I uzbrajając się w odwagę, dodała:

-- Funta kłaków niewarte!

On tymczasem patrzał na nią, skąpaną w jasnej powodzi gazu,

płonącego w stłuczonej bani, zawieszonej u sufitu lożki.

Klęczała przed nim na małej sofce obitej ciemną brokatelą,

i podniósłszy obnażone ręce, wiązała swe czarne włosy długą

białą wstążką.

Była dnia tego ubrana już do pantominy, mającej kończyć

przedstawienie, a w której grać miała rolę panny młodej.

Długa, biała muślinowa suknia natykana kwieciem pomarańczowem

dawała jej pozór umarłej dziewicy, którą lada chwila złożą na

śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze nieubielona, żółta była

i martwa w tej białej koronek powodzi.

Opierała się biodrem o stół nakryty białym obrusem, na którym

walały się resztki kanapek i kieliszki koniaku.

Związała włosy i powoli, z pewnym leniwym wdziękiem na poduszki

sofy upadła.

-- Funta kłaków niewarte! -- powtórzyła przez zaciśnięte zęby.

Z po za uchylającej się firanki dolatywał przenikliwy głos

dziewczyny, śpiewającej na scenie drżącym sopranem:

/#

„Demande aux lys, s'ils aiment la rosée”.

#/

On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się i zazdroszcząc tej żywotnej

sile, która kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować i wyrzucać

z siebie całą kaskadę słów i chęci.

Wiecznie i ciągle od pewnego czasu obserwował tak wszystkich, sam

ciągle bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj, widząc koniec

wszystkiego, nie mogąc zbudzić się z odrętwienia zmysłów, w jakie

popadał z dniem każdym.

Ogarniał go smutek bezdenny, z którego sobie sprawy zdać nie umiał,

szukając w złem trawieniu przyczyny głównej tej zmiany, podniecając

się fizycznie i moralnie, pragnąc rozpaczliwie wyjścia z tej

nicości, w którą powoli zapadał.

Spełniał automatycznie funkcye swego urzędowania w jednem

z towarzystw kredytowych, lecz nocami, wybladły i z gałką swej laski

przy ustach, zjawiał się jak mara blada i milcząca, z niemą skargą

na swój zgon duchowy, w zadymionych lokalach restauracyjnych,

w ochrypłych salach koncertowych, w zaułkach nocnej rozpusty --

goniąc coś ciągle w milczenia szukając, trawiąc się, stygnąc od

wnętrza.

Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w nich szukając odrodzenia, lecz

-- te, do których miał przystęp łatwy i z góry zapewniony --

wstrząsały nim swym śmiechem, banalną pieszczotą i coraz

ciemniejsze koło tworzyły dokoła jego osoby.

Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę swego życia, zaczynającą

się niezmiennie od tych słów:

„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i byłam zupełnie głupia, a tu..

Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam przewinie, co mu rysę w jego

lodowej powłoce uczyni -- lecz prędko myśl w inną stronę odwracał.

Zawsze to samo!

Jedna historya w milionowem wydaniu!

Minuśka przecież nie opowiedziała mu swej „historyi”.

Była banalną, trywialną jak inne -- mówiła mu „mój kiziu” --

i jadła rybę nożem, ale „historyi” swej nie opowiedziała do tej

chwili.

Nie opowiedziała i nie opowie -- bo, oto on wyjeżdża jutro i ma jej

właśnie to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta z po za zasłony

śpiewać przestanie.

Doszedł już do tego stopnia osłabienia i rozdrażnienia, że nie lubi

i nie umie mówić, gdy kto śpiewa.

Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek koniaku.

-- Wiecznie pan jesteś smutny jak sum -- mówi, pijąc fałszowaną

ohydę powoli, jakby z rozkoszą -- dobrze że masz na smucenie się,

to jeszcze pół szczęścia!

Odstawia kieliszek i znów wciska się w poduszki sofki.

-- Może to i taka moda być na smutno -- ciągnie dalej, rurkując

falbanki sukni na palcach -- znałam jednego pana od wyścigów,

także się tak wiecznie gryzł i dręczył. Podobno coś kiedyś tam

komuś ukradł, to go jadło!..

Roześmiała się głośno i zastanowiła chwilkę.

-- No, to już było przez sumienie. Prawda? Ale pan? Co ci to

brak!... Mój Boże! Żeby to mnie panem być! czybym ja kiedy się

zasępiła, co?

Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i z sali dolatywał szmer

pomieszanych głosów, odsuwanie krzeseł i szczęk kufli rozstawionych

na stołach.

-- Masz pan co jeść, gdzie mieszkać, masz pewnie rodzinę, ojca,

matkę a może i żonę -- a takiś pan skwaszony ciągle. Nie powiem,

żeby to ja, co to jak ten psiak bez gniazda po świecie się tyram

i już z rozpaczy do francuzów przystałam i oto się Falfandierowej

wysługuję. Psia krew! dobrze że mnie trochę po francuzku nauczyli,

to i co zarobię na to marne życie... oj! marne!

