PRZYJACIELE.

Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie;

Ostatni znam jej przykład w oszmianskim powiecie.

Tam żył Mieszek, kum Leszka i kum Mieszka, Leszek,--

Z tych, co to: gdzie ty, tam ja, co moje, to twoje.

Mówiono o nich, że gdy znaleźli orzeszek,

Ziarnko dzielili na dwoje;

Słowem tacy przyjaciele,

Jakich i wtenczas liczono nie wiele,

Rzekłbyś dwójduch w jednem ciele.

O tej swojej przyjaźni raz w cieniu dąbrowy

Kiedy gadali, łącząc swoje czułe mowy

Do kukań zozul i krakań gawronich,--

Alić ryknęło raptem coś koło nich.

Leszek na dąb; nuż po pniu skakać jak dzięciolek.

Mieszek tej sztuki nie umie,

Tylko wyciąga z dołu ręce i „Kumie!”

Kum już wylazł na wierzchołek.

Ledwie Mieszkowi był czas zmróżyć oczy,

Zbladnąć, paść na twarz, a już niedźwiedź kroczy,

Trafia na czoło, maca, jak trup leży...

Wnosi, że to nieboszczyk i że już nie świeży,

Więc, mruknąwszy ze wzgardą, odwraca się w knieje.

Bo niedźwiedź Litwin mięs nieświeżych nie je

Dopieroż Mieszek odżył.--„Było z tobą krucho!

Wola kum—szczęście, Mieszku, że cię nie zadrapał!

Ale co on tak długo tam nad tobą sapał,

Jak gdyby coś miał powiadać na ucho?”

„Powiedział mi, rzekł Mieszek, przysłowie niedźwiedzie

Że prawdziwych przyjaciół poznajemy wbiedzic.”

ZAJĄC i ŻABA.

Szarak, co nieraz bywał w kłopotach i trwogach,

Nie tracąc serca, póki czuł się rączy,

Teraz podupadł na nogach,

Poczuł, że się źle z nim skończy;

Więc jęknął z głębi serca: „Ach, nie masz pod słońcem

Lichszego powołania, jak zostać zającem,

Co mię w dzień pies, lis, konik, kania,

I wrona,

Nawet i ona,

Jak chce, tak gania!

A w noc gdy drzemię, oko się nie zmrużą,

Bo lada komar bzyknie przez siatki pajęcze,

Wnet drży me serce zajęcze,

Tchórząc tchórzliwiej od tchórza.

Zbrzydło mi życie, co jest wiecznym niepokojem;

Postanowiłem dziś je skończyć samobojem.

Żegnaj więc, miedzo, lat mych wiośnianych kolebko!

Wy, kochanki młodości, kapusto i rzepko,

Pożegnalnemi łzami dozwólcie się skropić.

Oznajmuję wszem w obec, że idę się topić!”

Tak z płaczem gdy do stawu zwraca skoki słabe,

Po drodze stąpił na żabę.

Ta mu, jak raca, drgnąwszy z pod nóg szusła

I z góry na łeb w staw plusła.

A zając rzekł do siebie: „Niech nikt nie narzeka,

Że jest tchórzem bo cały świat na tchórzu stoi!

Każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka

I swojego zająca, którego się boi!”

OSIOŁ i PIES.

„Jeśli chcesz, ośle, by pies kochał ciebie,

Kochaj-że ty psa,” słowa są Lokmana.

Rozumiał je nasz osioł, boć już nie był źrebię,

Ale z nich drwił. Ta lekkość jak była skarana,

Opowiem dla was, bydląt potomnych nauki.

Ten osioł, nosząc jak zazwyczaj juki,

Szedł w ślad za panem, a za nim z tyłu,

Mający nad jukami i bydlęciem dozór,

Ledwie widny w kłębach pyłu,

Biegł pies, wywiesiwszy ozór.

Bogdaj takich dozorców! Przez drogi czas wszystek

Nie tknął się swego podwładnego łytek;

Owszem, bawiąc go, to z boku harcuje,

To się naprzód wysforuje,

Ogonem wciąż dla zachętu Krętu--wętu...

Szli tak aż do południa.

Pan na skwar narzekał,

Siadł pod drzewem i zasnął.

Tegoć osieł czekał.

Obejrzał i naprzód darń przy drodze siekał,

Potem podstrzygać zaczął czubok miedzy;

Nakoniec przez rów hopsa!

Widzi się w łące,

Jakoś mimo wiedzy.

