Przez tych kilka tygodni było u nas dziwnie duszno i ciężko. Poprostu
nieszczęście wisiało w powietrzu: czuło się, jak szło ku nam krok za
krokiem. A przecież pobyt nasz w Kijowie nie był od początku ani
spokojny, ani wesoły. Od czasu jak Staś siedział w fortecy, mogłem
przywyknąć do przestraszonych i wybladłych twarzy, do szeptów po kątach,
takich, jak przy chorym lub nieboszczyku, do tłumionych płaczów, o
których powód nie wolno mi było pytać. Nie dziwili mnie już nieznajomi,
przychodzący do nas ukradkiem o różnych porach dnia i nocy i znikający
gdzieś po cichu tylnem wejściem, po tajemniczej naradzie z mamą i panną
Felicyą, za zamkniętemi drzwiami salonu lub sypialni. Tyle razy
widziałem moją matkę śmiertelnie znużoną i znękaną, gdy wracała z
całodziennego biegania po kancelaryach i urzędach, że mnie to już ani
przestraszało, ani nawet smuciło, jak dawniej. W ośmiu latach jest się
takim egoistą! Teraz jednak było widocznie coś gorszego, niż przedtem.
Wszyscy u nas w domu chodzili, jak struci, swoi i obcy. Gdy ktoś
nadszedł, zaczynały się szepty, przerywane łzami--ale o co chodziło, nie
mogłem się dowiedzieć. Gdy się dopytywałem, zbywano mnie jakimś słabym
wykrętem, w który nie wierzyłem.
Raz wreszcie powiedziała mi panna Felicya:
--Staś chory, bardzo chory. Módl się za niego gorąco--może cię Bóg
wysłucha.
Modliłem się więc i dlatego, że Stasia kochałem, i dlatego, że
ostatecznie nic innego nie miałem do roboty. Nikt na mnie nie zwracał
uwagi. Czasem która z pań czarno ubranych, jakich tyle wciąż
przychodziło teraz do nas, przycisnęła mnie do piersi, kiwając głową i
szepcąc: Biedny, biedny Janiu! Dlaczego jednak ja miałem być biedny,
skoro chorym był mój brat--tego nie byłem w stanie zrozumieć. Na prawdę
tak bardzo biednym się nie czułem, choćby dlatego, że pierwszy raz w
życiu mogłem robić, co mi się tylko podobało. W domu cały porządek dnia
był przewrócony do góry nogami. Żadnych stałych godzin obiadu i kolacyi,
żadnych lekcyi. Leonia, wyprawna panna służąca mojej matki, a teraz
szafarka i zarządczyni naszego miejskiego gospodarstwa, chodziła jak
nieprzytomna z opuchłemi oczyma, nie kłócąc się z kucharzem i nie łając
pokojówki. Panna Felicya nie robiła mi uwag, że się źle trzymam i nie
poprawiała moich francuskich frazesów--kiedy mamy nie było, stała w
oknie wyglądając jej i wzdychając--kiedy mama wracała, nie odchodziła od
niej ani na chwilę.
Mama przez te dwa tygodnie zmieniła się nie do poznania. Zawsze
delikatna i wątła, teraz blada była, jak wosk, a przezroczysta, jak
alabaster, oczy tylko paliły się zapadłe głęboko, błędne, napół
przytomne, niby gromnice.
Wchodząc, rzucała najczęściej pannie Felicyi i Leonii, biegnącym na jej
spotkanie, jedno słowo, jakby wydarte z gardła: „Daremne, wszystko
daremne”, i szła wraz z niemi, słaniając się do domowego ołtarzyka, przy
którym długie godziny spędzała, klęcząc lub leżąc pod krzyżem.
Czasem, gdy mnie zobaczyła, chwytała gwałtownie, tuląc do piersi i
okrywając głowę pocałunkami, które mnie paliły jak ogień.
--Dziecko moje, szeptała, dziecko nieszczęsne, ostatnie... Ty już
jeden... Ty mi tylko zostajesz. Ojciec w grobie a brat, Staś mój,
najdroższy, rodzony, syn mój... O Jezu, Jezu, Jezu!