=Papuzia.=
-- Zagwizdaj, Papuziu!...
Minuśka porwała się z jego kolan i nagle w półcieniu, już z okien
płynącem, zabieliła się jak zjawisko w swej masie białych
zwiędniętych koronek i pomiętego batystu.
-- Nie!... nie!... nie chcę!
Ale on, nieubłagany -- wyciągnął rękę i ujął nagie ramię
dziewczyny w swe suche palce nerwowego blondyna.
-- Zagwizdaj, Papuziu!...
-- Ty wiesz, to dla mnie cholera to gwizdanie!
-- Zagwizdaj, Papuziu!...
Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, mięki a przecież siekący
jak uderzenie szpicruty.
Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.
-- Nie!... wolę z tobą rozmawiać!
On nieznacznie ramionami ruszył.
-- Zagwizdaj, Papuziu! -- powtórzył po raz czwarty.
Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał w drobną twarz Minuśki, która
ledwie przeświecała przez całe kłęby pokręconych czarnych włosów.
Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte, zużyte były
i dziwnie rozwiązłe.
Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta gnieździła się w tych
źrenicach koloru dziewczęcej sukienki.
Były to oczy westalki, powracającej ze schadzki do swej świątyni.
Teraz już Minuśka, pod wpływem tego spojrzenia układała się powoli
na kolanach mężczyzny, pochylając w tył głowę, tak że cała kaskada
czarnych włosów spłynęła ku ziemi i kwiatów dywanu dosięgła.
I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek trochę w górze
spłaszczony, rozciągał silnie cienki batyst szlafroka, związanego
lekko białą w pasie wstążką.
Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi konturami i dobrze
wygiętą linią od bioder odcinała się jasno od ciemnego obicia
nizkiej tureckiej sofy.
Z bosych stóp dziewczyny spadły małe pantofle z różowego atłasu,
trochę brudne i zgniecione.
Nogi te wyciągnięte z nieruchomością trupią, żółte były, wygięte
silnie jak nogi tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i cieniem
czarnych włosów rosnących na zgięciu palców.
W niewyraźnym mroku szarej godziny -- objawiały się jak nogi
kobiety zmęczonej, głupiej, nerwowej, kobiety bez silnego punktu
oparcia a mimo to dobrej, miękiej, uległej -- idącej ślepo za
podmuchem losu.
Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej na strzyżonej tkaninie
oryentalnego mebla, miała w sobie to bierne poddanie się
fatalizmowi, to opuszczenie rąk w walce z życiem, to zagaśnięcie
poczucia rozkoszy, temperamentu i kaprysów kobiecych.
W nieruchomości swojej, w tej ulubionej pozie wyciągniętego
w trumnie trupa -- znać było dążenie bezwiedne ciała do spoczynku,
a z pod długich rzęs przymkniętych migały tylko białka oczu. Wszystko
w niej dążyło i rwało się ku ziemi razem z kaskadą czarnych włosów,
razem z fałdami białego trenu, który ją obwijał zimną draperyą
grobowego całunu.
Siedzący w kącie sofy mężczyzna, smukły, correct, silnie
wyczesany -- z brodą okrągłą zmysłowego samca opartą na
sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka, w kanciastych liniach
ciała, w kolanach silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa
wciśniętego w szeroki stalowo-granatowy garnitur angielskiego
kroju. Nawet kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta, opinała
silnie pierś zapadłą jak mogiłę wszystkich pragnień i porywów...
Całe ciało, długie, złożone, jakby na zawiasach, przylegało
doskonale do linij i zagięć sofy prostej, twardej, równej -- pomimo
banalnego kształtu naśladującego wschodnie stosy poduszek.
Tylko kolana ostrym kantem wystawały brutalnie, podnosząc silnie
szewiot spodni, które opinały długie, ledwo zaznaczone łydki,
niekształtne, gubiące się bez silniejszego spadku, łydki kamiennego
bożka cisnącego się do twardej swego tronu podstawy. Całe ciało
-- zakończone wydłużonemi a płaskiemi stopami, obutemi zimno
w angielskie matowe obuwie równe było -- ostro skrajane, kańciaste,
podobne do wybornie spreparowane go szkieletu, osadzonego na
doskonałych zawiasach.
Tylko głowa okrągła i twarz pokryta mięsem, kłóciły doskonałą
harmonię dalszego rusztowania.
Był to kadłub angielskiego charta ze łbem obwisłego buldoga.
