Brnęła tędy -- owędy szukająca swej drogi,

Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed

Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was

produced from images generously made available by CBN

Polona - http://www.polona.pl).

+-----------------------------------------------------------+

| Uwagi do wydania elektronicznego |

| |

| W tekście zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję, |

| nawet w przypadkach, gdy różniły się one od współcześnie |

| obowiązujących. Poprawiono jednak kilka błędów, które |

| wyglądały na omyłki drukarskie. Pełna lista poprawek |

| znajduje się na końcu pliku. Tam też znaleźć można |

| spis treści. |

+-----------------------------------------------------------+

_ŁĄKA_

_BOLESŁAW LEŚMIAN_

_=ŁĄKA=_

_WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA_

_WARSZAWA MCMXX KRAKÓW_

_Nakład T-wa Wydawniczego w Warszawie_

Drukarnia Naukowa.

Warszawa, Rynek Starego Miasta 11.

_EUGENJUSZOWI ŚMIAROWSKIEMU

POŚWIĘCAM_

I

W ZWIEWNYCH NURTACH KOSTRZEWY

TOPIELEC.

W zwiewnych nurtach kostrzewy, na leśnej polanie,

Gdzie się las upodobnia łące niespodzianie,

Leżą zwłoki wędrowca, zbędne sobie zwłoki.

Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki,

Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie

Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie.

Wówczas demon zieleni wszechleśnym powiewem

Ogarnął go, gdy w drodze przystanął pod drzewem,

I wabił nieustannych rozkwitów pośpiechem,

I nęcił ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem,

I czarował zniszczotą wonnych niedowcieleń,

I kusił coraz głębiej -- w tę zieleń, w tę zieleń!

A on biegł wybrzeżami coraz innych światów,

Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów,

Aż zabrnął w takich jagód rozdzwonione dzbany,

W taką zamrocz paproci, w takich cisz kurhany,

W taki bezświat zarośli, w taki bezbrzask głuchy,

W takich szumów ostatnie kędyś zawieruchy,

Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni,

Cienisty, jak bór w borze, -- topielec zieleni.

GWIAZDY.

Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy

Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,

To w próżnię swe radosne unosząc pożary,

To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

Patrzę, niby przez nagły w mej ślepocie wyłom,

A światy roziskrzone -- zaledwo na mgnienie

Odsłaniają mym oczom, jak nieba mogiłom,

Dalekie, zatajone w srebrze ukwiecenie.

Odsłaniają swe jary, wzgórza i parowy,

Już z jednego szum borów płonących dolata,

Z drugiego -- cisza grobów, a z trzeciego świata --

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.

Zasłuchany, wpatrzony stoję tak do świtu,

Aż niebo wron zbudzonych przesłoni gromada,

Gwiazdy giną w jaśnistych roztopach błękitu,

I gąszcz rosy na rzęsach zbłyskanych osiada.

Skroń znużoną pochylam do stogu na łące,

Garścią rozćwierkanego rojem świerszczów siana

Rzeźwię oczy, smugami gwiazd jeszcze gorące,

I do snu odniałego padam na kolana.

I śni mi się i trwogą uderza do głowy

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.

ODJAZD.

Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,

Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,

Podkute szafirowym dookoła sińcem.

Był klomb i rój motyli i błękit przezroczy,

I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy.

A, gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy

I czemu -- przypomniałem te oczy, przyziemnie

Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie

Tem wszystkiem, czem się można wpatrzeć w świat i dalej.

Co widziały te oczy, nim w tysiącu alej

Zginąłem, jedną chatę rzucając za sobą?

I czemu z szafirową zawczasu żałobą

Patrzyły w ten mój odjazd po przez zieleń rdzawą

Rezedy, co pachniała, przytłumiona trawą?

I dlaczego te oczy były co raz łzawsze?

Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze

I zostawiać samopas kędyś -- na uboczu?

Czy nie wolno odjeżdżać znajomym gościńcem

I oddalać się zbytnio od tych złotych oczu,

Podkutych dookoła szafirowym sińcem?

WIECZÓR.

Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące

Wielki cień chmury, ciągnąc go na wzgórza,

Zetknięte z niebem, co życie, gasnące

Pod barw przymusem, -- w głąb marzeń przedłuża.

Aby dowidzieć po przez dale puste

Jedyną wokół purpurową chustę

Dziewczyny, która swych dłoni oplotem

Kolana zgodnie wgarnęła pod brodę

I, coraz bardziej pod niebios namiotem

Samotniejąca w tę dal i pogodę,

Oddawna ruchu i snu nie odmienia,

Chłonąc czar drętwy samego patrzenia

We wszystko naraz, w nic zasię zosobna,

Wpobok, zaledwo do siebie podobna,

Wyolbrzymiona wobec próżni świata,

Krowa się w świetle różowi łaciata,

Co jednym rogiem pół słońca odkrawa,

A drugim wadzi o daleką gruszę...

Sennych owadów nieprzytomna wrzawa

Umacnia pustkę i podsyca głuszę,

Wspartą na stogach, powiązanych w drągi.

Kolejne idą nad polem przeciągi

Tchu ziół dalekich, zaprawnego potem

Zoranej ziemi, co -- tknięta wron lotem --

Paruje ciężko i chłodnieje zwolna.

Na widnokresie jakaś mgła dowolna,

Cień, nie mający przyczyn wśród przestworu,

Rośnie, by zwiększyć potęgę wieczoru,

I wśród rosnących z nim razem bezmiarów

Dziwnie brzmią zgiełki świerszczących komarów.

W POLU.

Dwoje nas w ciszy polnego zakątka.

Strumień na oślep ku słońcu się pali,

W liściu, co trafił na krzywy prąd fali,

Wirując, płynie szafirowa łątka.

Nadbrzeżna trawa, zwisając, potrąca

O swe odbicie zsiwiałą kończyną,

Do której ślimak, pęczniejąc z gorąca,

Przysklepił muszlę swem ciałem i śliną.

W przerzutnym pląsie znikliwsza od strzały

Płotka się czasem zasrebrzy na mgnienie.

Pod wodą -- spojrzyj! -- prześwieca piach biały

I mchem ruchliwym brodate kamienie.

Czemu ci głowa na dłonie opadła?

To -- pachnie trawa i ten piach pod wodą, --

To -- wód, polśnione smugami, zwierciadła

Parują ciszą, blaskiem i ochłodą.

Tych kilku dębów po nad brzegiem liście

Podziurawione i przeżarte chciwie

Przez gąsienice, trwają tak przejrzyście

Nad własnym cieniem, co utkwił w pokrzywie.

Z tej tu pokrzywy czar dębowych cieni

Zgarnę ku piersiom, co na słońce dyszą,

Ustami dotknę bezmiernej zieleni,

Stęsknionej do mnie swym sokiem i ciszą.

Do kwiatów przywrę rozpalone czoło,

Wsłucham się w bąki grające i brzmiki,

I będę patrzał, jak lepkie gwoździki

Wśród jaskrów lśniącą ociekają smołą.

I będę patrzał, jak maki i szczawie

Mdleją, ciał naszych odurzone wonią,

I będę wodził twoją białą dłonią

Po wielkiej trawie, nieznanej nam trawie.

TĘCZA.

Słychać go było, jak po młodem życie

Biegł coraz śpieszniej -- ciepły deszcz majowy,

Zbryzgany słońcem, co przez obłok płowy

Wzdłuż mu kropliste rozwidniało nicie.

Pyląc, uderzył w piach drogi spróchniały,

Poszperał w krzaku, co lśniąc się kołysze,

Strącił liść z wierzby, przyciemnił głaz biały

I ustał, w nagłą zasłuchany ciszę.

Teraz mu patrzeć, jak wierzchem obłoku

Tęcza, bezmiary objąwszy, rozkwita,

Poprzerywana i niecałkowita,

Jakby się śniła zmrużonemu oku.

