Czekasz z dłonią na klamce i, gdy drzwi otwiera,

Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,

A ty wzamian przyciskasz moje ręce obie

Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.

Wchodzę ciszkiem, jakgdyby krok każdy knuł zbrodnię,

Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.

Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,

By szczęściu i pieszczotom było w niem wygodnie.

I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,

Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.

Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!

Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje.

***

Zazdrość moja bezsilnie po łożu się miota:

Kto całował twe piersi, jak ja, pokryjomu?

Czy jest wśród twoich pieszczot choć jedna pieszczota,

Której, prócz mnie, nie dałaś nigdy i nikomu?

Gniewu mego łza twoja wówczas nie ostudzi!

Poniżam dumę ciała i uczuć przepychy,

A ty mi odpowiadasz, żem marny i lichy,

Podobny do tysiąca obrzydłych ci ludzi.

I wymykasz się naga. W przyległym pokoju

We własnem się po chwili zaprzepaszczasz łkaniu,

I wiem, że na skleconem bezładnie posłaniu

Leżysz, jak topielica na twardem dnie zdroju.

Biegnę tam. Łkania milkną. Cisza, niby w grobie.

Zwinięta, nakształt węża, z bólu i rozpaczy

Nie dajesz znaku życia -- jeno konasz raczej,

Aż znienacka za dłoń mię pociągasz ku sobie.

Jakże łzami przemokłą, znużoną po walce

Dźwigam z nurtów pościeli w ramiona obłędne!

A nóg twych rozemknione pieszczotami palce

Jakże drogie mym ustom i jakże niezbędne!

***

Z dłońmi tak splecionemi, jakbyś, klęcząc, spała,

W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,

Płaczesz przez sen i wstrząsem wylękłego ciała

Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.

Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę

A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,

A ja płacz twój całuję, biodra i kolana

I ramię i zsuniętą z ramienia koszulę.

Lecz, karmiony ust twoich spłakanym oddechem,

Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania

Zadaję ciemna nocą tłumione pytania.

Odpowiadasz bezładnie -- ja słucham z uśmiechem.

***

Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze,

Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.

Nieoswojone z niebem patrzy w podobłocze

I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.

Swem cielskiem kostropatem kąpie się w kałuży,

Co nęci, jak ożywczych jadów pełna misa,

Czołgliwemi mackami krew z kwiatów wysysa

I ciekliną swych mętów po ziemi się smuży.

Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,

Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,

Lecz, gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,

Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.

***

Czasami mojej ślepej posłuszny ochocie

Pragnę w tobie mieć czujną na byle skinienie

Sługę, co pieszczotami gasi me pragnienie,

A ty jesteś tak zmyślna i zwinna w pieszczocie!

Gdy twój warkocz, jak w słońcu wybujałe ziele,

Tchem rozwartych ogrodów mą duszę owionie,

Głowę twą, niby puhar, ujmuję w swe dłonie

I wargami w ślad dreszczu prowadzę po ciele.

I raduję się, śledząc tę wargę, jak zmierza

Do mej piersi kosmatej, widnej w niedomroczu,

W której marzę pierś w lesie ryczącego zwierza

I staram się, gdy pieścisz, nie tracić go z oczu.

***

Ty pierwej mgły dosięgasz, ja za tobą w ślady

Zdążam, by się w tym samym zaprzepaścić lesie,

I, tropiąc twoją bladość, sam się staję blady,

I, zdybawszy twój bezkres, sam ginę w bezkresie.

A potem wzieram w oczy, by zgadnąć, czy dość ci

Omdlenia, co się nogom udziela, jak szczęście,

I twe dłonie, jak w pąki, mnę w zdrobniałe pięście,

By się w nich docałować twych chrząstek i kości.

A one wypukleją na dłoni przegibie,

Niby pestki owoców, zróżowionych znojem,

I nieśmiałym do ust mych garną się wyrojem,

Zatajone w swej ciepłej od pieszczot siedzibie.