Nie znalazł-ci tam przysmaków,

Chwastowiska, ni bodziaków,

Lecz koniczyny do pasa.

„Będziesz się miała zpyszna!

Tylko ty, człowiecze,

Zmiłuj się, śpij!” Tak westchnął i siecze a siecze.

Psu oskoma i pokusa:

„Mój osłosiu, od rana jestem naczczo, mdli mię,

Ty masz wędzonkę w jukach, aż ztad czuć po dymie,

Pozwól, że dam jej całusa!

Wiesz jak zrobimy? Ja na łapy stanę dębkiem

A ty przyklęknij na jedno kolano.”

Nasz egoista, jakby do muru gadano,

Siecze, a żuje, milcząc. Aż wreszcie półgębkiem

Wypchanym koniczyną: „Co się tu wałęsasz?

Poszedłbyś psie do nogi! Jak jegomość wstanie,

Da ci śniadanie.”

Odpowiedzi nie czekał

I obuszcząk znowu

Tak zarwał trawy,

Że aż wygryzł w ziemi dołek,

Klnąc psa, że mu przeszkadza.

Wtem nagło z za rogu,

Błysnął ku niemu parą krwawych świec

Biorąc go na cel i na tuj.

Wtedy do psa: „Bracie, broń! ciu ciu! na tu! ratuj!”

A pies: ja nie twój Ratuj, ani twój pan Broniec;

Nie wrzeszcz i laki nie tratuj,

Czekaj, aż jegomość wstanie,

Na waści obronienie i poratowanie."

Wtejże chwili wilk osła dorznął.

Ot i koniec.

LIS i KOZIOŁ.

Już był w ogródku, już witał się z gąską,

Kiedy skok robiąc, wpadł w beczkę wkopaną,

Gdzie wodę zbierano;

Ani pomyśleć o wyskoczeniu,

Chociaż wody nie było i nawet nie grzązko,

Studnia na półczwarta łokcia.

Za wysokie progi

Na lisie nogi;

Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznogcia.

Postaw się teraz w lisa tego położeniu!

Inny zwierz pewno załamałby łapy

I bił się w chrapy,

Wołając gromu ażeby go dobił.

Nasz lis takich głupstw nie robił,

Wie, że rozpaczać, jest to zło przydawać do zła.

Zawsze maca w koło zębem.

A patrzy w górę. Jakoż wkrótce ujrzał kozła,

Stojącego tuż nad zrębem

I patrzącego z ciekawością w studnię.

Lis więc spuścił pysk na dno, udając, że pije,

Cmoka mocno, głośno chłepce

I tak sam do siebie szepce:

„Oto mi woda! Takiej nie piłem, jak żyję!

Smak lodu, a czysta cudnie!

Chce mi się całemu spłókać,

Ale mi ją szkoda zbrukać,

Szkoda!

Bo co też to za woda!”

Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać:

„Ej!--krzyknął z góry—ej ty ryży kudła!

Warą od źródła!”

I hop w dół. Lis mu na kark, a z karku na rogi,

A z rogów na drąg--i w nogi.

PCHŁA i RABIN.

Pewien rabin w talmudzie kąpiąc się po uszy,

Cierpiał, że go pchła gryzła; w końcu się obruszy,

Dalej czatować--złowił. Srodze przyciśnięta

Kręcąc się, wyciągając główkę i nożęta:

„Daruj rabi, mądremu nie godzi się gniewać,

O święty synu Lewi, nie chciej krwi przelewać!”

„Krew za krew!--wrzasnął rabin--Beliala płodzie!

Filistynko na cudzej wy tuczona szkodzie!

Mrówki mają śpichlerze, pracowite roje

Znoszą miody i woski, a trucień napoje,

Ty się jedna śród ludzi z liwarem uwijasz,

Pijaczko, tem szkodliwsza, że cudze wypijasz.”

Zakończył i gdy więźnia bez litości dłabi,

Pchła, konając, pisnęła: „A czem żyje rabi?”

DZWON i DZWONKI.

Dzwonki razu jednego świegotały z wieży

Do dzwona, który w piasku pod kościołem leży:

„Widzisz, bracie, choć mniejsi, jak śpiewać umiemy;

Cóż tobie po wielkości, gdyś głuchy i niemy?”

„O głośni braciszkowie!--dzwon smutny zaszeptał,

Dziękujcie plebanowi, że mię w piasek wdeptał.”

Bajki · 第 3 / 6 题