X.

=Papuzia.=

-- Zagwizdaj, Papuziu!...

Minuśka porwała się z jego kolan i nagle w półcieniu, już z okien

płynącem, zabieliła się jak zjawisko w swej masie białych

zwiędniętych koronek i pomiętego batystu.

-- Nie!... nie!... nie chcę!

Ale on, nieubłagany -- wyciągnął rękę i ujął nagie ramię

dziewczyny w swe suche palce nerwowego blondyna.

-- Zagwizdaj, Papuziu!...

-- Ty wiesz, to dla mnie cholera to gwizdanie!

-- Zagwizdaj, Papuziu!...

Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, mięki a przecież siekący

jak uderzenie szpicruty.

Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.

-- Nie!... wolę z tobą rozmawiać!

On nieznacznie ramionami ruszył.

-- Zagwizdaj, Papuziu! -- powtórzył po raz czwarty.

Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał w drobną twarz Minuśki, która

ledwie przeświecała przez całe kłęby pokręconych czarnych włosów.

Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte, zużyte były

i dziwnie rozwiązłe.

Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta gnieździła się w tych

źrenicach koloru dziewczęcej sukienki.

Były to oczy westalki, powracającej ze schadzki do swej świątyni.

Teraz już Minuśka, pod wpływem tego spojrzenia układała się powoli

na kolanach mężczyzny, pochylając w tył głowę, tak że cała kaskada

czarnych włosów spłynęła ku ziemi i kwiatów dywanu dosięgła.

I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek trochę w górze

spłaszczony, rozciągał silnie cienki batyst szlafroka, związanego

lekko białą w pasie wstążką.

Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi konturami i dobrze

wygiętą linią od bioder odcinała się jasno od ciemnego obicia

nizkiej tureckiej sofy.

Z bosych stóp dziewczyny spadły małe pantofle z różowego atłasu,

trochę brudne i zgniecione.

Nogi te wyciągnięte z nieruchomością trupią, żółte były, wygięte

silnie jak nogi tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i cieniem

czarnych włosów rosnących na zgięciu palców.

W niewyraźnym mroku szarej godziny -- objawiały się jak nogi

kobiety zmęczonej, głupiej, nerwowej, kobiety bez silnego punktu

oparcia a mimo to dobrej, miękiej, uległej -- idącej ślepo za

podmuchem losu.

Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej na strzyżonej tkaninie

oryentalnego mebla, miała w sobie to bierne poddanie się

fatalizmowi, to opuszczenie rąk w walce z życiem, to zagaśnięcie

poczucia rozkoszy, temperamentu i kaprysów kobiecych.

W nieruchomości swojej, w tej ulubionej pozie wyciągniętego

w trumnie trupa -- znać było dążenie bezwiedne ciała do spoczynku,

a z pod długich rzęs przymkniętych migały tylko białka oczu. Wszystko

w niej dążyło i rwało się ku ziemi razem z kaskadą czarnych włosów,

razem z fałdami białego trenu, który ją obwijał zimną draperyą

grobowego całunu.

Siedzący w kącie sofy mężczyzna, smukły, correct, silnie

wyczesany -- z brodą okrągłą zmysłowego samca opartą na

sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka, w kanciastych liniach

ciała, w kolanach silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa

wciśniętego w szeroki stalowo-granatowy garnitur angielskiego

kroju. Nawet kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta, opinała

silnie pierś zapadłą jak mogiłę wszystkich pragnień i porywów...

Całe ciało, długie, złożone, jakby na zawiasach, przylegało

doskonale do linij i zagięć sofy prostej, twardej, równej -- pomimo

banalnego kształtu naśladującego wschodnie stosy poduszek.

Tylko kolana ostrym kantem wystawały brutalnie, podnosząc silnie

szewiot spodni, które opinały długie, ledwo zaznaczone łydki,

niekształtne, gubiące się bez silniejszego spadku, łydki kamiennego

bożka cisnącego się do twardej swego tronu podstawy. Całe ciało

-- zakończone wydłużonemi a płaskiemi stopami, obutemi zimno

w angielskie matowe obuwie równe było -- ostro skrajane, kańciaste,

podobne do wybornie spreparowane go szkieletu, osadzonego na

doskonałych zawiasach.

Tylko głowa okrągła i twarz pokryta mięsem, kłóciły doskonałą

harmonię dalszego rusztowania.

Był to kadłub angielskiego charta ze łbem obwisłego buldoga.