Aż, luźne znikąd jednocząc migoty,

Nagłą zawisa po nad światem bramą,

By ci przypomnieć, że zawsze tak samo

Trwasz w każdem miejscu u wnijścia tęsknoty.

By ci przypomnieć, żeś z duszą, snem zżartą,

Wpatrzony w bezmiar, wsłuchany w swe dreszcze,

Wszedł do tych światów przez bramę rozwartą,

Co się za tobą nie zamknęła jeszcze.

KOŃ.

Koniu krzywy, koniu siwy,

Ozdobiony łachem grzywy,

Kocham zawiew zmydlonych twym potem rzemieni

I oddech, juchą parnej dymiący zieleni.

Łeb kościaty, ale krewki

Z wargą miękką, jak pierś dziewki,

Przewieś mi po przez ramię w rzewną bezrobotę,

Bym twarzą prężnej szyji wyczuwał ciągotę.

Koniu smutny aż do śmierci

Z białą pręgą lejc na szerci,

Zaprzyjaźnij się ze mną, jak to czynisz z wołem,

Wejdź do mojej chałupy, siądź razem za stołem.

Dam ci wody z mego dzbana,

Dam ci cukru, dam ci siana,

Dam bryłę szczerej soli, gleń świeżego chleba

I przez okno otwarte przychylę ci nieba.

Nie sęp oczu brwi sitowiem,

Powiem tobie, wszystko powiem!

A, gdy noc już nastanie, pozamykam dźwierze

I wspólnie odmówimy wieczorne pacierze.

STODOŁA.

Tyś całował dziewczynę, lecz kto biel jej ciała

Poróżowił na wargach, by cię całowała?

Tyś topolom na drogę cień rzucać pozwolił,

Ale kto je tak bardzo w niebo roztopolił?

Tyś pociosał stodołę w cztery dni bez mała,

Ale kto ją stodolił, by -- czem jest -- wiedziała?

Stodoliła ją pewno ta Majka stodolna,

Do połowy -- przydrożna, od połowy -- polna.

Ze stu światów na przedświat wyszła sama jedna

I patrzyła w to zboże, co szumi ode dna.

WŚRÓD GIEORGINIJ.

Wśród gieorginij -- brzęczenie os.

Twoje-ż to kroki? Twój-że głos?

To -- koniec lata, jeden z tych dni,

Gdy słońce blednie, a ogród lśni.

To chory półsen znużonych drzew.

Odwróć swe oczy, ucisz swój śpiew!

To -- spija rosę ostatni znój, --

To -- w cieniu twoim cień spoczął mój. --

PIERWSZY DESZCZ.

Pierwsza z brzękiem zbudziła się mucha.

Pierwsze liście powypełzły z drzew,

I deszcz pierwszy wdudnia mi do ucha

Rozegrzmiały w błyskawicach śpiew.

Tego śpiewu zgruch i rozgruch długi

Któżby pojął, któż pochwyciłby?

Rozbrykane, rozwierzgane strugi

Miażdżą o ziem pluskające łby.

Już przy ziemi wrzask ich zaumiera,

A po niebie jeszcze dalej gna!

Chmura oścież w wszechświat się rozdziera,

Niema za nią kresu, ani dna!

Słońce, w szyby łzawiejąc odżdżone,

Po podłodze złoty wzburza łan,

I odbicia okien rozmnożone

Wprawia w kurze zruchomiałych ścian.

Ktoś rozepchnął furtę w mym ogrodzie,

Aż z odwrzaskiem runęła na błoń!

Nie wiem, kto to -- lecz w porannym chłodzie

Błogosławię niewiadomą dłoń.

***

Oto słońce przenika światłem bór daleki,

Sosnom z nieba podając tajny znak wieczoru.

Oto sosny spłonęły, jakby w głębiach boru

Nagle coś szkarłatnego stało się na wieki!

Zwabiony owym znakiem, biegnę tam niezwłocznie,

Aby zawczasu jeszcze, nim wpłynę w noc ciemną,

Zastać na nikłem trwaniu i sprawdzić naocznie

To właśnie, co już drzewa widziały przede mną.

WIOSNA.

Młode jeszcze gałęzie tężą się pokrótce

W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwódce.

Kwiaty, kształt swój półsennie zgadując zawczasu,

Nikłym pąkiem wkraczają w nieznaną głąb lasu.

W dali -- postrach na wróble przesadnie rękaty

Z zeszłorocznym rozpędem chyli się we światy,

Jakby chciał paść w ramiona pobliskiej cierpiałki,

Co naprzeciw cień w skrócie rzuca w piasek miałki.

W obłoku -- obłok drugi napuszyście płonie.

Wróbel łeb zaprzepaszcza w swych skrzydeł osłonie.

Jakgdyby nasłuchiwał, co mu dzwoni w sercu?

Świat, zda się, dziś nam nastał, a na pola szczercu,

Gdzie zieleń swym wyrobem omgliła rozłogi,

Bocian, pod prostym kątem załamując nogi

I dziób dzierżąc wzdłuż piersi dogodnie, jak cybuch,

Kroczy donikąd, w słońca zapatrzony wybuch,

Co skrzy się, że go okiem zgarnąć niepodobna,

We wszystkich rosach naraz i w każdej zosobna.

PRZYŚPIEW.

Wkosmacona w kwiat płytki,

Łeb ująwszy w dwie chwytki.

Pszczoła, nim ją porwie lot,

W słońcu myje się, jak kot, --

I do naga z odwianych skrzydeł się rozbiera.

Lada powiew -- lada

Płoszy wróbli stada,

I psi rumian kreśli cień

Ten sam niemal, co dzień w dzień,

I żuk brzuchem w niebiosy złudnie zaumiera.

Staw obłokiem żegluje,

Młyn mu kołem ojcuje,

Z po za lasu szumi las,

Z po za czasu szemrze czas,

Droga roztopolona śni się nie do końca...

Utrudą żałobny

Koń, dozgonnie ksobny,

Zaniepatrzył się na wóz,

Przymknął oczy w cieniu brzóz

I krótkim kaszlem dudni, jak kobza, do słońca.

Niech się dłuży cień ławy,

Niech wypoczną w nim trawy!

Z łbem na łapie chudy pies

Śpi po łapy owej kres,

Jakby na niej się świata kończyło bezdroże.

Ziele w jarze, ziele!

Skąd twoje wesele?

Niech się wzmaga wiew i żar,

Niech się wzmaga bóg i jar,

I to wszystko, co jeszcze, prócz nich, stać się może!

FALA.

Niepostrzeżenie w morza urasta głębinie

Fala, która w niebiosach szuka dla się tronu.

Niepochwytna dla oka w narodzin godzinie,

Olbrzymieje tem śpieszniej, im bliższa jest zgonu.

Cicha bywa, gdy wzbiera nad sióstr zmarłych tłumem,

Aż załamie się w miejscu, gdzie się skędzierzawi,

Wówczas, węsząc śmierć spodem, burzy się i wrzawi

I uderza o brzegi swym pośmiertnym szumem.

I z tym szumem, malejąc, pada na kolana

I na ląd swe pozgonne wysypuje śniegi.

Czy zaszumisz po śmierci, duszo przewezbrana?

Czy uderzysz raz jeszcze o znajome brzegi?

WIATRAK.

Piętrząc się nad ugorów chętną mu równiną,

Wiatrak, na wszystkie wokół odsłonięty światy,

Poskrzypuje drewnianą w tańcu krynoliną,

A na trawę, jak djabeł, miota cień rogaty.

Wędrowcze, w jednem miejscu zatkwiony kosturem,

Co znaczą twoje wstrząsy i nagłe podrygi?

Komu kłaniasz się wokół dębowym kapturem?