Znów po kieliszek sięgnęła, z butelki nalała, wypiła.

W pół drogi ręka jej w fałdy sukni opadła.

Była już na wpół pijaną.

-- Psia krew! -- powtórzyła raz jeszcze i głowę w tył przechyliła.

Ktoś drzwi w sali otworzył.

Gaz w kuli zaczął migotać, chyląc się na obie strony.

Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą przestrzeń lożki, jakaś

grobowa pustka, pomimo tłumu poruszającego się po za firanką.

Mężczyzna w swej automatycznej sztywności zastygły, siedział

nieporuszony w kącie sofy, zdając się wydzielać z siebie ten chłód

trupi i mrozić nim ożywioną jeszcze niedawno dziewczynę.

Teraz było już ich dwoje smutnych, niemających dachu po nad duszą.

I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając się swej maski sztucznego

uśmiechu, odsłaniając nagle swój szkielet już pruchniejący

nieszczęśliwej, walczącej z życiem istoty.

Leżała nieruchoma, z rękami obwisłemi, z ustami opuszczonemi

w kącikach bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła nerwowym

skurczem i lekko, cicho gwizdać zaczęła.

Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia i ciągnący się cicho

jak srebrna nitka pajęcza.

W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny motał się

z przejrzystością dokładną, wznosił się, opadał i znów

rozpoczynał.

Nagle umilkł, rozpływając się w urywanej nutce. Chwileczkę

trwało milczenie.

Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:

-- Pan wiesz, ja miałam dziecko!

Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział ani słowa.

Przygasłe oczy skierował jednak na leżącą kobietę, bo czuł że

ma w niej trochę odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.

Widział, że się nie krzywi uśmiechem.

Oddychał.

-- Miałam dziecko! a jakże! jak anioła taką dziewczynkę! Żebyś ją

pan był widział no -- co to opowiadać! Królewna! Włosy czarne, oczy

szafirowe -- buzia maluchna. A mądra, a ucieszna. W dziesięcioro

się krajałam, aby jej nic nie brakło! Pan nie ma dzieci?

Nie było odpowiedzi.

-- Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci to wielka radość, ale co też

to za smutek! Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia krew...

co to za urządzenie na świecie!... Miała na imię Maryśka! Ja ją

nazywałam Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już, chodziła, łydki

miała grube, tak że ją tylko w skarpetki ubierać można było! I co

pan powie! W trzy dni -- ani się obejrzałam, już było po niej!

słyszy pan!... po niej!...

Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w obu kątach sofy, ona

przechylona, z twarzą ginącą w tem skróceniu. Tylko podbródek drgał

jej nerwowo, jak u kobiet blizkich płaczu.

-- Nazywała mnie... Papuzią. A to ztąd widzi pan poszło: Posłyszała

kiedyś pod balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę. Odejść nie chciała.

Wzięłam ją na ręce i gwizdałam jej w uszko przez całą drogę.

Później... ciągle prosiła -- gwizdaj, Papuziu! ja gwizdałam! Ach

Boże!... ja gwizdałam!

Porwała się nagle, jakby ocucona.

-- Ja pana nudzę, co? Pan i tak smutny!

Lecz on rękę wyciągnął.

Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet koło jego warg pobladłych.

Od tej nagle otwierającej się przed nim rany macierzyństwa,

w rozpustnem otoczeniu zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło ku

niemu powolne uspokojenie i łagodne uczucie ledwo dostrzegalnego

ciepła.

-- Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią skoro się im o takich

rzeczach mówi. Tylko pan jakiś inny od wszystkich. Może to pana

i bawi.

Westchnęła, znów głowę przechyliła na poręcz sofki i oczy

zmrużyła.

-- Widzi pan, to było dziecko takie... no, pan wie! ot takie, bez

ojca. Więc to się chowało nie u mnie, ale ja zawsze co dnia

przybiegałam, na ręce schwyciłam, wycałowałam gdzie mogłam. Jak już

nic jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać przyszłam, a mała

się już od progu rwała i piszczała: „gwizdaj, Papuziu! gwizdaj!...”

Było to uciechy! Cholera muzykalna była! W dziadka się wdała!...

Urwała, jakby przerażona zdradzeniem cienia tajemnic swego

pochodzenia.

-- No, i kiedy przyszła ta ciężka godzina, że ją śmiertelna choroba

schwyciła -- ja po doktorów z gołą głową latałam po nocy,

w aptekach dzwonki urywałam. Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu nie

zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to się w ogień skoczy! Nie

pomogło! Chudła, sztywniała -- i już tylko na rękach nosić ją

trzeba było dniem i nocą. Ja też nosiłam i jeszcze tylko to

gwizdanie mogło ją uspokoić na trochę, na krótko! I ja też

gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!... ale nosiłam i gwizdałam!