Ich dotyk budzi wzruszeń zaniedbanych krocie,

A ty, tuląc je w warg mych rozrzewnioną ciszę,

Dziecinniejesz w uścisku, malejesz w pieszczocie,

Chwila -- a już cię do snu z lat dawnych kołyszę.

***

Zazdrośnicy daremnie chcą pochlebić pierwsi

Czarom, skrytym w twem ciele z moją o nich wiedzą!

Oczy, co się rzęsami nie tknęły twych piersi,

Czyliż pustym domysłem te czary wyśledzą?

Czyliż pustym domysłem te czary wyśledzą?

Kto w chwili pocałunków nie zagrzał swej dłoni

Na twych bioder nawrzałej żądzą przegięcinie,

Nie potrafi określić upojeń tej woni,

Co z ciebie, jako z róży, snem potartej, płynie.

Kto ustami w nóg twoich nie wdumał się dreszcze,

Nigdy dość nie wysłowi twych oczu omdlenia,

A choćby je dzień cały badał bez wytchnienia,

Nie wypatrzy z nich tego, co ja z nich wypieszczę!

***

Zmienionaż po rozłące? O, nie, niezmieniona!

Lecz jakiś kwiat z twych włosów zbiegł do stóp ołtarzy,

A, choć brak tego zbiega nie skalał twej twarzy,

Serce me w tajemnicy przed twem sercem kona...

Dusza twoja śmie marzyć, że, w gwiezdne zamiecie

Wdumana, będzie trwała raz jeszcze i jeszcze, --

Lecz ciało? Któż pomyśli o niem we wszechświecie,

Prócz mnie, co tak w nie wierzę i kocham i pieszczę?

I gdy ty, szepcząc słowa, w ust zrodzone znoju,

Dajesz pieszczotom ujście w tym szepcie, co pała,

Ja, zamilkły wargami u piersi twych zdroju,

Modlę się o twojego nieśmiertelność ciała.

IV

WSPOMNIENIE

WSPOMNIENIE.

Lubię wspominać te dziecięce lata,

Gdym, zaniedbując całą resztę świata,

W znajome pole szedł razem z pastuchem

Krów, co bezładnym swych rapci rozruchem

Niską przed nami nieciły kurzawę,

Ściągając na się wybiegły nad trawę

Deszcz much zielonych i złotych i owych

Samotnie skrzących, ciemno-purpurowych,

Co, dogadzając przemyślnemu skrzydłu,

Wpadają nagle w samo ślepie bydłu,

Zapatrzonemu w dal, jak w swą oborę.

Zawszem widywał po drodze brzóz korę

W brunatne pręgi i te same cienie

Lip na murawie i żółtych motyli

Nagłe w powietrzu skrzydeł rozdwojenie

I nagły w trawę zlot, gdy do badyli

Nóg się czepliwych przytwierdzają schwytem, --

I przykucnięte nad stawu błękitem

Kaczki, co, naszą zaoczywszy trzodę,

Niezgrabnie, piersią zsuwały się w wodę, --

I tłumy wróbli, co z głuchym łoskotem

Sfruwały z płotu, aby tuż pod płotem

W długi się szereg rozsypać na trawie.

I widywałem wszystko i nic prawie,

Na niewidziane znając drogę całą,

Bo odbywałem ją zarówno w sobie,

Jak po za sobą. Dziś wierzę, iż w grobie,

Gdy z mymi snami sam na sam zostanę,

Znów ją odbędę, znów na niewidziane,

W tem samem słońcu, jak we śnie przystało.

Szliśmy więc dalej, brnąc w słonecznem złocie

I ocierając zerwanym w przelocie

Łopuchem mokre, przepocone czoło.

A gdyśmy wreszcie tłumnie i wesoło,

Olśnieni ciszą i połyskiem trawy,

Na otworzyste wkroczyli pastwisko,

Wnet, rozniecone dla własnej zabawy,

Bezpożyteczne napozór ognisko,

Co niewidzialnym pod słońce płomieniem

Drgało, za każdem widoczniejąc drgnieniem,

Kładłem żołędzie i wiśniowe liście,

Ażeby, skwiercząc, dymiło się wonniej.

