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące łzy -- zamiast serca,
czuje że jej się otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali jakby
zarzewie... A wynędzniałe usta szepczą:
-- Boże!... niech koteczek wróci!...
Jej koteczek.