w krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi
jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaś
nieświadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,
wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,
gdyż czuł już swoją tożsamoć z tym niewiadomym a ogromnym, które miało
nadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały
spokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnych
wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego
wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na
zewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnych
otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;
widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli
wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do
kuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążek
cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i
wiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i
kosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo i
starannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy między
poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie
uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milczącą krytyką. Czuł
się, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym
królestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własne
szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojąc
się obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie na
najlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafy
do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył
toaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecną
miną, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejściu z kapeluszem w ręku,
czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,
które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom
zrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronę
oddalał się tymczasem bez pośpiechu - w głąb zwierciadła - ktoś
odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie
istniały.