Dolna warga trochę wilgotna i jakby niepewna, zwieszała się ku

dołowi, odsłaniając dolny rząd zębów żółtych i od tytoniu

sczerniałych. Była to warga „viveura”, który lata całe musiał

powoli nasycać namiętność swych podrażnionych zmysłów, zamykając

oczy i otwierając usta. Maska jego nieruchomej twarzy urobiła się

już w takie rozprzężenie bezwiedne muskułów, że choć młodość

walczyła jeszcze z nałogiem, ściągając skórę ze skroni, to już

cały dół twarzy a nawet skóra pod oczami fałdowała się w bezsilne

bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.

Leżąca na jego kolanach kobieta miała w swej twarzy przyschnięty

znów wyraz namiętności, nagle spieczonej i w ogniu strawionej.

I u niej, tak jak i u niego ciało nie harmonizowało z głową. Tors

jej miał pełne i doskonałe rozwinięcie kobiety doszłej do szczytu

siły, biodra rozłożyste i podatne miały w sobie mięsistość

hiszpanek, lecz już od silnych jeszcze ud począwszy, linia nóg

zwężała się nagle, schła, drobniała brutalnie. Kończyny były

słabe, anemiczne, wyschłe, obciągnięte trupią skórą.

Tę samą anomalię przedstawiały i ręce.

Przedramię wspaniałe, doskonale piękne, już od łokcia miało

ważkość dziwną, niepewną, nieusprawiedliwioną a same dłonie

i palce, długie i kościste, z pofałdowaną na zgięciach palców

skórą; zwieszały się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie smutnego

szkieletu.

Z karnacyą skóry przeświecającej przez oczka koronek i pajęczą

tkaninę batystu, było to samo. Twarz blada, żółta -- jakby

pocentkowana sinemi podkowami, podkreślającemi przymknięte oczy

i rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą skórę nosa, nie

miała ani śladu purpury warg, które białe, wązkie, postrzępione,

niknęły prawie w bladej masce.

Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony, rozpływała się w różowawo

lśniącej barwie piersi lekkiej, wiosennej, młodej -- mającej

w sobie doskonałą miękość pastelu.

Pod bielą batystu, różowa ta barwa ciemniała coraz dalej,

zagłębiała się, to znów tryumfalnie przechodziła w atłasową

białość na wypukłościach bioder.

To przeświecanie jutrzenkowej barwy przez delikatny deseń koronki,

miało w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny, pełen tajemniczej

siły doskonałej piękności kobiecego ciała.

Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane liście blado różowej

kamelii, tak migotały szmaty ciała Minuśki w obramowaniu

delikatnego desenia cienkich walansyenek.

Lecz już -- coraz dalej się posuwając -- różowy ton bladł, siniał,

zieleniał, żółkł na kolanach dwoma plamami i do stóp się zsuwając,

w trupią barwę przechodził.

Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną anomalią różowiły się lekko,

trochę starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając się w przestrzeni

barwniej lekką kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.

Cisza była dokoła.

Cisza wielkiego miasta, które huczy w oddali a przecież do mieszkań

ludzkich hukiem tym nie wpada, pozostawiając niemal grobowy spokój

tym -- którzy spokoju tego pragną.

Przez białe zasłony okien słaniała się blado-błękitna, równa

-- nieprzecięta niczem barwa zachodzącego nad dachami domów

wiosennego słońca.

Barwa ta -- wsuwając się do pokoju -- jak elektryczny blask

wykrawała kontury banalnych mebli, porozstawianych po kątach

mieszkania. Oryentalna tkani na mebli mieniła się jaskrawemi

plamami i żółtą pstrocizną frendzli. Duże, weneckie lustro --

pochylone nad sofą -- prezentowało się matowo szarym kwadratem, na

tle trywialnego ciemnego obicia kryjącego ściany. Po kątach, na

etażerkach wykrzywiały się japońskie lalki pod parasolami, które

roztaczały ciemno szafirowe lub czarne koła, prawie pod samemi

rogami trochę przybrudzonego sufitu.

Po środku, jak ptak nagle nieruchomy, krwawiła się czerwonością

szyb i stalowemi pokręconemi liniami obwodów wenecka latarnia,

okapana stearyną, bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.

W jednym z kątów żółcił się duży makartowski bukiet, smutny,

przypruszony pyłem, z lasem aksamitnych szyszek, sterczących wśród

pęku traw połamanych.