O, jakże kwiatom bywało przejrzyście

W mych oczach, gdzie się odbiły przestronniej,

Niźli w tej wodzie, co ciekła strumykiem

Przez nasze palce, gdyśmy w niej maczali

Chleb, w kostki tępym krajany kozikiem!

Tak spożywałem go: ze wzrokiem w dali,

Jakby na zawsze, utkwionym, -- odruchem

Warg swych zajęty, wsłuchany półuchem

W chrapliwe, senne i parne oddechy

Krów, co mozolnie przeżuwały zioła,

Tej ociężałej doznając uciechy,

Która im każe nie patrzeć dokoła

W nic, jeno przed się znieruchomić pyski,

Ociekłe śliną i pachnące mlekiem.

A taka cisza na ten czar pobliski

Szła zdala, jakby wiek mijał za wiekiem,

Nie czyniąc zmiany, nie tykając wcale

Pilnie ku słońcu roziskrzonych kwiatów,

Ani świegotu skowronka w upale

Południejących nieustannie światów,

Na których błękit wsparł się mimochodem.

Naówczas wpodłuż kładłem się na trawie,

Ażeby badać skrycie i ciekawie

Znajomą łąkę, oglądaną spodem,

Co, rozumiejąc, czem jest taka chwila,

Sama przede mną swą gęstwę rozluźnia,

By mi ukazać, jak się cień motyla

Tuż za skrzydłami po kwiatach opóźnia,

I jak bąk w futro odziany tygrysie

Na złotym jaskrze, olbrzymiejąc, skrzy się,

Coraz to z innej zachodząc go strony, --

I jak przez maku czerniawą purpurę

Żuk, w wonnem wnętrzu chytrze zatajony,

Prześwieca plamą ruchliwą i ciemną, --

Jak chwiejna żaba, wznosząc ślepie bure

W żółtej obwódce ku niebu, woń ziemną

Pochłania krótkim a szybkim oddechem,

Co jej podgardle w miech wzdyma białawy,

A pysk pozornym koślawi uśmiechem,

Jak boża krówka na kończynie trawy

Z trudem swe skrzydła ku słońcu wyzwala,

Rozpoławiając sztywnego korala

Pancerz, zbyt mocno na karku zemknięty, --

Jak na włochatym, szorstkim liściu mięty,

Wzdłuż rubinami wysadzana szczelnie,

Lśni gąsienica, wspinając się dzielnie

Na tylnych łapkach, i dalszy kierunek

Węszy swym pyskiem, z którego wycieka

Płyn bursztynowy, jarząc się zdaleka, --

I jak wypełzły skądciś na rabunek,

Pod kaszką, niby pod strzechą ze srebra,

Wisi w powietrzu, chwiejąc się na strony,

Pająk brzuchaty, nawskroś prześwietlony,

Żem widział zlekka zaznaczone żebra,

Niby misternie przeplatane cienie.

A pod tych istnień zgiełkiem i natłokiem

Czułem pierś ziemi i jej roztętnienie

Pod moją piersią, zdławioną urokiem.

I zdało mi się, że na sny radosne

Lęgnę się w słońcu wraz z tłumem owadów,

Dziw pierworodny, co z podziemnych sadów

Wypełznął, węsząc żer oczom na wiosnę!

I zdało mi się, że wokół i wszędzie

Z głową tak samo, jak moja, upalną,

Leżą w tym samym co i ja, obłędzie,

Czynne w milczeniu tęsknotą chóralną,

Snem jednoczesnym objęte istoty,

Ukryte w trawie aż po czub swój złoty,

Olbrzymie, cudne, miłosne, złowieszcze,

Co, zgodnie dysząc, w łąkę patrzą chórem

I widzą twarz mą niewiadomo w którem

Królestwie istnień, nieznaną im jeszcze,

Lecz do ich twarzy podobną z brzemienia

Słońca na oczach, pełnych zapatrzenia.

