Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w

chroniczną szaroœść zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,

puszystą pleśœnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych

dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie

bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty

jak ciemne piwo, ażeby potem zejœść pod wielokrotnie rozczłonkowane,

fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w

rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i śœlepych fasadach,

które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.

Sklepy cynamonowe · 第 19 / 145 题