Dolna warga trochę wilgotna i jakby niepewna, zwieszała się ku
dołowi, odsłaniając dolny rząd zębów żółtych i od tytoniu
sczerniałych. Była to warga „viveura”, który lata całe musiał
powoli nasycać namiętność swych podrażnionych zmysłów, zamykając
oczy i otwierając usta. Maska jego nieruchomej twarzy urobiła się
już w takie rozprzężenie bezwiedne muskułów, że choć młodość
walczyła jeszcze z nałogiem, ściągając skórę ze skroni, to już
cały dół twarzy a nawet skóra pod oczami fałdowała się w bezsilne
bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.
Leżąca na jego kolanach kobieta miała w swej twarzy przyschnięty
znów wyraz namiętności, nagle spieczonej i w ogniu strawionej.
I u niej, tak jak i u niego ciało nie harmonizowało z głową. Tors
jej miał pełne i doskonałe rozwinięcie kobiety doszłej do szczytu
siły, biodra rozłożyste i podatne miały w sobie mięsistość
hiszpanek, lecz już od silnych jeszcze ud począwszy, linia nóg
zwężała się nagle, schła, drobniała brutalnie. Kończyny były
słabe, anemiczne, wyschłe, obciągnięte trupią skórą.
Tę samą anomalię przedstawiały i ręce.
Przedramię wspaniałe, doskonale piękne, już od łokcia miało
ważkość dziwną, niepewną, nieusprawiedliwioną a same dłonie
i palce, długie i kościste, z pofałdowaną na zgięciach palców
skórą; zwieszały się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie smutnego
szkieletu.
Z karnacyą skóry przeświecającej przez oczka koronek i pajęczą
tkaninę batystu, było to samo. Twarz blada, żółta -- jakby
pocentkowana sinemi podkowami, podkreślającemi przymknięte oczy
i rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą skórę nosa, nie
miała ani śladu purpury warg, które białe, wązkie, postrzępione,
niknęły prawie w bladej masce.
Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony, rozpływała się w różowawo
lśniącej barwie piersi lekkiej, wiosennej, młodej -- mającej
w sobie doskonałą miękość pastelu.
Pod bielą batystu, różowa ta barwa ciemniała coraz dalej,
zagłębiała się, to znów tryumfalnie przechodziła w atłasową
białość na wypukłościach bioder.
To przeświecanie jutrzenkowej barwy przez delikatny deseń koronki,
miało w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny, pełen tajemniczej
siły doskonałej piękności kobiecego ciała.
Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane liście blado różowej
kamelii, tak migotały szmaty ciała Minuśki w obramowaniu
delikatnego desenia cienkich walansyenek.
Lecz już -- coraz dalej się posuwając -- różowy ton bladł, siniał,
zieleniał, żółkł na kolanach dwoma plamami i do stóp się zsuwając,
w trupią barwę przechodził.
Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną anomalią różowiły się lekko,
trochę starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając się w przestrzeni
barwniej lekką kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.
Cisza była dokoła.
Cisza wielkiego miasta, które huczy w oddali a przecież do mieszkań
ludzkich hukiem tym nie wpada, pozostawiając niemal grobowy spokój
tym -- którzy spokoju tego pragną.
Przez białe zasłony okien słaniała się blado-błękitna, równa
-- nieprzecięta niczem barwa zachodzącego nad dachami domów
wiosennego słońca.
Barwa ta -- wsuwając się do pokoju -- jak elektryczny blask
wykrawała kontury banalnych mebli, porozstawianych po kątach
mieszkania. Oryentalna tkani na mebli mieniła się jaskrawemi
plamami i żółtą pstrocizną frendzli. Duże, weneckie lustro --
pochylone nad sofą -- prezentowało się matowo szarym kwadratem, na
tle trywialnego ciemnego obicia kryjącego ściany. Po kątach, na
etażerkach wykrzywiały się japońskie lalki pod parasolami, które
roztaczały ciemno szafirowe lub czarne koła, prawie pod samemi
rogami trochę przybrudzonego sufitu.
Po środku, jak ptak nagle nieruchomy, krwawiła się czerwonością
szyb i stalowemi pokręconemi liniami obwodów wenecka latarnia,
okapana stearyną, bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.
W jednym z kątów żółcił się duży makartowski bukiet, smutny,
przypruszony pyłem, z lasem aksamitnych szyszek, sterczących wśród
pęku traw połamanych.