I po przez kwiaty rozmyślałem w trawie,

Czyli je spotkam tam -- w świecie na jawie,

Kiedy przybiorą kształt ludzki i lice,

Aby zachować naszą tajemnicę...

I czy tych braci, co dzisiaj pokotem

Mój sen zalegli, jako płaz przy płazie,

Gdzieś poza łąką spotkanych przelotem

Poznam po oczu odmiennym wyrazie?

V

PIEŚNI KALEKUJĄCE

ZALOTY

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy

Przytwierdzony, jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbę, jakgdyby na lirze w czas słoty

Wygrywał swoje skoczne ku niebu turkoty, --

I nad brzegiem urwistym tęczowych rynsztoków

Toczy się wraz z odbiciem zmydlonych obłoków,

Toczy się bałamutnie do dziewki z podwórza,

Do przystani stóp bosych -- i ducha wynurza

Z łachmanów i wyciąga paździory swych dłoni

Ku jej zębom śnieżystym i tak mówi do niej:

-- „Kocham strzęp twojej błotem zbryzganej spódnicy

Kocham głośny twój oddech! Na całej ulicy

Ty jedynie mym ustom bywasz tak potrzebna!

Wiem, że moja tęsknota, niby szkapa źrebna,

Wlekąc mię, wyda na świat płód nowych udręczeń.

W tem mój tryumf, że jestem niestrudzony klęczeń

Twej krasy! Kochaj-że mnie! Nuże do pieszczoty!

Potwór błaga cię o nią! Przyjm moje zaloty!

Wnijdź naga i bezwstydna w mej nędzy bezdomność

I tak pieść, by wargami pożreć mą ułomność!”

Ona mu się broni,

A on mówi do niej:

-- „Wszak musi ktoś pokochać to, co już się stało, --

I ten wózek męczeński i korbę zbolałą,

I żądzę w resztkach cielska, jak w zgliszczach, poczętą,

I ten ochłap człowieka, co chce być przynętą!

Odsłoń czar w mej brzydocie! Znijdź z wyżyn do karła!

Bądź posłuszna mym dłoniom, jak ślepa lub zmarła!

Zdołam być nieodparty, jako grzech i zguba,

I potrafię wysiłkiem zmyślnego kadłuba

Zdobyć się na pieszczoty słodkie, jak czereśnie,

Których dotąd nikt nigdy nie oglądał we śnie!”

Ona mu się broni,

A on mówi do niej:

-- „Małoż ci pół człowieka, by stał się twym skarbem?

Chcę być drogą ci raną, wiernym tobie garbem!

Czyż próżni, którą nóg mych nieobecność tworzy,

Nie zapełni ból, miłość, ni jęk mych bezdroży?

Śmiech mię bierze! O, gdybym ziemię nieobjętą

Mógł uderzyć raz w życiu zdrową, silną piętą

I widzieć, jak zdeptana pod stopą wygląda!

Śpieszno mi w nieskończoność! Wiem, że mnie pożąda

I bez wstrętu spożyje me łachy i żale.

Są gdzieś dłonie mi chętne i usta -- korale,

Co od głów się przesuną w pieszczocie ochoczej

Aż do stóp, których niema! Niech wóz się potoczy

Na przełaj -- tam, gdzie właśnie ode mnie zdaleka

Ktokolwiek, zwierz lub robak, na mą miłość czeka!”

Ona mu się broni,

A on w zaświat stroni,

Ona go swoim czarem do bólu zachęca,

A on patrzy, nie patrząc, i korbę pokręca

I odjeżdża -- odjeżdża -- gdziekolwiek -- pośpiesznie,

Turkocząc i furkocząc niezgrabnie i śmiesznie,

Odjeżdża, kalekując, w poszukiwań znoje,

W kraje przygód miłosnych, w wieczne niepokoje.

SZEWCZYK.

W mgłach daleczeje sierp księżyca.

Zatkwiony ostrzem w czub komina,

Latarnia się na palcach wspina

W mrok, gdzie już kończy się ulica.