Z kim tak trafnie rozmawiasz na migi i śmigi?

W co wierzysz? Kogo widzisz nad sobą w lazurze?

Gdybyś się uczłowieczył, -- jakie miałbyś lica?

Co za stwór się zataił w twej sękatej skórze?

Czem jesteś, oglądany przez duchy z księżyca?

***

W ślad za górnym orszakiem obłoków przesuwnych,

Co kształty w miarę biegu odmieniają stale,

Światła chodzą po łące w odstępach nierównych,

Jakby wzajem o sobie nie wiedziały wcale.

Niewiadomo, co łąkę tak szerzy w bezmiary,

Czy ich zwiewność, czy cichość, czy ruch, czy jasnota?

Czy raczej nieustanna tych cieniów pierzchota,

Co się kryją -- spłoszone -- w parowy i jary?

Czekam, aż jedno z świateł, skupionych na jaskrze,

Dotrze do mnie wraz z przerwą obłoków na niebie

I w pierś moją uderzy -- i cały się zaskrzę

I łące nagle drogę rozwidnię do siebie.

***

W głąb podwórza świt przenika sennie,

Słychać bicie dwóch sprzecznych zegarów.

Na śmietniku skrzy się drogocennie

Potłuczonych resztka okularów.

Kiedy z rynny jaskółka wylata,

Mur w ślad za nią zda się rość w obłoki!

Pod akacją juź obce dla świata

Leżą szczura rozczochrane zwłoki.

Dłoń dziewczęca z przeciwka dla psoty

Szkłem na ścian mych kwiaciate obicie

Rzuca żywe, słoneczne pełgoty,

Którym lubię się przyglądać skrycie.

***

Zapłoniona czereśnia, przez wróble opita.

Skrzy bieliście ku słońcu odziobaną pestę.

Korę, sokiem nabrzmiałą, żuk drasnął i przez tę

Drobną skazę żywicy płowa kropla świta.

Jeszcze pod zlewą rosy obfitej niezwykle

Kwiat się wątły ugina i ziemi dosięga,

I młodych jeszcze mrówek cwałująca wstęga,

Zachowując kształt w biegu, różowieje nikle.

Jakaż radość bezbronna i z jakąż łez siłą

Wzbiera we mnie i serce obnaża na światy,

Gdy zaoczę tej nocy narodzone kwiaty

W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj tych kwiatów nie było!

PIESZCZOTA.

Ten pąk róży, co dobył zaledwo pół skroni,

W uścisk liści od spodu tak czujnie ujęty!

Ten uśmiech, co się uczy i barwy i woni, --

Ten czar, co tem czaruje, że nierozwinięty!

Na palcach doń się zbliżam, by kroków odgłosy

Nie spłoszyły tej ciszy, w której trwa i rośnie,

I, oczy przymykając, całuję zazdrośnie

Jedwab ciepły od słońca i mokry od rosy.

A po chwili, gdy, dłonią muskając twe sploty,

Opodal tego pąka w cieniu drzew cię pieszczę,

Ustom moim dorzucam ślad twojej pieszczoty

Do smugi pocałunku, niestartego jeszcze.

***

Żuraw skrzypi za furtą ogrodu,

Słońce skrzy się w zadrach płotu tak nieznośnie,

Z gęstwy płynie dech przyziemny chłodu,

Wilga gwiżdże i dwugłośnie i trójgłośnie.

Lubię dojrzeć ukradkiem

Kłos, co w kwiatach przypadkiem

Taki inny wzwyż rośnie.

Z odrobiną słońca w rdzawej blasze

Po pod klombem polewaczka leży pusta.

Zdaje mi się, że dmuchnięciem zgaszę

Złotą muchę, co uderza w moje usta.

Obłok, prósząc przez drzewa

Skry ogniste, powiewa,

Jak płonąca w dal chusta.

Ta murawa, wychmarzona z rosy,

Mym się oczom tak narzuca, jak dziwota,

Skoro jabłko, zjedzone przez osy,

Wskaże mi ją, dzwoniąc w ziemię, jak pięść złota.

Wzrok zdziwiony nią pieszczę,

Jakbym nie znał jej jeszcze

Za dni mego żywota.

***

O majowym poranku deszcz ciepły i przaśny

Trafia w liście naoślep -- prawie bezhałaśny.

Krople, spadłe i kurzu pociągnięte błoną,

Podskakują na piachu i wzajem się chłoną

I, wspólnie olbrzymiejąc, trwają same przez się,

Aż je ziemia powoli uszczupli i wessie.

Co raz mniej ich przybywa na drogi i łany.

Już wygładza się strumień, deszczem pręgowany,

Już z za chmur, rozpostartych nakształt kruczych skrzydeł,

Słońce pęk wysztywnionych ku ziemi promideł

Rozwachlarza znienacka i, przez wyzior w chmurze

Prześwitując, rozwidnia strojne brzozą wzgórze

I klin pola przygodny i pogrąża w złocie

Sad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,

Co, światłem zaskoczony, ćwierka w niebogłosy

I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosy

Skrzą się tłumnie, u liści zawieszone brzegu,

I wzdłuż łodyg cwałują resztą swego biegu.

Motyl, któremu skrzydła posklejał miód słodki,

Na bakier wpięty w kitę zachwianej tymotki,

Kołysze się w cudownem oczom bezukryciu,

Znacząc jakiś świat w świecie, jakieś życie w życiu,

I coś sobie wyznają dwa milczące znoje,

Dwa szczęścia niepojęte -- i jego i moje.

POGODA.

I chcę i nie chcę i muszę

Dziś jaśnieć razem z pogodą,

Co niepokoi mi duszę

Złotego szczęścia urodą.

A szczęście lśni odniechcenia,

A ja przezywam je: „Ono” --

I rozkosz porozumienia

Poufnie wzdyma mi łono!

A Ono w słońcu się szerzy,

Na rzęsach światłem osiada,

Ale do siebie należy,

I nikt go, nikt nie posiada!

A Ono teraz w obłoku,

A teraz -- w środku trawnika,

Pociesznie przynaglam kroku,

Niech krok do szczęścia nawyka.

Brnę w słońcu po samo gardło,

Co snami łka niecierpliwie,

Twarz mam odwiecznie umarłą

A w nogach radość mi żywie...

I błogosławię swej twarzy,

I wdycham wiarę od słońca,

Że się napewno coś zdarzy,

Coś się poszczęści bez końca!

Że Ono drogą rozminną

Zbliża się wciąż bezhałaśnie,

I że tak stać się powinno,

I że tak stanie się właśnie!

I czynię kroki niezgrabne,

Ze szczęściem nieoswojone, --

I bezdomnieję i słabnę

I nie wiem, w którą biedz stronę?

Trzeba nic nie mieć prawdziwie,

Żyć tylko tem, że się żyje,

By dłoń wyciągać łapczywie

Po takie szczęście niczyje!

***

Upalny ranek. Gwary i turkoty

Kończą się nagle u sztachet ogrodu,

Gdzie ławek cienie, wdumane w piach złoty,

Dają tym piachom czar głębi od spodu.

Zapatrzonemu w dal przed się bez końca

Reszta dorożki z plecami woźnicy,

Znikając nagle na rogu ulicy,

Odsłania szybę, zbłyskaną od słońca.

Pies mój, w ślad za mną idący niemrawie,

Znienacka wstrząsa kudłami swej grzywy

I pysk zadziera i patrzy ciekawie

Na szyld, od wróbli szary i wrzaskliwy.

Jakaś warjatka męczeńsko uboga,

Słynna w zaułku na całe podwórze,

Wrzuca do skrzynki, strumniałej przy murze,

List, nieudolnie skreślony do Boga

PRZEMIANY.