Niefroterowana, trochę brudna podłoga, pokryta zniszczonym dywanem,
wystawała jasnemi plamami koło progów i okien, które krzywo
zagłębiając znaczyły się wystającemi z po za białych zasłon
blaszanemi rynienkami do zbierania rosy.
I w tej banalności zimnej, bazarowej, pretensyonalnej, wciśniętej
nagle w mieszczańską klatkę ciasnych, taniem obiciem oblepionych
ścian starej, żydowskiej kamienicy -- nie było nic z duszy kobiety
zamieszkującej te ściany.
Minuśka była ptakiem wędrownym i o klatkę nie dbała.
Przez uchylone drzwi dostrzedz można było nieposłane łóżko
-- rozkopane, rozrzucone, w nieładzie jeszcze nocnym, ciemniejące
pod stosem zrzuconych sukien i kołder.
Okno, przysłonięte szczelnie szafirową zasłoną, nadawało całemu
pokojowi pozór grobowej kaplicy.
Reszta tonęła w cieniu.
Tymczasem w saloniku błękitne światło okien zaczęło stopniowo
szarzeć i bielić, jakby przez matowe a brudne szkło przepuszczone.
Dwie białe takie smugi -- jak charty potworne przypadły do podłogi,
słały się po dywanie i ginęły w oddali, tuż pod stopami nieruchomie
siedzącego mężczyzny.
Końce palców u ręki Minuśki zwieszającej się z sofy, maczały się
w tej martwej jasności i zżółkłe paznogcie, pocentkowane białemi
plamkami, zdawały się być płatami tajemniczych nenufarów z tafli
stygnącej wody wyzierających.
Dziewczyna przymykała powieki i z przechyloną w tył głową zdawała
się tężyć w jakiemś odtrętwieniu.
Lecz młody mężczyzna szarpnął ją znów za ramię.
-- Zagwizdaj, Papuziu!
Dziewczyna westchnęła i cicho -- powoli, jakby płynąc z oddali,
rozległ się drżący menuet, gwizdany jakby dziobem papugi, niepewnie
w dal rzucającej nuty.
To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle przechylona, nieruchoma
w obramowaniu swych czarnych włosów, które się z przepychem po
dywanie walały.
Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w gwizd ten się wsłuchiwał z dziwnym
wyrazem koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął i zimnemi
palcami po oczach Minuśki przesunął.
-- Nie płaczesz? -- zapytał.
Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.
-- Cóż u dyabła, codzień nie mogę!
-- Postaraj się!...
* * * * *
Poznał ją w Łodzi, w sali Selina, gdy złym akcentem francuzkim
śpiewała jakąś piosnkę.
W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu łatwą i tanią zabawę
i gdy otulona płaszczykiem zeszła z estrady do pustej i białej od
gazu sali, zbliżył się, wiecznie nienasycony w tej pogoni za
kobietą, jakkolwiek oddawna już niedoświadczał nic w dotknięciu
nagich ramion, lub rozwianych włosów.
Przez nałóg, przez przyzwyczajenie szedł już teraz, zaczepiał,
wyciągał rękę, ciągle spragniony gorętszego wrażenia, czegoś, coby
nim targnęło, coby zamieranie w nim rozkoszy wstrzymało choćby na
krótką chwilę.
Minuśka nie zajęła go więcej od innych.
Była zepsutą, wesołą, pustą i trywialną.
Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach, pokazywała żydom na
ulicach język i kłóciła się w restauracyi z kelnerami.
Nie różniła się niczem od innych kobiet i drażniła w nim
zamierającego trupa, lecz drażniła niemile, w bolesny, dokuczliwy
sposób.
Przez kilka dni, które bawił w Łodzi, widywał ją codziennie, coraz
więcej zniechęcony i pół senny.
Dziewczyna, sądząc że śmiechem i żartami zdoła rozchmurzyć to
znużone czoło, roztrząsała przed nim całą torbę swych dowcipów,
pozbieranych w chwilowych miłostkach, które prowadziła w swem
życiu.
Lecz on -- ciągle milczący, zimny, kanciasty, siedział przed nią,
wpatrzony w przestrzeń szklannemi oczyma trupa.
Chwilami ramionami wzruszał i mówił jedno tylko słowo:
-- Cicho!
Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed tą ciszą
nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której
czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny
otwór sceny.
Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:
-- To głupie takie postępowanie!