Obłędny szewczyk -- kuternoga

Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,

Buty na miarę stopy Boga,

Co mu na imię -- Nieobjęty!

Błogosławiony trud,

Z którego twórczej mocy

Powstaje taki but

Wśród takiej srebrnej nocy!

Boże obłoków, Boże rosy,

Naści z mej dłoni dar obfity,

Abyś nie chadzał w niebie bosy

I stóp nie ranił o błękity!

Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie,

Powiedzą kiedyś w chmur powodzi,

Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi,

Bóg przyobuty bywa godnie!

Błogosławiony trud,

Z którego twórczej mocy

Powstaje taki but

Wśród takiej srebrnej nocy!

Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,

Co mi na całą starczy drogę, --

Przebacz, że wpośród nędzy cienia

Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.

W szyciu nic niema, oprócz szycia,

Więc szyjmy, póki starczy siły!

W życiu nic niema, oprócz życia,

Więc żyjmy aż po kres mogiły!

Błogosławiony trud,

Z którego twórczej mocy

Powstaje taki but

Wśród takiej srebrnej nocy!

GARBUS.

Mrze garbus dosyć korzystnie:

W pogodę i w babie lato.

Garbaty żywot miał istnie,

I śmierć ma istnie garbatą.

Mrze w drodze, w mgieł upowiciu

Jakby baśń trudną rozstrzygał,

A nic nie robił w tem życiu,

Jeno garb dźwigał i dźwigał.

Tym garbem żebrał i tańczył,

Tym garbem dumał i roił,

Do snu na plecach go niańczył,

Krwią własną karmił i poił.

A teraz śmierć sobie skarbi,

W jej mrok wydłużył już szyję,

Jeno garb jeszcze się garbi,

Pokątnie żyje i tyje.

Przeżył swojego wielbłąda

O równą swej tuszy chwilę,

Nieboszczyk ciemność ogląda,

A on -- te w słońcu motyle.

I do zmarłego dźwigacza

Powiada, grożąc swą kłodą:

-- „Co ten twój upór oznacza,

„Żeś wpoprzek legł mi przegrodą?

„Czyś w mgle potracił kolana?

„Czyś snem pomiażdżył swe nogi?

„Po coś mię brał na barana,

„By zgubić drogę w pół drogi?

„Czemuś łbem utkwił na cieniu?

„Z trudem w twych barach się mieszczę!

„Ciekawym, wieczysty leniu.

„Dokąd poniesiesz mnie jeszcze?”

RĘKA.

Podczas, gdy ciało w mękach żebraczego postu

Kurczyło się, jak ochłap wyschłego moczaru,

Ręka ma w samowolnym obłędzie rozrostu

Wszerz i wzwyż potworniała od żądzy bezmiaru.

Wypaczona od skwarów i pusta, jak dzieża,

Miażdżąc stawów hamulce, rosła mi i rosła,

Czując radość zawczasu ciosanego wiosła,

Co już w samym zapłodku śni morskie bezbrzeża!

Ręko, nadmierna Ręko,

W pięść modlitewną się złóż!

Męko, nadmierna Męko,

Zmalej i skurcz się i znuż!

My, co mamy dłoń większą nad zamiar człowieka,

Pośpieszniej się od niego lub od niej oddalmy!

Jakże znikąd przyszliśmy i jakże zdaleka,

Że dłoń nasza w świat rzuca nieludzki cień palmy!

Sen unika jej w nocy, ptak płoszy się we dnie,

Pierś dziewczęca nie spocznie w jej chwytnej ustroni!

Przechodzień na jej widok wzdraga się i blednie,

Bo nie starczy jałmużny dla tak wielkiej dłoni!

Ręko, nadmierna Ręko,

W pięść modlitewną się złóż!

Męko, nadmierna Męko,

Zmalej i skurcz się i znuż!

Przekroczyła mych kości zbolałe granice,

Przerosła moją duszę, sumienie i łoże,

I lękam się, że skoro ukryję w niej lice,

Nigdy już ich na światy nie wyłonię boże!

