ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na
strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na
flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w
tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność
zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne
sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe
flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod
gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim
stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,
rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,
a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,
lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby
wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i
zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki
beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne
zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń
i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujących
skopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki
i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i
cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebo
kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami
drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw
i obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,
doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do
brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i
stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować
zaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną
wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Nie
pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na
dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec
wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy
demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał
się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem
boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.