Tej nocy mrok był duszny i od żądzy parny,

I chabry, rozwidnione suchą błyskawicą,

Przedostały się nagle do oczu tej sarny,

Co biegła w las, spłoszona obcą jej źrenicą, --

A one, łeb jej modrząc, mknęły po sarniemu,

I chciwie zaglądały w świat po chabrowemu.

Mak, sam siebie w śródpolnem wykrywszy bezbrzeżu,

Z wrzaskiem, który dla ucha nie był żadnem brzmieniem,

Przekrwawił się w koguta w purpurowem pierzu,

I aż do krwi potrząsał szkarłatnym grzebieniem,

I piał w mrok, rozdzierając dziób, trwogą zatruty,

Aż mu zinąd prawdziwe odpiały koguty.

A jęczmień, kłos pragnieniem zazłociwszy gęstem,

Nasrożył nagle złością zjątrzone ościory

I w złotego się jeża przemiażdżył ze chrzęstem

I biegł, kłując po drodze ziół nikłe zapory,

I skomlał i na kwiaty boczył się i jeżył,

I nikt nigdy nie zgadnie, co czuł i co przeżył?

A ja -- w jakiej swą duszę sparzyłem pokrzywie,

Że pomykam ukradkiem i na przełaj miedzą?

I czemu kwiaty na mnie patrzą podejrzliwie?

Czy coś o mnie nocnego wbrew mej wiedzy -- wiedzą?

Com czynił, że skroń dłońmi uciskam obiema?

Czem byłem owej nocy, której dziś już niema?

II

BALLADY

MIRIAMOWI

GAD.

Szła z mlekiem w piersi w zielony sad,

Aż ją w olszynie zaskoczył gad.

Skrętami dławił, ująwszy w pół,

Od stóp do głowy pieścił i truł.

Uczył ją wspólnym namdlewać snem,

Pierś głaskać w dłonie porwanym łbem,

I od rozkoszy, trwalszej nad zgon,

Syczeć i wić się i drgać, jak on.

Już me zwyczaje miłosne znasz,

Zwól, że przybiorę królewską twarz.

Skarby dam tobie z podmorskich den,

Zacznie się jawa -- skończy się sen!

Nie zrzucaj łuski, nie zmieniaj lic!

Nic mi nie trzeba i nie brak nic.

Lubię, gdy żądłem równasz mi brwi

I z wargi nadmiar wysysasz krwi,

I gdy się wijesz wzdłuż moich nóg,

Łbem uderzając o łoża próg.

Piersi ci chylę, jak z mlekiem dzban!

Nie żądam skarbów, nie pragnę zmian.

Słodka mi śliny wężowej treść, --

Bądź nadal gadem i truj i pieść!

RÓŻE.

Ocknął się rycerz, snem zatrwożony,

Mówi po ciemku do swojej żony:

--„Sen miałem, jakom zwykł,

„Był tu, był tam -- i znikł.

„Widziałem we śnie róże i róże,

„I twoją siostrę i noc w lazurze,

„Tuż obok w sennych mgłach

„Szedł ku niej nawprost gach.

„Spłyń-że mi cicho, jak krew po nożu,

„Do jej alkowy, by tuż przy łożu,

„Co dźwiga ciała znój,

„Sen sprawdzić mój -- nie mój!”

Zwlekła się pani z leż na kolana,

Z kolan powstała wyprostowana,

I poszła przed się w mrok,

Za krokiem głusząc krok.

Gdy do siostrzynej wnikła alkowy,

Szukała głowy obok jej głowy,

Obok lic -- innych lic,

Lecz nie znalazła nic.

Ujrzała tylko róże i róże,

Wszystkie szkarłatne i bardzo duże,

Bo śpiąca, trwając wzdłuż,

Sen pasła jawą róż.

Upadła pani w mrok na kolana.

-- „Tak będę trudniej zowąd widziana!” --

Tamuje wonny dech,

Nocnych się bojąc ech.

Gdy północ wzmogła sny nieomylne.

Słyszy stąpanie bose i pilne, --

Ściągnęła czujne brwi:

Ktoś wręcz otworzył drzwi.

Na klęczkach pani wzroku natęża,

Na klęczkach widzi, że duch jej męża

Idzie, drzwi tłumiąc ruch, --

Śpi ciało -- czuwa duch!

Idzie ku śpiącej w ogień i burzę,

Pomiędzy róże, pomiędzy róże!

Od róż ją bierze w pół,

W uścisku zwarł i skuł.

-- „Śpijmy oboje -- i duch i ciało,

„Niech żadne nie wie, co się z niem działo!”

Przegina śpiącą w znak,

By docałować tak!

Nad ranem pani powraca blada.

-- „Czy śpisz, mój mężu?” -- Nie odpowiada.

--„Różami sen twój czuć!

„O zbudź się, zbudź się, zbudź!”

Budzi się rycerz i w oczy pyta:

-- „Cóżeś widziała, w mroku ukryta?

„Czy mówić nie masz sił?

„Był-że gach w łożu?” -- „Był”. --

-- „Czy szedł ku śpiącej w ogień i burzę,

„Pomiędzy róże, pomiędzy róże?

„Czy przegiął białą w znak?” --

--„Tak -- szepcze pani -- tak”. --

-- „A czyli widział ciebie, jak w mroku

„Z dłonią na piersi, ze zgrozą w oku

„Klęczałaś, zgięta w łuk?” --

--„Widział i on i Bóg!” --

Porwał się rycerz ze swej łożnicy:

-- „Uchyl, śnie złoty, złotej przyłbicy!

„Jam jest! Poznajesz mnie?”

--„Nie inny byłeś w śnie!” --

-- „Spędzałem noce na sennej strawie,

„Odtąd chcę żywą pieścić na jawie!” --

--„Już -- szepcze pani -- już

„Skonała wpośród róż!

„We śnie zabiłam ciało bezszumne,

„Złożyć kazałam w podwójną trumnę;

„Dwie trumny -- trzeci grób, --

„Trudny z nią będzie ślub!” --

A rycerz na to: „Zmarła zawcześnie!

„Znowu ją muszę nawiedzać we śnie,

„Do trumien wkroczę dwóch

„Ja -- pan, ja -- sen, ja -- duch!”

BALLADA DZIADOWSKA.

Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą,

Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.

Szedł skądkolwiek gdziekolwiek -- byle zażyć wywczasu,

Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu.

Stał i patrzał tem białkiem, co w niem pełno czerwieni,

Oj da-dana, da-dana! -- jak się strumień strumieni!

Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca,

Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica.

Nie wiedziała, jak pieścić, -- nie wiedziała, jak nęcić?

Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić?

Wytrzeszczyła nań oczy -- szmaragdowe płoszydła --

I objęła za nogi -- pokuśnica obrzydła.

Całowała uczenie, i łechtliwie i czule

Oj da-dana, da-dana! -- tę drewnianą, tę kulę!

Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy,

Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy.

Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby,

Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby!

-- „Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną?

Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano?

Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia,

Ty, wymoczku rusalny, -- ty, chorobo strumienia!

Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu?

Oj-da-dana, da-dana! -- umrę chyba ze śmiechu!” --

Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą!

-- „Pójdż-że ze mną, dziadoku -- dziaduleńku -- dziadygo!

Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali,

Będę ciebie tuczyła kromką żwiru z pod fali.

Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne,

Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!”

Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą

Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą.

Nim się zdążył obejrzeć, -- już miał falę na grzbiecie, --

Nim się zdołał przeżegnać, -- już nie było go w świecie!

Zakłębiły się nurty -- wyrównała się woda,

Znikła torba dziadowska i łysina i broda!

Jeno kloc ten chodziwy -- owa kula drewniana

Wypłynęła zwycięsko -- oj da-dana, da-dana!

Wypłynęła -- niczyja, nie należna nikomu,

Wyzwolona z kalectwa, wypłókana ze sromu!

Brnęła tędy -- owędy szukająca swej drogi,

Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi!

Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu,

Zapląsała radośnie na swem własnem odbiciu!

I we żwawych poskokach podyrdała przez fale

Oj da-dana, da-dana! -- w te zaświaty -- oddale!

DUSIOŁEK.

Szedł po świecie Bajdała,

Co go wiosna zagrzała, --

Oprócz siebie -- wiódł szkapę, oprócz szkapy -- wołu,

Tyteż tędy, co wszędy, szedł z nimi pospołu.

Zachciało się Bajdale

Przespać upał w upale,

Wypatrzył zezem ściółkę ze mchu po pod lasem,

Czy dogodna dla karku -- spróbował obcasem.

Poległ cielska tobołem

Między szkapą a wołem,

Skrzywił gębę na bakier i jęzorem mlasnął

I ziewnął w niebogłosy i splunął i zasnął.

Niewiadomo dziś wcale,

Co się śniło Bajdale?

Lecz wiadomo, że, szpecąc przystojność przestworza,

Wylazł z rowu Dusiołek, jak półbabek z łoża.

Pysk miał z żabia ślimaczy, --

(Że też taki żyć raczy!) --

A zad tyli, co kwoka, kiedy znosi jajo.

Milcz, gębo nieposłuszna, bo dziewki wyłają!

Ogon miał ci z rzemyka,

Podogonie zaś z łyka.

Siadł Bajdale na piersi, jak ten kruk na snopie, --

Póty dusił i dusił, aż coś warkło w chłopie!

Warkło, trzasło, spotniało!

Coć się stało, Bajdało?

Dmucha w wąsy ze zgrozy, jękiem złemu przeczy, --

Słuchajta, wszystkie wierzby, jak chłop przez sen beczy!

Sterał we śnie Bajdała

Pół duszy i pół ciała,

Lecz po prawdzie nie długo ze zmorą marudził, --

Wyparskał ją nozdrzami, zmarszczył się i zbudził.

Rzekł Bajdała do szkapy:

Czemu zwieszasz swe chrapy?

Trzebać było kopytem Dusiołka przetrącić,

Zanim zdążył mój spokój w całem polu zmącić!

Rzekł Bajdała do wołu:

Czemuś skąpił mozołu?

Trzebać było rogami Dusiołka postronić,

Gdy chciał na mnie swej duszy paskudę wyłonić!

Rzekł Bajdała do Boga:

O, rety -- olaboga!

Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka,

Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?

ŚWIDRYGA I MIDRYGA.

To nie konie tak cwałują i uszami strzygą,

Jeno tańczą dwaj opoje -- Świdryga z Midrygą.

A nie stęka tak stodoła pod cepów bijakiem,

Jak ta łąka, żgana stopą srożej, niż kułakiem!

Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada

I Świdrydze i Midrydze i tańcowi rada.

Zaglądała im do oczu chciwie, jak do żłobu.

-- „Który w tańcu mię wyhula, bom jedna dla obu?” --

-- „Moja będzie -- rzekł Świdryga -- ta pierś i ta szyja!” --

A Midryga pięścią przeczy: „Moja, lub niczyja!”

Ten ją porwał za dłoń jedną, a tamten za wtórą.

-- „Musisz obu nam nastarczyć, skąpico-dziewczuro!”

A ona im prosto w usta dyszy bez oddechu,

A ona im prosto w oczy śmieje się bez śmiechu.

I rozdwaja się porównu, rozszczepia się żwawo

Na dwie dziewki, na siostrzane -- na lewą i prawą.

-- „Dosyć ciała dwoistego mamy tu na łące!

„Tańcz-że z nami południami, dopóki jarzące!

„Jedna dziewka rak ma czworo i cztery ma łydy!

Niech upoją nas do reszty twe słodkie bezwstydy!”

Nasrożyli się do tańca, jakgdyby do boju, --

Przysporzyli kwiatom zgiełku, łące -- niepokoju

Więc Świdryga pląsał z prawą, więc Midryga -- z lewą,

Ten obcasem kurz zamiatał, a tamten -- cholewą.

Na odsiebkę, na odkrętkę i znów na odwrotkę, --

Podeptali macierzankę, błyszczkę i tymotkę!

Jeden wrzeszczał: „Konaj żywcem!” a drugi: „Wciornaści!”

Tańcowali aż do zdechu i aż do upaści!

Aż poczuli, że dziewczyna życie w tańcu traci,

I umarła jednocześnie we dwojej postaci.

„Pochowajmy owo ciało nie bardzo samotne.

„Bo podwójne w tańcowaniu, a w śmierci dwukrotne.

„Pochowajmy na cmentarzu, gdzie za drzewem -- drzewo,

„Zmówmy pacież obopólny -- za prawą i lewą.”

W dwóch ją trumnach ułożyli, ale w jednym grobie, --

A już huczy echo ziemne -- tańczą trumny obie!

Tańczą, ciałem nakarmione, syte i hulaszcze,

Ukazując co raz w tańcu niedomkniętą paszczę

Tańczą, skaczą i wirują, klepką dzwonią w klepkę,

Na odkrętkę, na odwrotkę i znów na odsiebkę!

Aż się kręci razem z niemi śmierć w skocznych lamentach,

Aż się wzdryga wnętrznościami przerażony cmentach!

Aż się w sobie zatraciło błędne tańca koło,

Aż się stało po pod ziemią huczno i wesoło!

Aż zmąciły się rozumy Świdrydze-Midrydze,

Jakby wicher je rozhulał na wiatraka śmidze!

I rozwiała się w ich głowach ta wiedza pomglona,

Gdzie jest prawa strona świata, a gdzie lewa strona?

W jakiej trumnie lewa dziewka, w jakiej prawa leży?

I która z nich i do kogo po śmierci należy?

Tak im w oczach opętanych świat się cały miga,

Że nie wiedzą, kto Świdryga, a kto z nich Midryga?

Jeno ujrzą otchłań śmierci czarną od ogromu:

-- „A bądźcie tu, ludzie dobrzy, jak u siebie w domu!

Jedna trumna dla jednego, dla drugiego -- druga,

W jednej wieczność prawem okiem, w drugiej lewem mruga.

Obłąkani nad przepaścią poklękali wzajem

I na klęczkach zatańczyli tuż, tuż nad jej skrajem.

Tańcowali na czworakach, tańcowali płazem,

Tak i nie tak -- i na opak -- razem i nie razem!

At wichrzeni w mrok dwóch trumien, jak dwa błędne wióry

Powpadali w otchłań śmierci nogami do góry!

MAK.

Za chruścianym stanęła witakiem,

A boginiak już czyhał za krzakiem, --

Pogiął kibić, zagarnął twarz białą

I mięśniami pościskał jej ciało!

A ty śpiewaj, śpiewulo, --

A ty zgaduj, zgadulo!

I mięśniami pościskał jej ciało.

Tchem się swoim do tchu jej przedostał,

Dreszczem nagłym dreszczowi jej sprostał,

Sponiewierał wargami w ustroniu,

Obezdolił pieszczotą na błoniu!

A ty śpiewaj, śpiewulo, --

A ty zgaduj, zgadulo!

Obezdolił pieszczotą na błoniu.

I wykochał jej nogi i ręce,

I wykochał oddechy dziewczęce,

I z chichotem odrzucił na siano

Tę dziewczynę, przez niego ospaną!

A ty śpiewaj, śpiewulo, --

A ty zgaduj, zgadulo! --

Tę dziewczynę, przez niego ospaną.

-- „Dokąd pójdę -- na które cmentarze?

„Jak się Bogu na oczy pokażę?

„Ni mi klęknąć na grzeszne kolano,

„Ni przeżegnać się dłonią zbrukaną!

A ty śpiewaj, śpiewulo, --

A ty zgaduj, zgadulo!

„Ni przeżegnać się dłonią zbrukaną.”