A gdy nią się przeżegnam -- przesadny znak krzyża,

Obłąkany rozpędem zbytniego ogromu,

Źdźbłem zaledwo się garnie do mego pobliża,

A resztą -- pierzcha w mroki, nieznane nikomu!

Ręko, nadmierna Ręko,

W pięść modlitewną się złóż!

Męko, nadmierna Męko,

Zmalej i skurcz się i znuż!

ŻOŁNIERZ.

Wrócił żołnierz na wiosnę z wojennej wyprawy,

Ale bardzo niemrawy i bardzo koślawy.

Kula go tak schłostała po nogach i bokach,

Że nie mógł iść inaczej, jak tylko w poskokach.

Stał się smutku wesołkiem, skoczkiem swej niedoli.

Śmieszył ludzi tym bólem, co, tak skacząc, boli.

Śmieszył skargi hołubcem i żalu wyrwasem

I żmudnego cierpienia nagłym wywijasem.

Zwlókł się do swej chałupy: -- „Idź precz popod płoty,

„Niepotrzebny nam skoczek w polu do roboty!”

Pobiegł do swego kuma, co w kościele dzwonił,

Lecz ten nie chciał go poznać i kijem postronił.

Podreptał do kochanki, a ta się zaśmiała

Ramionami, biodrami, wszystką mocą ciała!

-- „Z takim w łożu drygałą mam tańczyć do śmierci?

„Ciała ledwo ćwierć miary, a skoków -- trzy ćwierci!

„Ani myślę ci dotrwać w takim niedopląsie!

„Ani myślę wargami sypiać na twym wąsie!

„Zanadtoś mi wyskoczny do nieba na przełaj!

„Idź-że sobie gdziekolwiek i nie klnij i nie łaj!”

Więc poszedł do figury, co stała przy drodze:

-- „Chryste, nawskroś sosnowy, a zamyśl się srodze!

„Nie wiem, czyja cię ręka ciosała wyśmiewna,

„Lecz to wiem, że skąpiła urody i drewna.

„Masz kalekie kolana i kalekie nogi,

„Pewno skaczesz, miast chodzić, unikając drogi?

„Taki z ciebie chudzina, takie nic z obłoków,

„Że mi będziesz dobranym towarzyszem skoków.”

Chrystus, słysząc te słowa, zsunął się na ziemię,

Ów, co Boga wyciosał, bity bywał w ciemię!

Obie ręce miał lewe, obie nogi -- prawe,

Sosnowemi stopami podziurawił trawę.

„Marna ze mnie sośnina, lecz piechur nie marny,

„Przejdę wieczność piechtami, chociażem niezdarny.

„Pójdziemy nierozłącznie, bo wspólna nam droga,

„Będzie nieco człowieka, będzie nieco Boga.

„Podzielimy się męką -- podzielnać jest męka! --

„Wszak ta sama nas ludzka skoślawiła ręka.

„Tobie trocha śmieszności, mnie śmieszności trocha,

„Kto się pierwszy zaśmieje -- ten pierwszy pokocha.

„Ty podeprzesz mię ciałem, ja ciebie sośniną,

„A co ma się nam zdarzyć, niech się zdarzy ino!”

I wzięli się za ręce i poszli niezwłocznie,

Wadząc nogą o nogę śmiesznie i poskocznie.

I szli godzin wieczystych niewiadomo ile,

Gdzież bo owe zegary, co wybrzmią te chwile?

Mijały dnie i noce, którym mijać chce się,

I mijało bezpole, bezkrzewie, bezlesie.

I nastała wichura i ciemność bez końca

I straszna nieobecność wszelakiego słońca.

Kto tam z nocy na północ w burzę i zawieję

Tak bardzo człowieczeje i tak bożyścieje?

To dwa boże kulawce, dwa rzewne cudaki

Kuleją byle jako w świat nie byle jaki!

Jeden idzie w weselu, drugi w bezżałobie,

A obydwaj nawzajem zakochani w sobie.

