Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień

między tylną œścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźŸnie

pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i

niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał

chwastem wszelkim, aż w samym końcu między œścianami, w szerokiej

prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był

już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wœciekłośœci, cyniczny

bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,

panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedŸźmy,

rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je

z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe

łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię

bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się

jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą

masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go

ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.

Sklepy cynamonowe · 第 71 / 145 题