Niefroterowana, trochę brudna podłoga, pokryta zniszczonym dywanem,

wystawała jasnemi plamami koło progów i okien, które krzywo

zagłębiając znaczyły się wystającemi z po za białych zasłon

blaszanemi rynienkami do zbierania rosy.

I w tej banalności zimnej, bazarowej, pretensyonalnej, wciśniętej

nagle w mieszczańską klatkę ciasnych, taniem obiciem oblepionych

ścian starej, żydowskiej kamienicy -- nie było nic z duszy kobiety

zamieszkującej te ściany.

Minuśka była ptakiem wędrownym i o klatkę nie dbała.

Przez uchylone drzwi dostrzedz można było nieposłane łóżko

-- rozkopane, rozrzucone, w nieładzie jeszcze nocnym, ciemniejące

pod stosem zrzuconych sukien i kołder.

Okno, przysłonięte szczelnie szafirową zasłoną, nadawało całemu

pokojowi pozór grobowej kaplicy.

Reszta tonęła w cieniu.

Tymczasem w saloniku błękitne światło okien zaczęło stopniowo

szarzeć i bielić, jakby przez matowe a brudne szkło przepuszczone.

Dwie białe takie smugi -- jak charty potworne przypadły do podłogi,

słały się po dywanie i ginęły w oddali, tuż pod stopami nieruchomie

siedzącego mężczyzny.

Końce palców u ręki Minuśki zwieszającej się z sofy, maczały się

w tej martwej jasności i zżółkłe paznogcie, pocentkowane białemi

plamkami, zdawały się być płatami tajemniczych nenufarów z tafli

stygnącej wody wyzierających.

Dziewczyna przymykała powieki i z przechyloną w tył głową zdawała

się tężyć w jakiemś odtrętwieniu.

Lecz młody mężczyzna szarpnął ją znów za ramię.

-- Zagwizdaj, Papuziu!

Dziewczyna westchnęła i cicho -- powoli, jakby płynąc z oddali,

rozległ się drżący menuet, gwizdany jakby dziobem papugi, niepewnie

w dal rzucającej nuty.

To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle przechylona, nieruchoma

w obramowaniu swych czarnych włosów, które się z przepychem po

dywanie walały.

Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w gwizd ten się wsłuchiwał z dziwnym

wyrazem koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął i zimnemi

palcami po oczach Minuśki przesunął.

-- Nie płaczesz? -- zapytał.

Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.

-- Cóż u dyabła, codzień nie mogę!

-- Postaraj się!...

* * * * *

Poznał ją w Łodzi, w sali Selina, gdy złym akcentem francuzkim

śpiewała jakąś piosnkę.

W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu łatwą i tanią zabawę

i gdy otulona płaszczykiem zeszła z estrady do pustej i białej od

gazu sali, zbliżył się, wiecznie nienasycony w tej pogoni za

kobietą, jakkolwiek oddawna już niedoświadczał nic w dotknięciu

nagich ramion, lub rozwianych włosów.

Przez nałóg, przez przyzwyczajenie szedł już teraz, zaczepiał,

wyciągał rękę, ciągle spragniony gorętszego wrażenia, czegoś, coby

nim targnęło, coby zamieranie w nim rozkoszy wstrzymało choćby na

krótką chwilę.

Minuśka nie zajęła go więcej od innych.

Była zepsutą, wesołą, pustą i trywialną.

Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach, pokazywała żydom na

ulicach język i kłóciła się w restauracyi z kelnerami.

Nie różniła się niczem od innych kobiet i drażniła w nim

zamierającego trupa, lecz drażniła niemile, w bolesny, dokuczliwy

sposób.

Przez kilka dni, które bawił w Łodzi, widywał ją codziennie, coraz

więcej zniechęcony i pół senny.

Dziewczyna, sądząc że śmiechem i żartami zdoła rozchmurzyć to

znużone czoło, roztrząsała przed nim całą torbę swych dowcipów,

pozbieranych w chwilowych miłostkach, które prowadziła w swem

życiu.

Lecz on -- ciągle milczący, zimny, kanciasty, siedział przed nią,

wpatrzony w przestrzeń szklannemi oczyma trupa.

Chwilami ramionami wzruszał i mówił jedno tylko słowo:

-- Cicho!

Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed tą ciszą

nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której

czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny

otwór sceny.

Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:

-- To głupie takie postępowanie!

Menazerya ludzka · 第 17 / 23 题