Wspominając jego wargi ssące,

Mak czerwony zerwała na łące.

Pełna lęku i wstydu i zmazy

Przeżegnała się makiem trzy razy!

A ty śpiewaj, śpiewulo, --

A ty zgaduj, zgadulo!

Przeżegnała się makiem trzy razy.

Rozewrzyjcie na nieba rozstaju

Wszystkie wrota do mego wyraju,

Bo ja w niebie dziewczynę mieć muszę

Tę, co makiem przeżegnała duszę!

A ty śpiewaj, śpiewulo,

A ty zgaduj, zgadulo!

Tę, co makiem przeżegnała duszę.

WIŚNIA

Rosła wiśnia w królewskim ogrodzie,

Król ją ujrzał o słońca zachodzie.

Ujrzał tajnym zapłonioną żarem

I obłąkał swe zmysły jej czarem.

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

„Jedni wierzą w śpiewające ptaki,

Inni w gwiezdne na błękicie znaki,

A ja ciebie będę czcił w twej krasie,

Wiśnio, wiśnio! Już ku zmierzchom ma się!”

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

„Uśmierz obłęd, ty -- zorzo zorzysta!

Przejrzyj duszę do dna, bo zbyt mglista...

W tym ogrodzie dwoje nas, jak dwoje”...

I wyciągnął ku niej usta swoje.

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

I wyciągnął usta w żal zaklęty

I skamieniał, szałem ogarnięty,

I nie wiedział, że nie dni samotne,

Jeno wieki mijają stokrotne.

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

Ona zdawna przez jego kochanie

Nieśmiertelne pozyskała trwanie

I, wtulona w nieuwiędłe liście,

Płomieniała odtąd wiekuiście.

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

A on w mgłę się rozcieńczył obladłą,

Ciało jego już w nic się rozpadło,

Jeno ustom, by mogły całować,

Wolno było w ogrodzie wiekować.

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

I śpiewały te usta do wiśni:

„Brak nam oczu. Cóż ślepcom się przyśni?

„Lecz, cokolwiek nam sądzono w niebie,

„Nie przestaniem należeć do ciebie!”

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

Tędy właśnie szły dziewczęta młode,

Podziwiały ust wiernych urodę:

„Usta, usta, rozwarte do picia,

„Jaki smutek stał się wam za życia?”

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

„Mogłybyście nie jednej dziewczynie,

„Dać to szczęście, bez którego ginie!

„Jakaż niemoc tak strasznie was więzi

„Do tej wiśni, co trwa na gałęzi?”

Ach, nie po to się czerwienię,

Żeby gasić twe pragnienie!

PIŁA

Idzie lasem owa zmora, co ma kibić piły,

A zębami chłopców nęci i zna czar mogiły.

Upatrzyła parobczaka na schyłku doliny:

-- „Ciebie pragnę, śnie jedyny, -- dyny moje, dyny!

„Pocałunki dla cię, chłopcze, w ostrą stal uzbroję,

„Błysk -- niedobłysk na wybłysku -- oto zęby moje!

„Oczaruj się tym widokiem, coś go nie widywał,

„Ośnij-że się tymi snami, coś ich nie wyśniwał!

„Połóż głowę na tym chabrze i połóż na maku,

„Pokochaj mnie w polnym znoju i w śródleśnym ćmaku!”

-- „Będę ciebie kochał mocą, z którą się mocuję,

„Będę ciebie tak całował, jak nikt nie całuje!

„Będę gardził dziewczętami, com je miał w swej woli,

„Bo z nich każda od miłości łka, jak od niedoli.

„Chcę się ciałem przymiarkować do nowej pieszczoty,

„Chcę się wargą wypurpurzyć dla krwawej ochoty!

„Chcę dla twojej dla zabawy tak się przeinaczyć,

„Abym mógł się na twych zębach dreszczami poznaczyć!”

Zazgrzytała od rozkoszy, naostrzyła zęby:

-- „Idę w miłość, jak chadzałam na leśne wyręby!”

Zaszumiała po nad nimi ta wierzba złotocha, --

Poznał chłopiec, czem w uścisku jest stal, gdy pokocha!

Całowała go zębami na dwoje, na troje:

-- „Hej, nie jedną z ciebie duszę w zaświaty wyroję!”

Poszarpała go pieszczotą na nierówne części:

-- „Niech wam, moje wy drobiażdżki, w śmierci się poszczęści!”

Rozrzuciła go podzielnie we sprzeczne krainy:

-- „Niechaj Bóg was pouzbiera, ludzkie omieciny!”

Same chciały się uciułać w kształt wielce bywały,

Jeno znaleźć siebie w świecie wzajem nie umiały.

Zaczęło się od mrugania ległych w kurzu powiek, --

Niewiadomo, kto w nich mrugał, ale już nie człowiek!

Głowa, dudniąc, mknie po grobli, szukająca karku,

Jak ta dynia, gdy się dłoniom umknie na jarmarku.

Piersią, sobie przywłaszczoną, jar grabieżczo dyszy,

Uchem, wbiegłem na wierzchołek, wierzba coś tam słyszy!

Oczy, wzajem rozłączone, tleją bez połysku,

Jedno brzęczy w pajęczynie, drugie śpi w mrowisku.

Jedna noga po pod lasem uwija się w tańcu,

Druga włóczy się na klęczkach po zbożowym łańcu.

A ta ręka, co się wzniosła w próżnię po nad drogą,

Znakiem krzyża przeżegnała niewiadomo kogo!

KRÓLEWNA CZARNYCH WYSP.

Królewna Czarnych Wysp, podwójną bielą rąk

Rozwidniająca zmierzch w miłosnych żądz pośpiechu,

Rozdawczyni snów i mąk,

Pełna zdrady, pełna grzechu,

Całująca własne dłonie,

Zanim czar utracą w zgonie,

Dziś o północy w ogrodzie,

W kwiatach, w rosach, w cieniu, w chłodzie

Umarła.

W przedzgonnej, nagłej męczarni

Wiła się po bujnej darni,

W snach się wiła wciąż a wciąż,

Szalejąc ku nocy jasnej,

Aż zwinęła się, jak wąż,

Dookoła śmierci własnej.

Dzwonią w kościele.

Zbiegli się kochankowie na gwar dzwonów złoty,

Złoty gwar wśród drzewnych cieni,

Wszyscy smutni i zdradzeni,

Zbłąkani wpośród tęsknoty.

--„Smutki nasze -- srebrne taśmy

„Wokół bioder królewny!

„Pragnienie w śmierci ugaśmy,

„Poranek nasz -- niepewny!”

Tak to marzeń obyczajem

Pozdrowiwszy się nawzajem,

Na ramiona krzepkie, dumne

Niewesołą wzięli trumnę

I ponieśli nawprost słońca

W pszczół wyroje, w żal bez końca,

W sen o Bogu i o Maju.

W nagłą pustkę na rozstaju,

W spodziewaną poprzód grozę,

W cień cmentarza, po pod brzozę,

A, niosąc, wciąż kołysali,

A, kołysząc, zamawiali,

Żeby miała śmierć słodką.

Kopiąc wspólnie dół wśród ostu

Najpierw w glinie, potem w głazie,

Wspominali raz po razie,

Że była topoli wzrostu.

--„Kopmy dół dla smutnej wieści,

„Aż się topola pomieści,

„I ułużmy do snu ciało

„Tak, jakby samochcąc spało.”

Ułożyli, poprawili

Raz i jeszcze, a po chwili

Przyglądali się z pobrzeży

Czy dość samochcący leży?

Naówczas gąsiory złote

Ujęli po przez tęsknotę

I wlewali miód do dołu

I kolejno i pospołu,

Wlewali go cienką strugą,

Ale suto, ale długo.

Żeby miała śmierć słodką.

