I potem odtrącała mnie namiętnym ruchem.

--Nie, ty mi go nie zastąpisz, nigdy, nigdy!

Raz wreszcie wieczorem wpadł wuj Ksawery.

Lubiłem go bardzo i cieszyłem się, ile razy przychodził, bo niedość, że

miał zawsze dla mnie cukierki i jabłka po kieszeniach, ale i zapas

dykteryjek, konceptów i figlów takich, jak nikt, i nietylko mnie umiał

zabawić ale nawet Leoncia wiecznie nadąsana, rozchmurzała się, gdy

przychodził, nawet panna Felicya przestawała gderać i mama, zamyślona

zawsze i smutna, uśmiechała się na jego widok.

Istotnie, gdzie się zjawił ze swoją wielką łysiną i nasztorcowanymi

wąsikami, wchodziło z nim, jeżeli nie wesele, bo w tych czasach trudno o

nie było, to przynajmniej chwilowe uspokojenie i zapomnienie o

gniotących troskach.

Tym razem jednak wuj Ksawery posępny był, jak noc. Otworzył drzwi

pocichu i zatrzymał się na progu, oglądając się w około.

--Kazi niema?--szepnął.

Panna Felicya podbiegła ku niemu przestraszona.

--Co się stało?--zawołała.

--Kazia nie wróciła?--powtórzył.

--Nie, jeszcze jej nie ma. Ale na miłość Boga, coś jest, pan coś wie?

Mówże pan prędzej!

Przedpokój był wielki i ciemny, tylko mała lampka migotała w kącie.

Przytuliłem się do ściany cichutko, nasłuchując i zapierając oddech w

piersiach, żeby się nie zdradzić, że tu jestem i słyszę.

Wuj Ksawery milczał przez chwilę, jakby mu brakło oddechu, Wreszcie

rękami rozwiódł i wyjęknął:

--Nieszczęście!

Panna Felicya chwyciła go za ramiona.

--Jezus Marya--krzyknęła--już?

Wuj pochylił się ku niej i powiedział coś stłumionym głosem, czego nie

mogłem dosłyszeć. Odbiły się o moje uszy dwa razy tylko:

--Podpisany... Pojutrze...

Panna Felicya stała przez chwilę, jak skamieniała, zakrywszy twarz

rękami.

--A ja nie wierzyłam, spodziewałam się--szepnęła--a teraz.., I nic już,

żadnej rady, żadnego ratunku?

Wuj poruszył głową.

--Czegóż się nie robiło?--rzekł powoli, bezdźwięcznym głosem. I tu, i w

Petersburgu. Od czasu przecie, jak w jego sprawie zaszła ta nieszczęsna

komplikacya, poruszyliśmy wszystkie sprężyny. Sam myślałem, że uda

się--tymczasem...

--Biedna, biedna matka--szepnęła panna Felicya.

Stali teraz przy sobie, milcząc. W sąsiednim pokoju słychać było miarowy

stukot ściennego zegara. W tej ciszy zrobiło mi się bardzo straszno i

doznałem takiego uczucia, jakby tych dwoje ludzi nieruchomych i

milczących, było parą ludzi umarłych. Chciało mi się płakać... ale się

wstrzymałem z wielkim wysiłkiem.

Tymczasem wuj Ksawery zbliżył się do panny Felicyi tak, że ich głowy

prawie się dotykały i zaczął jej coś mówić prędko i cicho. Nie mogłem

nic prawie dosłyszeć. Tu i owdzie tylko jakieś pojedyncze słowo

dochodziło do mnie. Panna Felicya słuchała ż gorączkowem zaciekawieniem.

--Więc jutro rano, prawda?--szepnęła. I księżna z pewnością?..

--Z wszelką pewnością... Tylko Kazia... żeby przedtem nie wiedziała...

Wszystko od tego ostatniego kroku zawisło, a niechby siły nie

dopisały... Niech więc nie wie...

--Któżby jej powiedział?—oburzyła się na-raz panna Felicya. O to proszę

być spokojnym; zresztą i tak nikt...

--W mieście wszyscy wiedzą już, rzekł wuj. Jutro w kościele co żyje...

Panna Felicya zalała się łzami.

--Tak, to jedno zostało, szepnęła urywanym głosem;--jeden Bóg!

Weszli do salonu, a ja w tejże chwili, drugiemi drzwiami wpadłem do

Leonci, zajętej jakąś robotą w sypialni.

Musiałem być bardzo zmieniony na twarzy, bo Leoncia mimo swojej fluksyi

i przygnębienia, zwróciła na mnie uwagę.

--Co ci jest, Janku? spytała, odwracając głowę od szycia; przestraszyłeś

się czego, czy co?

--Leonciu,--zacząłem, dławiąc się.--Leonciu... coś złego... panna

Felicya... wuj Ksawery...

Na śmierć, 1863 · 第 4 / 12 题