chroniczną szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,
puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych
dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie
bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty
jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,
fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w
rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach,
które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.