Potem, lutnie nastroiwszy

Do żalnego w śmierć okrzyku,

By okazać ból żarliwszy,

Stanęli w chóralnym szyku

Według głosów, według losów

Przeznaczonych od niebiosów,

I chóralnie zaśpiewali

Pieśni o wszelkiej oddali,

O kalinie, która latem

Zbłąkała się po za światem,

O pośmiertnym w różach znoju

I o wiecznym niepokoju,

I śpiewali pieśni smutne,

I miłosne i okrutne,

Księżycowe i słoneczne,

I wesołe i taneczne,

Żeby miała śmierć słodką.

A gdy jej dusza, niby kropla z wiosła,

Strącona z ziemi -- w ciemność się uniosła,

Aniołowie, w locie biegli,

Na spotkanie jej wybiegli,

Bardzo senni, bardzo biali,

Szalejąc w wieczności progach,

Zagrobnie ją całowali

I po rękach i po nogach,

Żeby miała śmierć słodką.

Miałam ci ja śmierć słodką,

Śmierć w kwiatach oniemiałą,

Jakbym była lilją białą,

Albo stokrotką.

Złożyli mię kochankowie

W grobie na wznak, jak w alkowie,

Nie szczędzili mi w mych mękach

Ni ostatniej na sen rady,

Ni pieśni, ni miodnych trunków,

A na nogach i na rękach

Dotąd jeszcze czuję ślady

Anielskich pocałunków!

Pokój mym cieniom.

ZIELONY DZBAN.

To nie stu rycerzy, lecz sto trupów leży!

Nie sto trupów leży, jeno stu rycerzy!

A nie dla nich ruczaj dzwoni,

A bór szumny od nich stroni,

Jeno wicher we sto koni

Znikąd ku nim bieży.

Wybiła godzina -- wiosna się zaczyna,

Z chaty poprzez kwiaty wybiega dziewczyna,

Dzban zielony, pełen wody,

Niesie zmarłym dla ochłody

W skwar śmiertelnej niepogody,

Co w proch wargi ścina.

Stopy moje -- bose, skronie -- złotowłose,

Kochałam, płakałam, zmarłym wodę niosę,

Oczerstwijcie ból wasz słony,

Smakiem śmierci podrażniony,

Cały ranek w dzban zielony

Ciułałam tę rosę.

Wypić -- wypijemy, lecz nie ożyjemy,

Na polu w kąkolu żal się chwieje niemy,

A my leżym z ziemią w zmowie

W tym tu rowie i parowie,

Lecz nikt tego nie wypowie,

Gdzie my teraz, gdzie my?

Jedyny dobytek -- ciszy w sobie zbytek

I snu podziemnego żmudny bezpożytek.

Nim sporządzisz dla nas sanie

Na wieczyste zimowanie,

Połóż wieniec na kurhanie

Z kalinowych witek.

W waszem zgromadzeniu, w natłoczonym cieniu

Jest taki, co maki kładł mi na ramieniu,

Niech ze dzbana pije wodę,

Niech przypomni lata młode,

Gdy raz spojrzał w mą urodę

W nagłem zachwyceniu!

Płyną dni niezłomne, czasy nieprzytomne,

Nie wierzę, że leżę trzy lata ogromne!

Mak pamiętam purpurowy,

Ale twojej, dziewczę, mowy

I tej złotej w słońcu głowy

Już dziś nie przypomnę!

Chmurzą się błękity, płacze deszcz obfity,

Na trawie w murawie leży dzban rozbity,

Dzban rozbity leży, leży,

A śpi pod nim stu rycerzy,

A wiatr znikąd ku nim bieży,

Kurzawą okryty!

ŚMIERCIE.

Chodzą Śmiercie po słonecznej stronie,

Trzymający się wzajem za dłonie.

Którą z naszej wybierzesz gromady,

By w cmentarne uprowadzić sady?

Nie chciał pierwszej, że nazbyt miniasta,

Grób, gdy hardy, pokrzywą porasta.

Nie chciał drugiej, że nadmiernie złota,

Nie zna ciszy, kto się tak migota.

Wybrał trzecią, co, choć bogulicha,

Lecz tak cicha, że wszystko nacicha.

Coś za jedna, że podobasz mi się

W swym bożystym na ziemi zarysie?

Zal mi przeżal ptaka, co odlata,

Dla cię umrę z nieżalu do świata.

Blada jesteś, jak to słońce w zimie, --

Kędy dom twój i jak ci na imię?

Dom mój stoi na ziemi uboczu,

A na imię nic nie mam, prócz oczu.

Nic w tych oczach nie mam, prócz wieczoru,

Pewna byłam twojego wyboru.

Jeden zowąd śmierć sobie wybiera,

Ale drugi tą śmiercią umiera.

Choć wybrałeś, nie wiedząc dla kogo,

Zawszeć będę pamiętną i drogą.

Jestem śmiercią twej matki, co w chacie

Uśmiechnięta czeka teraz na cię.

STRÓJ.

Miała w sadzie strój bogaty,

Malowany w różne światy,

Że, gdy w nim się zapodziała,

Nie wędrując -- wędrowała.

Strój koloru murawego,

A odcienia złocistego, --

Murawego -- dla murawy,

Złocistego -- dla zabawy.

Zbiegło się na te dziwy aż stu płanetników,

Otoczyli ją kołem, nie szczędząc okrzyków.

Podawali ją sobie z rąk do rąk, jak czarę:

-- „Pójmy duszę tym miodem, co ma oczy kare!”

Podawali ją sobie z ust do ust na zmiany:

-- „Słodko wargą potłoczyć taki krzew różany!”

Porywali ją naraz w stu pieszczot zawieję:

-- „Dziej się w tobie to samo, co i w nas się dzieje.”

Dwojgiem piersi ust głodnych karmiła secinę:

-- „Nikt tak słodko nie ginął, jak ja teraz ginę!”

Szła pieszczota koleją, dreszcz z dreszczem się mijał,

Nim jeden wypił do dna, -- już drugi nadpijał.

Kto oddawał -- dech chwytał, a kto brał -- dech tracił,

A kto czekał za długo -- rozumem przypłacił!

Sad oszalał i stał się nieznany nikomu,

Gdy ona, jeszcze mdlejąc, wróciła do domu.

Miała w oczach ich zamęt, w piersi -- ich oddechy,

I płonęła na twarzy od cudzej uciechy!

-- „Jakiż wicher warkocze w świat ci rozwieruszył?”

-- „Ach, to strzelec -- postrzelec w polu mnie ogłuszył!”

-- „Co za dreszcz twojem ciałem tak żarliwie miota?”

-- „Śniła mi się w śródlesiu burza i pieszczota!”

Mać ją, płacząc, wyklęła, -- ojciec precz wyrzucił,

Siostra łokciem skarciła, a brat się odwrócił.

A kochanek za progiem z pierścieni ograbił,

I nie było nikogo, ktoby jej nie zabił.

I nie było nikogo, ktoby nie był dumny,

Że ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny.

Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył

I przez łzy się uśmiechał, że ją w niebie przeżył.

-- „Ty musisz dla mnie poledz na śmierci wezgłowiu,

„A ja muszę dla ciebie trwać na pogotowiu!

„Ty pójdziesz tą doliną, gdzie ustaje łkanie,

„A ja pójdę tą górą na twoje spotkanie.

„Ty opatrzysz me rany, ja twych pieszczot ciernie,

„I będziem odtąd w siebie wierzyli bezmiernie!”

Miała w trumnie strój bogaty,

Malowany w różne światy,

Że, gdy w nim się zapodziała,

Nie wędrując -- wędrowała.

Strój koloru murawego,

A odcienia złocistego,

Murawego -- dla murawy,

Złocistego -- dla zabawy.

DĄB.