Kulał Bóg, kulał człowiek, a żaden -- za mało,

Nikt się nigdy nie dowie, co w nich tak kulało?

Skakali jako trzeba i jako nie trzeba,

Aż wreszcie doskoczyli do samego nieba!

VI

TRZY RÓŻE

TRZY RÓŻE.

W sąsiedniej studni rdzawi się szczęk wiadra.

W ogrodzie cisza. Na kwiatach śpią skwary,

Z poza zieleni szarzeje płot stary.

Skrzy się ku słońcu sęk w płocie i zadra,

O wodę z pluskiem uderzył spód wiadra.

Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie

I na promieni po gałęziach załom,

Zbliżmy swe dusze i pozwólmy ciałom

Być tem, czem wzajem pragną być dla siebie!

Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie.

Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne,

I dwa te ciała, ukryte w zieleni,

I ten ład słońca wśród bezładu cieni,

I najście ciszy nagłe, niespokojne,

Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne.

A jeśli jeszcze, prócz duszy i ciała,

Jest w tym ogrodzie jakaś róża trzecia,

Której purpura przetrwa snów stulecia,

To wszakże ona też nam w piersi pała --

Ta róża trzecia, prócz duszy i ciała!

ROK NIEISTNIENIA.

Nadchodzi rok nieistnienia, nadchodzi straszne bezkwiecie,

W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą, niby motyle.

Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę --

I już umieram -- o, spojrzyj! -- i już mnie niema na świecie!

Ucz się pożądać mej śmierci, ponętne pieścić nietrwanie,

Całować mrzonkę, co dla cię kształt ust czerwonych przybiera.

I wierzyć w radość mych cieni i w oczu mych obcowanie:

Nie widzi, jeno obcuje ten, co naprawdę umiera.

Uczył się kochać umarłą, pieścił dłoń, której nie było,

Całował oczy zamknięte, każdą powiekę z osobna,

Porozumiewał się z piersią, jak z pełną pieszczot mogiłą, --

Ale nie wiedział, co czuła, bo nazbyt była zagrobna.

Czy czujesz moje pieszczoty i pocałunki i radość?

Czyli nie bolą cię mroki i nieistnienia nadmiary?

O, wyznaj wszystko do końca, uczyń tęsknocie mej zadość,

Zadrżyj z miłości pośmiertnej, jeślić dostępne jej czary!

Czemuż tak wątpisz o zmarłej? Wszak już do cudów nawykam,

Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram!

I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam,

I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.

WIECZOREM.

Wieczorem było, wieczorem,

Gdy zorza gasła nad borem,

Dzienny ulatniał się skwar,

Rosa nam spadła na głowy

I zmierzchem dymił się jar,

Jar kalinowy.

Zdaleka idzie, zdaleka

Ten mrok, co kwiatów się zrzeka.

Gdy, płosząc ospałą woń,

Chłód powiał nad pola zżęte,

O moją zagrzałaś skroń

Dłonie zziębnięte.

Nie wolno patrzeć, nie wolno

Bez pieszczot w ciemność dokolną!

Zbłąkanych w obszarach pól

Nie złączy żaden sen złoty,

Ni lęk, ni zgroza, ni ból,

Nic -- prócz pieszczoty!

***

Śnież się, w duszy mojej śnież,

Piersi, nocą całowana,

Co zachować przez sen chcesz

Usta moje aż do rana!

Znój się, w ciele mojem znój,

Miłujących rąk pogłado,

Coś mi dreszcz piększyła mój,

Przodując zadumą bladą!

Trwoń się, ogniu świecy, trwoń

Na tę pościel, na tę lnianą,

Gdzieś rozwidnił białą skroń,

U nóg moich zapodzianą!

SCHADZKA SPÓŹNIONA.

Pójdziemy śladem cienia i szelestu

Po ścieżce, która wzdłuż rosą połyska.

Popod krzewami sztywnego agrestu

Pachną na słońcu świeże kretowiska.