Umilkła, i z pod przysłoniętych rzęs zamigotały nagle dwie lśniące

krople łez, poczem z pochylonej w tył głowy spływały po skroniach,

mocząc silnie pęki fryzowanej grzywy.

-- I wiesz pan co? Umarła mi na rękach wtedy, kiedy chodziłam z nią

po pokoju i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko -- prawie w samo

uszko. Późno było, świeca się dopalała, w kącie chrapała kobieta,

u której się ona chowała. Ja chodziłam boso, żeby nie wstrząsać

rękami, gwiżdżę -- ona oddycha, raz drugi oczki otworzyła -- sina

obrączka naokoło ust się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie,

dziecko!... gwiżdżę wciąż -- ona już nie oddycha, ja głowę

tracę... i ludzie mnie znaleźli z dzieckiem na ręku ciągle po

pokoju chodzącą. Podobno nawet jeszcze gwizdałam!... Co pan

chcesz!... Dostałam bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!...

Oprzytomniałam później i czasem, kiedy sama jestem, mówię sobie:

zagwizdaj, Papuziu!... gwiżdżę!... i płaczę!

Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień łez płynący jej z oczów.

-- Przepraszam pana -- wykrztusiła wśród łkań -- ja zaraz przestanę

beczyć, to już... taki cholerny narów... ja zaraz będę...

wesoła!...

Lecz on -- zbliżył się ku niej teraz i wyciągając ręce przyciągnął

ją ku sobie.

W gieście tym nie było śladu współczucia dla jej cierpienia, był

tylko jakiś sybarytyzm dziwny, rozsmakowanie się w gorącości łez

i w spazmatycznym skurczu wstrząsającym piersi kobiety.

Melancholiczne zwierzę zbudziło się w nim i brutalnie, bezczelnie

domagało się praw swoich.

Sentymentalny samiec wyciągnął trupią rękę i na ranie serca

kobiety-matki położył.

Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.

Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.

* * * * *

I od tej chwili żyli razem, we dwoje -- schowani w kącie oddalonej

ulicy, w mieszkaniu, które on urządził z banalnym komfortem

biurowego parweniusza. Wszystko naokoło nich było martwe, trupie,

wystygłe.

Dziewczyna z początku rwała się jeszcze do życia, walcząc

z resztkami temperamentu.

Wprędce jednak ciało zniszczone latami przymusowej rozpusty

-- zapragnęło grobowego spoczynku.

Za ciałem poszedł duch.

Minuśka zamierała wśród strzyżonej tkaniny mebli i zakurzonych

parasoli, włócząc po otomanie swe bezsilne członki anemicznej

kobiety.

On -- tryumfował, kąpiąc się teraz w tej cmentarnej atmosferze,

którą włóczył w fałdach swej kurtki, ciągle milczący, ponury,

ziejący niczem nieusprawiedliwioną rozpaczą, zwłaszcza w chwilach

wiosennego rozkwitu.

Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła jeszcze z siebie „psia krew”

-- zebrane z ust towarzyszek łatwej zabawy i ciężkiej pracy,

i słowo to jak uderzenie szpicruty przecinało powietrze.

Lecz on, nie ruszając się z miejsca, przez zaciśnięte usta szeptał:

-- Cicho!...

Kobieta milkła i siedzieli tak oboje w milczeniu, w rozpaczliwej

melancholii dwojga zamierających organizmów, skutych ze sobą --

ona, rozpamiętywając swą przeszłość, on -- pławiąc się

w lubieżności smutku i o trumny potrącającego wspomnienia.

I gdy jasno błękitne światło od okien płynące z szarego tonu

zmieniało się w złoto-rudy blask wycinający kontury mebli a coraz

dalej ku głębi pokoju rozpływało się w czarniawo-szafirowym cieniu

-- on pochylał się nad martwiejącą w trupiej pozie dziewczyną.

-- Zagwizdaj, Papuziu!...

Ona gwizdała, z początku niechętnie, potem coraz więcej zatapiając

się w cichej nutce melodyi.

Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny -- zjawiał się przed nią

w przepotędze swego nieprawego pochodzenia, wspaniały bezimiennością

swoją, doskonały w zrodzeniu z miłosnego tchnienia. Trup ten

zimniał, sztywniał -- tuż przy jej piersi -- przy jej łonie, które

go stworzyło i gniótł jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego

potwora.

I wtedy cała fala łez lała się z czarnych oczów kobiety i po

przechylonej w tył głowie ku masie pokręconej grzywy spływała.

Tymczasem mężczyzna trupie swe palce w kaskadzie tych łez maczał

i leniwym głosem sentymentalnie powtarzał:

-- Zagwizdaj, Papuziu!...

Menazerya ludzka · 第 18 / 23 题