Zaszumiało, zawrzało, a to właśnie z dąbrowy

Wbiegł na chóry kościelne krzepki upiór dębowy

I poburzył organy rąk swych zmorą nie zmorą,

Jakby naraz go było wespół z gędźbą kilkoro.

Rozwiewała się, trzeszcząc, gałęzista czupryna,

I szerzyła się w oczach niewiadoma kraina.

A on piersi wszem dudom nastawił po rycersku,

A w organy od ściany uderzał po siekiersku!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż ci miech, duda

I wszelaka ułuda!

Bił prawicą na lewo, a lewicą na prawo,

Pokrzyżował ryk z jękiem, a lamenty ze wrzawą,

Aż z tej dudy -- marudy dobył dłonią sękatą

Pieśń od wnętrza zieloną, a po brzegach kwiaciatą.

Wyszli święci z obrazów, bo już mają we zwyku,

Że się garną śmierciami do śpiewnego okrzyku.

I Bóg przybył skądinąd, niebywały w tej porze,

Niebywały, lecz cały zasłuchany! O, Boże!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż ci miech, duda

I wszelaka ułuda!

Grał ci drzewne obłędy, sen umarłej zieleni,

Rozpacz liści, porwanych wirem zimnych strumieni,

I grał marsze żałobne muchomorów, co kroczą

Jedną nogą donikąd, kiedy zgon swój zaoczą.

I grał o tem, jak mszary jeno milczą a milczą,

Jak śmierć leśna śpi nawznak pod jagodą pod wilczą,

I jak rosa bez oczu swemi łzami się nęka,

I jak drzewo pod ziemią w nagły żal się rozklęka!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż miech, duda

I wszelaka ułuda!

A gdy śpiew mu uderzył durem leśnym do głowy.

Grał wszystkiemi jarami wszystkie naraz parowy!

Aż ten ołtarz zlękniony, gdzie wyzłota się święci,

Chciał już runąć na ziemię, lecz potłumił swe chęci.

A on wpodłuż organów, stare miażdżąc im koście,

Porozpędzał swe dłonie, jak te nogi po moście,

I, rozwiawszy tłum dźwięków po pieśniowym rozłogu,

Wygrzmiał z miechów to wszystko, co las myśli o Bogu!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż ci miech, duda

I wszelaka ułuda!

Między Bogiem a grajem znikła inszość i przedział,

Skoro Bóg się o sobie snów dębowych dowiedział.

-- „Odkąd żyję na świecie, a wszak jestem wieczysty,

„Nigdym dotąd nie słyszał takiego organisty!”

Grajek znawstwu bożemu na pamiątkę i chwałę

Porozbujał pieśń górą w dwa ruczaje niestałe,

Rozmurawił ją dołem, aż się kościół zielenił,

A cienistym przyśpiewem twarz słuchacza ocienił!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż ci miech, duda

I wszelaka ułuda!

I Bóg słuchał wzruszony, słuchał duszą bezkreśną,

A w tej duszy mu było i ruczajno i leśno,

I coś jeszcze miarkował i coś dumał na stronie

I biegł żywcem do grajka i wyciągał swe dłonie!

Święci, wiedząc, co czynią, w nagłej cudom podzięce

Poklękali radośnie, wziąwszy siebie za ręce,

Bo, odkiedy świat światem, a śmierć jego obrębem,

Po raz pierwszy Bóg, płacząc, obejmował się z dębem!

Graj-że, graju, graj,

Dopomóż ci Maj,

Dopomóż ci miech, duda

I wszelaka ułuda!

BALLADA BEZLUDNA.

Niedostępna ludzkim oczom, że nikt po niej się nie błąka,

W swem bezpieczu szmaragdowem rozkwitała w bezmiar łąka,

Strumień skrzył się na zieleni nieustannie zmienną łatą,

A gwoździki z poza trawy wykrapiały się wiśniato.

Świerszcz, od rosy napęczniały, ciemnił pysk nadmiarem śliny,

I dmuchawiec kroplą mlecza błyskał w zadrach swej łęciny,

A dech łąki wrzał od wrzawy, wrzał i żywcem w słońce dyszał.

I nie było tu nikogo, ktoby widział, ktoby słyszał.

Gdzież me piersi, Czerwcami gorące?

Czemuż niema ust moich na łące?

Rwać mi kwiaty rękami obiema!

Czemuż rąk mych tam na kwiatach niema?

Zabóstwiło się cudacznie pod blekotem na uboczu,

A to jakaś mgła dziewczęca chciała dostać warg i oczu,

I czuć było, jak boleśnie chce się stworzyć, chce się wcielić,

Raz warkoczem się zazłocić, raz piersiami się zabielić, --

I czuć było, jak się zmaga zdyszanego męką łona,

Aż na wieki sił jej zbrakło -- i spoczęła niezjawiona!

Jeno miejsce, gdzie być mogła, jeszcze trwało i szumiało,

Próżne miejsce na tę duszę, wonne miejsce na to ciało.

Gdzież me piersi, Czerwcami gorące?

Czemuż niema ust moich na łące?

Rwać mi kwiaty rękami obiema!

Czemuż rąk mych tam na kwiatach niema?

Przywabione obcym szmerem, wszystkie zioła i owady

Wrzawnie zbiegły się w to miejsce, niebywałe węsząc ślady,

Pająk w nicość sieć nastawił, by pochwycić cień jej cienia,

Bąk otrąbił uroczystość spełnionego nieistnienia.

Żuki grały jej potrupne, świerszcze -- pieśni powitalne,

Kwiaty wiły się we wieńce, ach, we wieńce pożegnalne!

Wszyscy byli w owem miejscu na słonecznym, na obrzędzie,

Prócz tej jednej, co być mogła, a nie była i nie będzie!

Gdzież me piersi, Czerwcami gorące?

Czemuż niema ust moich na łące?

Rwać mi kwiaty rękami obiema!

Czemuż rąk mych tam na kwiatach niema!

III

W MALINOWYM CHRÓŚNIAKU

***

W malinowym chróśniaku, przed ciekawych wzrokiem

Zapodziani po głowy, przez długie godziny

Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.

Palce miałaś naoślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,

Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,

Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,

Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni

Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całem niebie

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,

I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którem okamgnieniu,

Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,

Porwałem twoje dłonie -- oddałaś w skupieniu,

A chróśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

***

Śledzą nas... Okradają z ścieżek i ustroni,

Z trudem przez nas wykrytych. Gniew nas w słońcu pała!

Śpieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni,

Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała.

Więc naprzekór przeszkodom źrenicą bezradną

Chłoniemy się nawzajem, niby dwa bezdroża,

A, gdy powiek znużonych kotary opadną,

Czujemy, żeśmy wyszli z uścisków i z łoża.

Nikt tak nigdy nie patrzał, nie bywał tak blady,

I nikt do dna rozkoszy ciałem tak nie dotarł,

I nie nurzał swych pieszczot bezdomnej gromady

W takiem łożu, pod strażą takich czujnych kotar!

***

Taka cisza w ogrodzie, że się jej nie oprze

Żaden szelest, co chętnie taje w niej i ginie.

Czerwieniata wiewiórka skacze po sośninie,

Żółty motyl się chwieje na złotawym koprze.

Z własnej woli, ze śpiewnym u celu łoskotem

Z jabłoni na murawę spada jabłko białe,

Łamiąc w drodze kolejno gałęzie spróchniałe,

Co w ślad za niem -- spóźnione -- opadają potem.

Chwytasz owoc, zanurzasz w nim zęby na zwiady

I podajesz mym ustom z miłosnym pośpiechem,

A ja gryzę i chłonę twoich zębów ślady,

Zębów, które niezwłocznie odsłaniasz ze śmiechem.

***

Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne:

Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,

Winna zgasnąć w tej szybie, a w tamtej zapłonąć.

Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.

Łąka · 第 1 / 4 段