W powiędłych liściach, pokurczonych chłodem,

Lśnią srebrne resztki wczorajszej ulewy,

Nad zapuszczonym oddawna ogrodem

Słychać gawronów trzepoty i śpiewy.

Obok jabłoni -- przypadkowa sosna

Swe igły w bladym zanurza błękicie.

O, jakże prędko przeminęła wiosna,

Pozostawiając przelęknione życie!

Coraz to mocniej otulasz się w chustę,

W której pierś twoja, jak w gnieździe, się chowa,

Trzeba nam było rzec dawniej te słowa,

Co dzisiaj zabrzmią -- spóźnione i puste!

Trzeba nam było spleść dłonie uparte

I z zamkniętemi iść w słońce oczyma!

Dzisiaj te oczy zostaną -- otwarte,

Dzisiaj się warga w pół drogi zatrzyma...

***

Pożarze pierśny, płomieniu ustny,

Bezsenne noce, senne poranki!

Bądź pochwalony i bądź rozpustny,

Uśmiechu wiernej mojej kochanki!

Choć, zasypiając, nie wie, że pieszczę,

Lecz drga opodal swemi ramiony...

Raduj mnie jeszcze i męcz mnie jeszcze,

Śnie, jej biodrami w łożu wyśniony!

***

Ja tu stoję za drzwiami -- za klonowemi,

I wciąż milczę ustami -- rozkochanemi.

Noc nadchodzi w me ślady -- tą samą drogą,

Pociemniało naokół -- niema nikogo!

Od miłości zamieram -- chętnie zamieram,

I drzwi twoje rozwieram -- nagle rozwieram,

I do twojej alkowy wbiegam uparcie,

I przy łożu twem staję, niby na warcie!

Żaden lęk mię nie zlęknie i nie wyżenie,

Nawet rąk twych po murach spłoszone cienie,

Choćbyś mnie zaklinała wszystkiemi słowy,

Już ja nigdy nie wyjdę z twojej alkowy!

***

Co w mgłach czyni żagiel na głębinie?

Nic, prócz tego, że żegluje.

A co wiosna w zielonej dolinie?

Nic, prócz tego, że wiosnuje.

Czem są rany, co pierś tobie krwawią?

To amulet koralowy.

A czem łzy, co gardło twoje dławią?

To różaniec bursztynowy.

Czem ty byłeś o słońca zachodzie?

Byłem duchem, byłem ciałem.

Czemuś zabił dziewczynę w ogrodzie?

Nie zabiłem, lecz kochałem.

SCHADZKA.

Z zielonym żukiem na odwianym płatku

Róża, kosmata od rosy,

Purpurowieje w niebiosy.

Twój ogród płonie w zieleni dostatku,

Nie ja -- lecz sen mój i głód

Kołaczą do twoich wrót.

Dłoń, której wzywasz, otwiera ci wrota.

Oto -- pierś moja i lice, --

Idź za mną w moją świetlicę!

W świetlicy -- wiosna i blask i spiekota, --

Ja -- zciszę wrzenie mej krwi,

Ty -- zamkniesz okna i drzwi.

Zamknąłem okna i drzwi w białym murze.

Czemuż twarz twoja pobladła?

Nie patrz w głąb swego zwierciadła.

Tam -- za oknami jest -- ogród i róże,

Nie mogę przypomnieć już,

Ile zakląłem tych róż?

Radbyś mi róże dać w winie i w chlebie,

Róże się cisną do gardła!

Matka mi wczoraj umarła...

Nie wiem, czy wolno całować mi ciebie?...

O śmierci rzucam ci wieść,

A ty mnie odstąp lub pieść!...

Otworzę okna, drzwi w słońce otworzę,

Rozwidnię ściany i sprzęty,

Rozbudzę ogród, snem zdjęty!

Ku ogrodowi przydźwignę twe łoże,

Pieszczotą zmącę ci krew,

Wsłuchany w ogrodu śpiew!

***

Kwapiły się burze,

Opóźnił się cud!

Powymarły róże

W cieniu twoich wrót.

Łąka · 第 2 / 4 段